dabliu

Zapraszamy do lektury  wywiadu z Rafałem W. Orkanem, autorem debiutanckiej książki „Głową w mur”. Jest to jednocześnie pierwszy wywiad, który pojawia się na naszej stronie.

Zaginiona Biblioteka: Czytelników interesują zazwyczaj dwie rzeczy u ich ulubionych pisarzy – inspiracje oraz początki w zabawie słowem. Jak w takim razie prezentuje się skarbnica pomysłów, z której czerpiesz oraz twoje korzenie pisarskie?

RWO: Nie sądzę, abym jedną książką i paroma opowiadaniami wypracował w oczach jakiegokolwiek czytelnika status ulubionego pisarza, postaram się jednak odpowiedzieć na to pytanie, choć jego pierwsza część, ta dotycząca pomysłów, jest o tyle trudna, że próba ujęcia w kilku zdaniach całego bagażu inspiracji zakrawa w mojej opinii o rzecz, jeśli nie niemożliwą, to co najmniej wątpliwą.

W skrócie – bo inaczej się nie da – są to kolejno: literatura, film, muzyka, poezja, malarstwo, trochę komiks, no i samo życie, rzecz jasna. Jak widać, odpowiedziałem więc nie odpowiadając wcale, ale taka jest prawda, że inspirację do pisania własnych tekstów czerpie się po prostu zewsząd. Wydaje mi się, że pisarzem (czy w ogóle twórcą) w pewnym sensie jest się przez okrągłą dobę, bo nie sposób przejść obojętnie obok jakiegokolwiek doświadczenia, nie wynosząc zeń jakiegoś pomysłu, albo chociaż zalążka pomysłu.

Odpowiadając bardziej konkretnie, mam oczywiście swoje ulubione książki, filmy itd., które najbardziej wpłynęły i wpływają na to, co sam staram się kreować we własnych tekstach. Najsilniejszy i chyba najbardziej trwały ślad w mojej wyobraźni odcisnęli pisarze z ich sztandarowymi dziełami; Gene Wolfe ze swoją „Księgą Nowego Słońca”, Frank Herbert z „Diuną” i J.R.R. Tolkien z „Władcą Pierścieni”. Od każdego z nich otrzymałem swoistego kopniaka w sam środek wyobraźni, ale pozostawanie w zamkniętym kręgu inspiracji skazałoby każdego młodego autora na odtwórcze powielanie schematów, dlatego staram się czerpać z przeróżnych źródeł. Czasem wystarczy tekst piosenki lub obejrzane zdjęcie i pomysł sam się pojawia, a później, wiążąc się z całą resztą innych bodźców i doświadczeń, przyobleka się w kolejne warstwy i kolejne, aż wyrasta z tego coś, na czym można zbudować tekst.

Co do drugiej części pytania, czyli moich pisarskich początków, to zaczęło się bardzo wcześnie. Nauczyłem się czytać w wieku czterech lat i niebawem sam zacząłem spisywać różne historyjki. W podstawówce poświęciłem jeden ze szkolnych zeszytów na ilustrowaną space operę; inspirowaną, a jakże, „Gwiezdnymi wojnami”. W liceum, zamiast uczęszczać na zajęcia, zaszywałem się na ławce w parku i hejże… leciałem z koksem, pisząc kolejne opowiadania. Wówczas było to głównie jakieś pseudo-historyczne fantasy o wikingach. Z tego co pamiętam, już jako dziesięciolatek pomyślałem sobie, że fajnie byłoby zostać pisarzem.

ZB: Jak wygląda proces pracy nad książką? Robisz  tylko luźne notatki, najpierw kreujesz bohaterów czy może zaczynasz od wymyślania nowego, spójnego świata? Czy plan wydania własnej książki pojawił się wcześniej u ciebie, jako te małe marzenie?

RWO: Marzenie o wydaniu własnej książki w moim przypadku wcale nie było małe. Rzekłbym, że od dawna pożerało mnie od środka. A towarzyszyło mi, jak już wspomniałem, od wczesnych lat szkolnych.

