„ – Ja patrzę na to tak – wyjaśnił. – Kiedy zrobiłeś już wszystko co warto zrobić, trzeba się zabrać za to czego nie warto.”

Sięgałem po „Światło” mając w pamięci wrażenie, jakie wywarło na mnie przeczytane dwa i pół miesiąca wcześniej „Viriconium”. Zastanawiałem się na ile to zasługa formy (zbiór mniej lub bardziej powiązanych ze sobą opowiadań i nowel), gatunku (przyjmijmy, że chodzi o owo enigmatyczne New Weird łączące elementy fantasy i science-fiction) czy scenografii, w której rzecz się działa, które bardzo mi do gustu przypadły, a na ile stylu autora, sposobu prowadzenia narracji. Bardzo ucieszyło mnie, że był to styl. W „Świetle”, mimo innego, na pierwszy rzut oka, gatunku i formy (powieść) efekt końcowy, czyli wrażenia czytelnika, jest bliźniaczo podobny. Znajomy nastrój dekadencji, psychodelii, surrealistyczny obraz świata dający podobne odczucia jak w „Viriconium”. Ludzkość i jej cywilizacja zawieszone w wieczności, z zamierającą wiedzą o wczoraj, bez podstaw do wiary w jutro. Z jednej strony ludzie to zwycięzcy, prawie każda rasa obcych jest podbita, ale spójrzmy, jak ci zwycięzcy wyglądają. Niby mogą przyjmować artefaktyczne ciała, tworzone według ich życzeń, ale jako zbiorowość wyglądają dość żałośnie. Wyobraźmy sobie ludzkość w dalekim kosmosie jako wielką grupę dzieci w kompleksie budynków zawierających supermarket, centrum handlowe, zakłady przemysłowe, punkty usługowe, itp. Rzuconych tam bez opieki i bez przewodnika. Z dziecięcą ciekawością i brakiem lęku, wynikającym z braku wyobraźni, próbujących uruchomić, oswoić, ujarzmić wszystkie otaczające ich „artefakty”. Tak właśnie wygląda ludzkość AD 2400 (tylko trzeba zadać sobie pytanie, czy to naprawdę jest rok Pański?).

Read the rest of this entry »

Wzdragałem się przed zaliczaniem powieści Kim Harrison do (pod)gatunku paranormal romance. W pierwszej części cyklu o wiedźmie Rachel Morgan odnalazłem świeżość i lekkość opowieści, jakiej brakowało mi w powieściach Mike’a Careya o Feliksie Castorze, delikatnie tylko przyprawionej elementami… hmm… romantycznymi. Liczyłem, że kolejna powieść utwierdzi mnie w przekonaniu, iż mamy do czynienia z, w gruncie rzeczy, całkiem przyjemnym urban fantasy. Pod tym względem powieść ta mnie rozczarowała, bo nie pozwoliła mi rozstrzygnąć, czy etykietka paranormal romance jest w jej przypadku tylko i wyłącznie chwytem marketingowym (pal sześć nagrody, jakie otrzymała ta autorka).

Read the rest of this entry »

