kp2

Zapraszamy, do drugiego już, wywiadu przeprowadzonego przez Zaginioną Bibliotekę. Tym razem w ogień pytań trafił Krzysztof Piskorski, autor m.in. „Zadry”, „Opowieści piasków”, „Pocztu dziwów miejskich”.

Zaginiona Biblioteka: Na początku chciałam pogratulować Ci nominacji do nagrody im. Żuławskiego. To już kolejne w tym roku wyróżnienie dla „Zadry”. Liczyłeś po cichu na taki sukces?

Krzysztof Piskorski: Dziękuję. Wiesz, książki z reguły pisze się z takim założeniem, żeby były dobre. Mało znam autorów, którzy, wypuszczając nowy tekst, nie wiążą z nim jakichś nadziei. A do „Zadry” dużo się przygotowywałem, potem bardzo długo pracowałem, wypuściłem ją z rąk dopiero, kiedy uznałem, że jest dobra, moim zdaniem lepsza od większości tego co się ukazuje. Oczywiście autor przeważnie się myli w takich sprawach, obiektywnie książkę widzą dopiero czytelnicy i recenzenci. Dlatego cieszę się, że tak wielu podzieliło moje zdanie o „Zadrze” – i tyle.

ZB: Podobnie było z nagrodą ESFS Encouragement Award, która została ci przyznana na Euroconie? Któraś z tych nagród jest dla ciebie najbardziej istotna, włączając w to również zestawienia Esensji i Katedry?

KP: Wszystkie są bardzo istotne, bo pozwalają mi ocenić czy idę w dobrym kierunku, no i motywują do dalszej pracy, co jest szczególnie ważne, jeśli pisanie nie jest głównym zajęciem i każda chwila spędzona przy klawiaturze jest ciężko wywalczona. Po pewnym czasie nawet najwięksi twardziele się poddają, a ja miałem za sobą już cztery książki i – jak dotąd – żadnego większego sukcesu. Dzięki recepcji „Zadry” dostałem kopa na następnych parę powieści.

A jeśli pytasz, która jest dla mnie osobiście najważniejsza, to chyba nominacja do nagrody Jerzego Żuławskiego. Plebiscyty internetowe, nawet dobre, zawsze są w pewnym sensie miarą tego, ile klubów, for i grup dyskusyjno-towarzyskich popiera danego autora. Tymczasem na nominacje do Żuławskiego głosowali indywidualnie doświadczeni fani fantastyki, i dla nich „Zadra” była jedną z najlepszych polskich książek roku. To dla mnie bardzo budujące.

ZB: Świat w którym osadziłeś „Zadrę” to był najpierw pomysł tylko na jedno opowiadanie, opublikowane w „Księdze Smoków”, czy może od początku planowałeś napisać powieść?

KP: Od początku planowałem przynajmniej kilka opowiadań i przynajmniej jedną powieść. W zasadzie to pomysł na świat, rekwizytorium i ogólny klimat był najpierw – konkretne fabuły potem. Chciałem zacząć od opowiadania i zobaczyć, jak to wszystko razem działa. Napisałem więc tekst, który poszedł do „Księgi smoków”. Nie byłem do końca zadowolony, czułem że czegoś brakowało, potrzebowałem czegoś głębszego, bardziej realistycznego niż zwykłe mieszanie epoki napoleońskiej ze światami fantasy. Przemyślałem parę spraw i napisałem drugie opowiadanie, czyli „Złamanych”, którzy ukazali się w „Księdze strachu”. Tu trafiłem w dziesiątkę, bardzo podobało się i mnie i czytelnikom. Wiedząc w jaką stronę chcę iść, zabrałem się za pracę nad „Zadrą”. Nawet bohatera postanowiłem zostawić tego samego, a główny wątek „Złamanych” wpleść jako jeden z wątków pobocznych w powieść.

ZB: Czytając blurba „Zadry” można było odnieść wrażenie, że zainspirowała Ciebie w pewnym stopniu twórczość Iana MacLeoda. Znałeś wcześniej „Wieki światła”, czy może pomysł na twoje uniwersum pojawił się u Ciebie zupełnie niezależnie?

KP: O inspirację byłoby ciężko bo – ze wstydem przyznaję – MacLeoda jeszcze nie czytałem. Dopiero kiedy ludzie zaczęli na sieci porównywać obie książki, przekartkowałem „Wieki Światła”. Trafiły na listę do przeczytania, ale lista ta jest bardzo długa, a pierwsze miejsce zawsze zajmują na niej źródła do tego, co akurat mam „na warsztacie”, więc nie wiem nawet, kiedy zapoznam się bliżej z tym autorem. Ale z tego co widziałem, podobieństw wielu nie ma, niektórym po prostu kojarzy się samo rekwizytorium, a konkretnie słowo „ether”. Ale to nie ten okres historyczny, nie ten styl, a przede wszystkim, zupełnie inny gatunek powieści.