Jeśli chodzi o proces pisania, to w przypadku mojej debiutanckiej książki było to powolne i samoistne nawarstwianie się różnych pomysłów. Przez lata powstawały postacie, miejsca i wydarzenia, które później po prostu zebrałem do kupy. Myślę, że to normalne przy pierwszej własnej powieści; autor chciałby upchać w niej wszystko, co go do tej pory męczyło i dręczyło. W pewnym stopniu dotyczy to właśnie „Głową w mur”. Od strony technicznej zaś wyglądało to tak, że pojawiła się szansa na publikację najpierw jednego opowiadania, później drugiego. Wykroiłem więc dwie historyjki z Vakkerby i podałem je w formie opowiadań. Gdy okazało się, że jest szansa na wydanie książki, postanowiłem umieścić owe historie w takim kontekście, jaki z grubsza planowałem, czyli jako większą opowieść.

Ale proces powstawania „Głową w mur” był dość specyficzny. Podchodząc do każdego tekstu przyjmuję zwykle nieco inną metodę. Czasem jest to więc pomysł na jakieś luźne przesłanie, czasem pojawia się postać, która żąda ode mnie, bym coś o niej opowiedział, czasem wizja jakiegoś miejsca lub wydarzenia. Bywa też tak, że staram się twórczo przetworzyć coś, co mnie zainspirowało, lub też mojej małżonce przyśni się coś ciekawego i buduję na jej śnie fabułę lub świat przedstawiony. A czasem po prostu coś mnie boli i chcę się tym podzielić.

Zwykle – choć nie zawsze – zanim usiądę do właściwego pisania, ale mając już konkretny pomysł na tekst, sporządzam bardzo ogólny konspekt, taki scenopis. Zapisuję go swoistym metajęzykiem, niezrozumiałym pewnie dla nikogo poza mną. Ale rzadko się zdarza, bym w trakcie pisania nie pozmieniał tego i tamtego, czasem kompletnie przekształcając pierwotny zamysł. Po prostu historia zaczyna żyć własnym życiem i moją rolą jest pozwolić jej toczyć się własnym torem, ale tak, by nie utracić nad nią kontroli. Tekst w trakcie pisania jest jak częściowo oswojone, ale wciąż jednak dzikie zwierzę; zbyt mocno strzelisz batem, to cię pogryzie.

ZB: Gdybyś miał spojrzeć wstecz na swój rozwój jako pisarza, w którym miejscu według ciebie znajdujesz się teraz?

RWO: Udało mi się wyjść z przedszkola. Być może, wydając debiutancką książkę, nawet ukończyłem literacką podstawówkę. Teraz czekają mnie ciężkie boje w gimnazjum (tak po prawdzie, „za moich czasów” nie istniały gimnazja, więc nie wiem jak tam jest, ale wyobrażam sobie, że ciężko).

ZB: „Głową w mur” to twoja pierwsza książka, przez wydawnictwo FS została zaliczona od razu do serii „Asy fantastyki”. Jakie uczucia szarpią świeżo upieczonym debiutantem?

RWO: Nie mam czasu na uczucia; kończę drugą książkę. Na ogół jestem więc zbyt wyczerpany, by czuć cokolwiek.

Ale tak całkiem poważnie, to oczywiście rozpiera mnie radość, ale jest też lęk, jak to dalej będzie. Myślę, że poczuję się naprawdę swobodnie jako twórca, gdy będę miał już za sobą wydanie całej Paramythii Vakkerby. Dopiero wówczas bowiem będę mógł zdystansować się od pierwszego poważnego przedsięwzięcia na polu literackiej twórczości, ocenić je na chłodno i wyciągnąć wnioski. Na razie jestem, jak by to ująć… nieco rozdygotany.

Ale spełniłem marzenie. To najważniejsze.

ZB: Po twoją książkę sięga osoba, która wcześniej nic o niej nie słyszała. Jak w paru słowach nakreśliłbyś o czym ona właściwie jest?

RWO: „Głową w mur” to pierwsza odsłona trzytomowej powieści o ludziach (nie do końca będących ludźmi) rozdartych między dobrem a złem, ludzką i nieludzką częścią swojej natury, poszukiwaniem wewnętrznej wolności a niezdolnością do jej osiągnięcia, czy też między potrzebą odnalezienia prawdziwego siebie a pokusą łatwego przyodziania się w kłamstwo. Wszystko to podane za pomocą narzędzi, jakie oferuje fantastyka, a więc poprzez anty-utopijny i nieco surrealistyczny charakter wykreowanego świata, trochę komiksową akcję, karykaturalne postacie o pewnych, celowo wyolbrzymionych cechach, odrobinę gry na skojarzeniach itp.