Od kilku ładnych lat interesuję się tekstowymi klimatami związanymi z szeroko pojętą postapokalipsą. Zaczęło się niewinnie od kultowej dziś gry cRPG Fallout, w której postać gracza przemierza napromieniowane pustkowia zniszczonych przez wojnę nuklearną Stanów Zjednoczonych Ameryki. Nie licząc trzech kolejnych odsłon tej gry, zacząłem nadrabiać zaległości literackie oraz filmowe. Tak oto, między innymi, przeczytałem „Bastion” Stephena Kinga, „Świt 2250” Andre Norton, „Cylinder Van Troffa” Janusza Zajdla czy też „Kantyk dla Leibowitza” Waltera M. Millera. Widziałem sporo filmów w klimacie „postapo”, w tym trylogię „Mad Max” George’a Millera, „Beowulf” Grahama Bakera, „O-bi, O-ba. Koniec cywilizacji” Piotra Szulkina, niedawno nakręcony „Jestem Legendą” Francisa Lawrence’a, czy też skończyłem wreszcie oglądać rewelacyjny serial „Jerycho”, który niestety z powodu niskiej oglądalności zszedł z ramówki, a szkoda. Oczywiście przez kilka lat miałem także małą obsesję na punkcie polskiego systemu RPG „Neuroshima”, który w znakomity sposób skonstruowany został jako intertekstualna mieszanka, czy też raczej skompilowana „pigułka” tekstów postapokaliptycznych. Moja postać: Indianin, tropiciel o imieniu „Sokole Oko”, z maksymalną percepcją, sztuczką „Snajper” i „antycznym” karabinem Springfield z zamontowaną lunetą. To było coś! Aż łezka się w oku kręci.

Read the rest of this entry »

Zebrane w jednym tomie powieści „Dzień Tryfidów” oraz „Poczwarki” są kolejną pozycją z serii klasyka science fiction, cyklu w ramach którego Solaris stara się przypominać czytelnikom o książkach wydanych po raz pierwszy ładnych kilkanaście lat temu, ale mimo upływu czasu wciąż wartych uwagi. Osobiście bardzo chwalę sobie taką politykę, dostając dzięki temu bez problemu nowe wydania książek, które w innym wypadku mogłyby być trudniej dostępne. Z drugiej zaś strony, nie jest wcale pewne czy z własnej inicjatywy sięgnęłabym po niektóre pozycje. Bo chociaż z „Dniem Tryfidów” miałam okazję zapoznać się wcześniej, kiedy przypadkiem trafiłam na tę książkę w miejskiej bibliotece, to „Poczwarki” były dla mnie zupełną nowością.

Read the rest of this entry »

Z trzecią książką poświęconą przygodom kelnereczki Sookie Stackhouse mam coraz większy problem. Wynika on przede wszystkim z faktu, że wydawnictwo MAG prześcignęło stację HBO, która ekranizowała kolejne części cyklu, przyjmując je jako – tylko – punkt wyjścia do fabuły filmowej. Takie porównywanie serialu i literackiego pierwowzoru pozwalało na ciekawe spojrzenie (poprzez porównanie), zarówno na serial, jak i na książkę.

I oto mamy “Klub Martwych” i nie mamy serialu, którego trzeci sezon dopiero powstaje i zadebiutuje w HBO latem 2010 r. Zostałem więc teraz sam, bezbronny, naprzeciwko trzeciej części powieściowego cyklu, zastanawiając się cóż mogę napisać o nim, czego nie dało się przeczytać w poprzednich moich tekstach dotyczących powieści pani Harris? Nic się w “Klubie Martwych” nie zmieniło. Wciąż mamy do czynienia z tym samym stylem pierwszoosobowej narracji głównej bohaterki, która jednak nie jest wszechwiedzącym narratorem. Jednak (być może pochłonięty porównywaniem ze znakomitym serialem, dopiero teraz to dostrzegam) fabuła jest już odrobinę bardziej skomplikowana. Na pewno wyraźniej niż w poprzednich częściach widać, że nie chodzi już o prowincjonalne śledztwa i zabójstwa, poszerza się perspektywa, na scenę wkraczają nowe postaci (na przykład wampirza królowa – postać znana także z końcówki drugiego sezonu “True Blood”) a wraz z nimi odpowiadające ich randze tajemnice i intrygi (taka królowa przecież plany ma bardziej skomplikowane i poważniejsze). Sookie zatem “wchodzi do gry” ze znacznie poważniejszymi graczami, ale – mimo to – wcale nie ewoluuje, nie dorasta do kalibru, jaki prezentują wielcy gracze. To nadal rezolutna, mało skomplikowana i zapatrzona (odrobinę trzeźwiejszym spojrzeniem) w “swojego” wampira Billa i jego wampirzego szeryfa Erica. Przyznać trzeba, że postaci tych wampirów to jak wycięte z pism dla nastolatek postaci dorosłych chłopców. To znaczy: są oni dorośli, tak są przedstawiani, ale tak naprawdę to dorośli o mentalności nastolatków, albo tylko nastolatki udające dorosłych i – na dodatek – wampiry.