Ale prościej i ciekawiej będzie, jeśli zamiast się migać, podam Ci kompletny wzór na „Zadrę” – listę jej części składowych. I wtedy będziesz mogła sama ocenić, co mogło być inspiracją, a co nie.

Fundament, albo raczej gleba, to powieści z okresu wojen napoleońskich, które uwielbiałem czytać. W liceum wielkie wrażenie zrobiły na mnie książki Łysiaka, lubiłem też czysto historyczne opracowania o epoce. Ogólnie do „gleby” zaliczyłbym całą literaturę historyczno-przygodową, z jaką miałem styczność, a było tego dużo. Ziarno to… gra. Konkretniej mało znany system bitewny Flintloque, z którym zetknąłem się dawno temu. System jak system, przeszedł bez echa, zniknął, zresztą pewnie wcale za dobry nie był, zapamiętałem z niego tylko okładki podręczników i ogólną ideę – fantasy napoleońskie. Czyli elfy w mundurach przypominających francuskie walczą z hordami ożywieńców oraz orkami w szkockich kiltach i czerwonych kurtach. Ot, taka nieco tandetna wizja, która miała jednak w sobie coś, co zostało mi w pamięci. Korzenie „Zadry” to fascynacja steampunkiem, rzeczami w stylu „Maszyny różnicowej”, „Ligi niezwykłych dżentelmenów” albo świetnej gry Arcanum. No i chęć napisania przybranego w fantastykę hołdu wobec przygodowych „cegieł” pisarzy takich jak Alexander Dumas, sir Walter Scott, Sienkiewicz oraz książek Verne’a. Dołóż parę albumów Running Wild, parę albumów Dream Theatre – masz już prawie wszystko.

Potem trochę innych drobiazgów, długi proces chemiczny, rozłożony na lata, i efekt możesz oglądać na półce w księgarniach. Jak widzisz, MacLeoda w równaniu nie było. Zresztą trudno żeby był, pierwszy raz wspominałem o napoleońskiej powieści zaraz po napisaniu „Wygnańca”, jakieś 1-2 lata przed pojawieniem się „Wieków” u nas.

I pewnie dlatego osoby, które oczekują czegoś w stylu „Wieków światła”, bywają „Zadrą” rozczarowane. To nie jest New Weird pełną gębą, to nie próba robienia czegoś w stylu Jacka Dukaja, to literacki salut oddany popularnej literaturze dziewiętnastego wieku, okraszony odrobiną steampunku (ale nie za dużą – zbyt kochałem epokę napoleońską, żeby ją w poważny sposób zmieniać).

W sumie trochę mi szkoda, że użyłem słowa ether, nawet jeśli znaczy ono co innego u mnie niż u MacLeoda i nawet jeśli funkcjonowało w fantastyce i ezoteryce przed nim. Gdybym teraz pisał od nowa, zastąpiłbym ether np. esencją. Robię tak w wersji angielskiej, o czym będzie się można przekonać, jeśli zdołam ją ukończyć za życia i uda się ją wydać.

ZB: Widzę długą pracę z połączenia wielu części składowych, można pokusić się o stwierdzenie, że „Zadra” to w pewnym sensie książka twojego życia?

KP: Jak dotąd każda książka była dla mnie w pewnym sensie książką życia, bo np. „Opowieść Piasków” wyrosła z mojej fascynacji kulturami wschodu oraz historią starożytną, nabytą podczas dwóch lat studiowania archeologii. Jak większość autorów mam szerokie zainteresowania, czytam po trochu o wszystkim, mam parę hobby. Z rzeczy dla mnie najważniejszych, nie zająłem się nigdy jeszcze swoją miłością do żeglarstwa, muzykowaniem, historią wielu różnych okresów oraz kultur, a więc „książek życia” mogę jeszcze napisać sporo.

Masz rację w tym sensie że „Zadra”, „Opowieść piasków”, „Poczet dziwów miejskich” – to wszystko są moje rozliczenia z młodością. Ale zaczynam z tym powoli kończyć, niedługo będę musiał przerzucić się na pisanie bardziej świadome, koncepcyjne: nie to, co zrobiło na mnie kiedyś wrażenie, ale to, co jest najbardziej obiecujące artystycznie i co może zrobić największe wrażenie na czytelniku.

ZB: Masz już pomysł na nowe uniwersum, w którym osadzisz kolejną powieść?