Jednocześnie nie aspiruje ona do miana jakiejś wielkiej literatury i ma być przede wszystkim opowieścią o mieście-molochu i jego pogrążonych w niedoli mieszkańcach; historią do pewnego stopnia po prostu „akcyjną”. Na tyle interesującą i sugestywną, na ile pozwalają mi moje umiejętności.

ZB: „Zemsta jednorożca” i „Miód z moich żył” razem z „Głową w mur” publikowane wcześniej są częścią większej całości, małe mozaiki, które mają dać pełny obraz. Od początku miałeś gotowy pomysł na tak przedstawioną historię czy pojawił się on dopiero jako produkt wtórny?

RWO: Od początku myślałem o tej historii, by podać ją czytelnikowi na zasadzie puzzli, które sam sobie ułoży. Natomiast to, że „Głową w mur” ma akurat taką a nie inną konstrukcję, w dużym stopniu wzięło się z tego, że pisząc kilka pierwszych opowiadań nie miałem pojęcia, czy kiedykolwiek będę miał szansę opublikowania całej książki.

Pełna odpowiedź brzmi więc – trochę tak i trochę siak.

ZB: Czy całość wciąż jest przewidziana na trzy tomy?

RWO: Tak. I to się raczej nie zmieni.

ZB: W książce „Głową w mur” mamy do czynienia z wieloma nawiązaniami do religii, okultyzmu, kabalistyki. Skąd tego tyle w książce? Czy to sama fascynacja autora tymi sprawami się tu ujawnia czy też były to elementy niezbędne do powstania powieści?

RWO: Może nie tyle fascynacja, co swoiste obsesje na punkcie niektórych przejawów religii, okultyzmu itp. Z tym, że ja ich tutaj nie drążyłem, traktując je raczej instrumentalnie, jako powierzchowne symbole, powtykane tam, gdzie potrzebowałem jakiegoś skojarzenia, czy wywołania określonego nastroju.

ZB: Opowiadanie „Zemsta jednorożca” miało być „hołdem dla Conana”, jak sam stwierdziłeś. Na ile postać Byhtry ma w sobie z bohatera Howarda?

RWO: Ma jego siłę, posturę i sposób na rozwiązywanie konfliktów. Reszta to już złamanie schematu znanego barbarzyńcy, bo inaczej zamiast hołdu byłaby podróbka. Dlatego Byhtra starzeje się, jest zmęczony, miast przygód pragnie spokoju, pomału zżera go choroba. Byhtra upada i podnosi się, i znowu upada… Nie lubi siebie. Zaczyna odkrywać wewnętrzny konflikt, związany z jego podwójną naturą. Sam nie wie, czy jest tylko brutalnym prostakiem, co z pewnością ułatwiłoby mu życie, czy może tylko stara się taki być, etc. etc.

Hołd dla Conana (spowodowany wyjątkowym sentymentem, jakim darzę tę postać) polegał tu na uczynieniu dużego „barbarzyńcy” materiałem wyjściowym dla dwuznacznego bohatera. Takie było przynajmniej założenie, bo nie wiem, jak wyszło.

ZB: Jeśli już jesteśmy przy tej postaci, akcja pierwszego tomu toczy się głównie wokół Byhtry, czy w kolejnych odsłonach schemat ten zostanie utrzymany, a może na pierwszy plan wysuną się Eyra i Gebneh?

RWO: W głównej mierze to Byhtra będzie ciągnął tę historię, choć nie on jeden. Ale to właśnie uciszyciel pozostanie postacią o największym wpływie na fabułę.

ZB: Czy, i jeśli tak to jaki wpływ na obraz miasta miało uniwersum WFRP, czyli wszechobecność spaczeń i skrywanych mutacji?

RWO: Świadomie żaden, nieświadomie być może całkiem duży. Grywałem kiedyś w WFRP, ale nie myślałem o tym świecie, tworząc Paramythię Vakkerby. Mnie po prostu zawsze ciągnęło do turpizmu. Ciało jest dla mnie zarówno źródłem piękna i przyjemności, jak i obrzydliwym workiem mięsa i chorób. Ciało bywa mocne, ale i podatne na okaleczenia. Poprzez ciało może uwidaczniać się nasz charakter, ale i ono samo w ogromnym stopniu wpływa na umysł, na osobowość. Chcę powiedzieć przez to, że każdy z nas – absolutnie każdy – skrywa jakieś spaczenie, jakąś mutację. I to zazwyczaj postępującą. Dosłownie i w przenośni. Ludzie mają obsesję na punkcie ciała, na punkcie urody. Po co inaczej tak obsesyjnie staraliby się je upiększać? Pod wyglądem – ulepszając go – często staramy się ukrywać różne niedoskonałości. I znowu – niedoskonałości ciała, ale i ducha. Taką ogólną szpetotę.