Read the rest of this entry »

Cley, były fizjonomista, po latach spokojnego życia z dala od cywilizacji zostaje zmuszony do powrotu w stare strony. Jego koszmary ożywają i zostają urzeczywistnione przez byłego mistrza – Drachtona Nadolnego. Jeffrey Ford dopisuje dalszy ciąg historii do stworzonego przez siebie świata w powieści “W labiryncie pamięci”. Przedstawia nam kolejne stracie Cley’a z genialnym konstruktorem, lecz tym razem polem bitwy będzie umysł.

Powieść rozpoczyna się w spokojnej wiosce – Wenau – gdzie po upadku Dobrze Skonstruowanego Miasta zamieszkał główny bohater. Cley zajmuje się leczeniem mieszkańców i tak odpłaca im za gościnę. Wciąż jednak nękają go demony przeszłości, z którymi nie potrafi sobie poradzić. Na domiar złego zostaje odnaleziony przez byłego mistrza i żeby ratować współmieszkańców musi powrócić do ruin metropolii, by po raz kolejny stanąć przed obliczem Nadolnego. Tutaj sytuacja komplikuje się, a bohater zmuszony jest wniknąć w umysł wroga i odszukać w jego pamięci antidotum na dziwną śpiączkę, która ogarnęła Wenau.

Read the rest of this entry »

„Rzeka Bogów” to kolejna przeczytana przeze mnie książka z serii Uczta Wyobraźni wydawnictwa Mag. Serii polecać nie trzeba, po większość (wszystkie?) wydanych w niej pozycji można sięgać “w ciemno”, bez obaw o poziom. Tak właśnie było z książką Iana McDonalda. Brałem ją do ręki nie mając wcześniej kontaktu z prozą autora, zawierzyłem marce UW. I nie zawiodłem się. To, co otrzymałem, będzie dla mnie jeszcze długo jednym z probierzy jakości S-F bliskiego zasięgu.
Dlaczego?

Powodów jest kilka. Po pierwsze, co jest znakiem rozpoznawczym McDonalda, akcja dzieje się z dala od tzw. cywilizacji śródziemnomorskiej / zachodnioeuropejskiej. Standardowy setting powieści S-F, to USA czy Europa Zachodnia, bądź kosmos opanowany przez zdobywców stamtąd. „Rzeka Bogów” to inny świat. To Indie, o których dziś tak naprawdę wiemy bardzo mało, a to co do nas dociera to tylko migawki, jak miasto Bangalore, starcia bojówek muzułmańskich i hinduskich, lub skrzywione obrazy kina bollywoodzkiego. Nie ukrywam, że i moja wiedza do tego mniej więcej się ogranicza. Tym większa jest przyjemność z lektury. Indie to kraj niewyobrażalnych dla nas różnic. Nie wierzę, że najbliższe kilkadziesiąt lat może to zmienić. Różnice te jednak zaskakują swą rozpiętością u McDonalda. Indie połowy XXI stulecia to kraje tkwiące po kolana w przeszłości, nam teraźniejszym przywodzącej na myśl literaturę fantasy. Z drugiej strony to matecznik niezwykle zaawansowanej technologii tworzenia Sztucznych Inteligencji. Cała wielowiekowa spuścizna kulturowa Indii wzbogaca tło powieści, co jest oczywiste, ale także dodaje wyrazu postaciom. Bohaterowie, tak pasujący do fabuły, tak zróżnicowani i pod względem pochodzenia i pozycji społecznej oraz ich cele i wartości, gdzie indziej wydawaliby się sztuczni, papierowi. A jednak w Indiach, przez wszystkie uwarunkowania trzymające ich jak kleszcze kulturowe, nabierają wyrazu, powodują, że są prawdziwi.