To kolejna moja prywatna obsesja. Człowiek jako istota powstała ze zderzenia mięsa i ducha. Myślę, że akurat mutanci z Warhammera nie mieli większego wpływu na obraz Vakkerby i jego mieszkańców.

ZB: Wielu osobom Vakkerby kojarzy sie z Lususem Simmonsa i Ambergris VanderMeera . Można odnieść  wrażenie, ze VanderMeera poznałeś, kiedy twoje miasto juz powstało. Gdzie w takim razie są wspólne wzorce tych miast, toczonych zepsuciem, korupcją, brakiem perspektyw? Czy można je potraktować jako formy rozwojowe Metropolis i Gotham City?

RWO: Wizja zaprezentowana w Metropolis pozostawia niezatarte wrażenie, to pewne. W trakcie tworzenia Vakkerby swoje trzy grosze dorzuciły też różne książkowe, filmowe i komiksowe metropolie, ale zaczęło się od Nessus oraz od gibsonowskich wizji miast w Neuromacerze. A jeszcze wcześniej, w dzieciństwie, pojawiła się chęć „dopowiedzenia” sobie Mordoru i myślę, że tam należy szukać początków Vakkerby. Akurat miasta w rodzaju Nowego Crobuzon czy Ambergris pojawiły się zbyt późno, by stanowić dla mnie inspirację, choć z pewnością przyłączyłyby się do tego miejskiego korowodu, gdybym tylko poznał je nieco wcześniej.

Poza tym, ja żyję we Wrocławiu, a co za tym idzie, mam zakorzenioną świadomość, że miasto poniżej poziomu ulic ma jeszcze jakieś mroczne głębiny. Pracowałem też w różnych miejscach, między innymi na terenie starych, częściowo zrujnowanych fabryk i zabrałem z takich miejsc sporo „widokówek” wypalonych w wyobraźni. Nie ma więc prostego przełożenia: Vakkerby – miasto „wzięte” z książki czy filmu.

A brak perspektyw, bieda, korupcja, zepsucie… wystarczy przecież spojrzeć za okno. Sam zresztą nigdy nie opływałem w luksusy i nie potrafię patrzeć w jutro inaczej, niż jak w ponurą ścianę do pokonania. Po prostu głową w mur.

ZB: Odejdźmy na chwilę od tematu twojego debiutu. W jakim kierunku twoim zdaniem zmierza fantastyka, w Polsce i na świecie? Masz jakieś hipotezy o trendach, które będziemy mogli obserwować, w którym kierunku będą zmierzać pisarze – fantasy, s-f, a może odchodzić do głównego nurtu?

RWO: Nie sądzę, żebym nadawał się do tego rodzaju dywagacji. Nie wiem, dokąd zmierza fantastyka. Być może jej część zatraci swoją „gatunkowość” i oderwie się nieco od reszty nurtu, wchodząc do mainstreamu, ale zachowując przy tym pewien charakterystyczny rys. I nie będzie to żadne odchodzenie; raczej dojrzewanie. Niewątpliwie jednak zostaną też czysto gatunkowe książki i to raczej one stanowić będą o fantastyce, jako o gatunku. Po prostu dlatego, że czytelnicy właśnie takiej fantastyki potrzebują, tak jak potrzebują kryminału, sensacji czy romansu. I tylko nieliczni pragną książek rozpierających te konwencje.

Zarówno w Polsce, jak i na świecie, mamy i takich i siakich autorów. Niektórzy wędrują skrajnościami, a inni środkiem. I dobrze.

ZB: Watts i Stross publikują swoje powieści w sieci na licencji Creative Commons, jak się na to zapatrujesz? Sądzisz, że i ty kiedyś byłbyś skłony do takiego sposobu publikowania?