Read the rest of this entry »

Pisanie recenzji książki zahaczającej o tematykę spoza wiedzy ogólnej, jest o tyle trudne, że recenzent – nawet jeżeli popełni błąd merytoryczny – nie potrafi go wychwycić. Dzieje się tak dlatego, że kolokwialnie mówiąc: człowiek jest tylko człowiekiem. Przeważnie to osoby trzecie wskazują mu miejsca, gdzie za bardzo popuścił wodze fantazji. Problem występuje najczęściej przy omawianiu pozycji ściśle naukowych; w mniejszym stopniu w obrębie szeroko pojętej literatury popularnej.

Początkowo powieść Stiega Larssona mnie przerażała. No dobrze, może nie tyle „przerażała”, ile odpychała medialnym szumem, który wokół niej narastał. Wszędzie krążyły plotki, że książka jest więcej niż dobra, że jest przykładem ponadprzeciętnego kryminału. Na domiar złego wypowiedzi spotęgowane były oklepanym sloganem „światowy bestseller”. I kiedy już miałem sięgnąć po tę pozycję, w jednym z tekstów na temat pierwszego tomu „Millennium” przeczytałem: „thriller ekonomiczny”. Przyznam, że te dwa słowa ostudziły mój zapał. Ot, strach humanisty, dla którego wszelakie wątki z tak obcej dziedziny, jak ekonomia, stanowiły jedynie drogę do literackiego bełkotu. Jednak presja otoczenia okazała się silniejsza.

Read the rest of this entry »

Chiny w dzisiejszych czasach to państwo o największych potencjale gospodarczym, które w 2050 roku ma stać się potęga numer jeden na świecie. Prognozuje się również, że przez najbliższe lata to właśnie w tym kraju następować będzie największy postęp technologiczny. Jednak wśród ekonomistów istnieje od paru lat spór, że najbardziej perspektywicznym państwem są Indie. To one, a nie ich sąsiad z północy, będą rozwijać się w o wiele większym tempie. Przemawiają za nimi język angielski, uznany jako urzędowy, prężnie rozwijający się sektor usług oraz konkurencyjne środowisko. Wydaje się, że na tym oparł się Ian McDonald, umieszczając akcję swojej powieści właśnie w Indiach za 40 lat.

Read the rest of this entry »

W zeszłym roku wznowiono „Marsa”, debiutancką powieść Rafała Kosika. Jeśli ktoś nie miał okazji zapoznać się z nią wcześniej, to teraz, tak jak ja, może nadrobić zaległości. Jak już sam tytuł książki sugeruje, czeka nas wyprawa na Czerwoną Planetę, temat, wydawałoby się, wyeksploatowany. Czy Rafał Kosik może czymś zaskoczyć?

Na samym początku warto zaznaczyć, że „Mars” jawi się trochę jako powieść retro SF, inspiracja klasyką gatunku jest szczególnie widoczna w pierwszej części, w drugiej historia wydaje się wyraźnie skręcać w kierunku cyberpunka. Myliłby się jednak ten, kto w tej chwili uzna, że mamy do czynienia z dziwną hybrydą i takie połączenie może okazać się niestrawne. Nic z tych rzeczy. Chociaż można zwrócić uwagę na słabe połączenie, jak na powieść, obu części książki. Różnią się wieloma elementami, bohaterami, zmienioną w pewnym stopniu scenografią czy sposobem prowadzenia akcji. Tych cech łączących jest znacznie mniej, choć najważniejsze pozostają, oczywiście zostajemy na Marsie, a główny bohater drugiej części pojawił się także w pierwszej.

Read the rest of this entry »