RWO: Jestem jaskiniowcem. Dla mnie podział jest prosty jak konstrukcja gwoździa – albo pisanie traktuje się jako weekendowe hobby (ze szkodą dla samego pisania), albo jako zawód. Ja dążę do tego drugiego. I teraz… Mieszkam w Polsce i piszę po polsku. Jeśli więc miałbym kiedyś uczynić z pisania swój zawód, muszę publikować papierowe książki sprzedawane w księgarniach. Ale jestem jaskiniowcem; może się nie znam. Dla mnie książka to taka cegła z celulozy. Musi pachnieć. Da się ją ustawić na półce i podziwiać grzbiet.

ZB: Jak sądzisz w którym kierunku pójdzie rozwój książek? Te papierowe staną się snobistyczną rozrywką a prym będą wiodły e-reader z e-bookami? Czy jeszcze w perspektywie najbliższy lat jest na to za wcześnie?

RWO: Mam nadzieję, że książki jak najdłużej przetrwają w obecnej formie, ale obawiam się, że moje nadzieje świat ma głęboko tam, gdzie nie pachnie fiołkami. Jeszcze nie dziś, może nie jutro, ale pewnie pojutrze elektronika zastąpi papier. To nie będzie książka dla mnie, nic na to nie poradzę.

ZB:  Sam również prowadzisz bloga, czy traktujesz go jako nową (lepszą) formę kontaktu z czytelnikami?

RWO: Blog to dodatek. Zresztą nie mam czasu, żeby należycie o niego zadbać. Nie jest to lepsza ani gorsza forma kontaktu z czytelnikami. Po prostu jedna z wielu. Ma zarówno swoje zalety, jak i wady.

ZB: Jednocześnie dużo udzielasz się w sieci. Czy w samym buszowaniu w odmętach internetu szukasz pomysłów, czy raczej przyjmujesz postawę przeciętnego czytelnika. Szukasz lektur dla siebie? I co za tym idzie, pierw jesteś czytelnikiem czy pisarzem?

RWO: Jedno nie koliduje z drugim. To znaczy, czuję się najpierw czytelnikiem, a pisarzem (o ile w ogóle mogę na razie tak o sobie mówić) staram się być, ale w sensie patrzenia na świat, jako materię, którą można różnymi sposobami przetwarzać. W sieci jestem głównie czytelnikiem, fanem; szukam informacji, rozmawiam.

ZB: Jak widzisz rolę i funkcję pisarza? Dostarczyciel rozrywki, poruszyciel sumień i ważnych tematów, wstrząsacz, eksperymentator formy czy może jeszcze inaczej?/span>

RWO: Rolą i funkcją pisarza jest pisanie książek; przecież to proste. A czym może być owa książka i co ona porusza lub dostarcza, to już jest kwestia iskrzenia na styku pisarz – czytelnik. To taka forma partnerstwa: ja ci coś opowiem, a ty posłuchasz. A odbiór tej opowieści zależy od wrażliwości, bagażu doświadczeń, inteligencji, wiedzy, a także prywatnych potrzeb. I tyczy się to zarówno pisarza jak i czytelnika.

ZB:  Na sam koniec, uchyl rąbka tajemnicy i opowiedz nam o twoich dalszych planach pisarskich. Kolejne pomysły czekają na ujście?

RWO: Najpierw kontynuacja „Głową w mur”, czyli „Dziki Mesjasz” i „Oblężone miasto”. Później pewnie złożę zbiorek niepowiązanych ze sobą opowiadań i zabieram się za kolejną powieść. „Rok łagodnego światła” – taki będzie nosiła tytuł. Więcej nic nie powiem na jej temat, bo to jeszcze odległy projekt. Na razie muszę się skupić na Paramythii Vakkerby. Ale moje pomysły sięgają jeszcze dalej i są to miejscami dość konkretne szkice.

ZB: Bardzo dziękujemy za rozmowę.

This entry was posted on niedziela, Kwiecień 12th, 2009 and is filed under Wywiady. You can follow any responses to this entry through the RSS 2.0 feed. Both comments and pings are currently closed.

2 komentarze to “Rafał W. Orkan – wywiad”

  1. […] do lektury wywiadu, jaki przeprowadziła ze mną ekipa Zaginionej Biblioteki, po uprzednim zrecenzowaniu mojej […]

  2. http://www.swiatlemmalowane.pl...

    Bardzo fajny tekst. Zapraszam również do siebie….