KP: Pewnie! Na nowe i parę następnych, dokładniej rzecz biorąc. Ale może ograniczę się do tego, co będzie po „Zadrze”, bo o tekstach, które planuję napisać, potrafię rozprawiać bardzo długo, a jak zabieram się do pracy i tak większość z tych rzeczy się zmienia. Tak więc: po „Zadrze” będzie „Krawędź czasu”, która wyjdzie nakładem Fabryki Słów jakoś tak pod koniec roku (jeśli uda mi się dotrzymać trzeciego z kolei terminu). A uniwersum jest nam bardzo bliskie, to koniec XIX wieku w Polsce. Czyli dalej eksploruję swoje steampunkowe fascynacje, ale tym razem w przeciwną stronę niż w „Zadrze”. W „Krawędzi” główną rolę gra ożenek żydowskiej kabały z precyzyjną mechaniką w scenografii „Ziemi obiecanej”, klimat jest mroczniejszy, sama historia bardziej kameralna. Do tego inspiracje „Golemem” Meyrinka, prozą Shulza oraz filmami Tima Burtona.

Całość wywodzi się ze scenariusza na konkurs, który dwa – trzy lata temu zorganizował Tomasz Bagiński i Platige Image. Wiesz, szukali pomysłów na pełnometrażową animację (ostatecznie żadnego nie wykorzystali), ja dostałem wyróżnienie, Tomek Bagiński chwalił mój scenariusz za bardzo fajnego bohatera, świat i skomplikowaną, odchodzącą od schematów fabułę. Ten pomysł długo mi nie dał spać, wiedziałem że muszę przerobić go na powieść. I to jest następna rzecz, która się ukaże pod moim nazwiskiem.

A potem? Dużo rzeczy, wszystkie raczej niekonwencjonalne. Nie zamierzam jednak nic zdradzać, bo przy moim tempie pracy jakiś autor mógłby napisać w tych klimatach cały cykl, nim ja dojdę do konkretnego etapu.

ZB: Jesteś stosunkowo młodym pisarzem, mimo to na swoim koncie masz już kilka książek. Czy wiek pisarza, według ciebie, ma znaczenie przy procesie twórczym, np. po 30-stce człowiek jest już bardziej dojrzały jako autor, ma większy bagaż doświadczeń życiowych, jest lepiej ukształtowany psychicznie czy te sprawy są bez znaczenia?

KP: Oczywiście, że ma znaczenie! Na skutek naszej publicystyki fantastycznej zaczęło się jakiś czas temu dzielenie autorów na artystów i rzemieślników, coś tam się gada o rzekomym „przezroczystym” stylu, do którego dążą młodzi, konfrontując z tym prozę Szostaka czy Orbita. W tym wszystkim zapomina się o najważniejszym, starym jak świat podziale: na pisarzy zielonych i doświadczonych, uczniów i mistrzów.

Dwudziestoletni autor, który w swoim życiu przeczytał dwieście książek raczej nie będzie w stanie bawić się językiem i formą z taką lekkością, jak autor czterdziestoletni, który przeczytał książek tysiąc. Nie będzie też tworzył takich samych bohaterów, dialogów etc. I o tym często się u nas zapomina, zestawiając ze sobą stare wygi i dowolnego debiutanta Runy albo Fabryki. Potem ludzie próbują w dyskusjach wyznaczać jakieś fałszywe trendy, tłumaczą, że ci drudzy wychowali się na angielskich przekładach, więc pewnie tak chcą pisać i tak będą po wsze czasy. Ale to niepoważne! Niektóre rzeczy przychodzą z czasem, ja sam w okolicy „Wygnańca” śmiałem się z gadania o literackim stylu, tłumacząc, że przecież najważniejsza jest opowiadana historia, a język ma tylko nie przeszkadzać w jej poznawaniu. A tu proszę, po wstukaniu paru milionów znaków, odkryłem, że niektóre zdania już mi nie leżą, że nie jestem usatysfakcjonowany, kiedy patrzę na akapit, który dałoby się napisać lepiej. Tak samo jak czytelnikowi wyrabia się gust w miarę konsumpcji kolejnych powieści, tak samo ewoluuje gust autorski.

Może kiedyś ten proces dojrzewania piór był bardziej ukryty, bo z trudnością debiutu wiązało się to, że ludzie wiele lat pisali do szuflady, nim udało im się wydać pierwszą książkę. Teraz już tak nie ma, każdy może napisać powieść, i jeśli będzie to interesująca historia napisana poprawnym językiem, to ktoś ją wyda – czy to będzie Runa, Fabryka czy Supernowa. Owszem, niektórzy może zatrzymają się w rozwoju na prostych historiach i prostym języku. Ale inni się uczą, ewoluują.

Dlatego autorów, którzy wejdą do pierwszej ligi, albo wręcz zastąpią niektóre dawne gwiazdy, nie upatrywałbym w nieznanych, przyszłych debiutach, a w tych, którzy już tu są i odrabiają literacki staż. Amerykanie wierzą, trochę naiwnie, w zasadę dziesięciu tysięcy godzin. Krótko mówiąc chodzi o to, że aby być w czymś naprawdę świetnym profesjonalistą, trzeba poświęcić na doskonalenie się i ćwiczenia właśnie tyle – dziesięć tysięcy godzin, dwie-trzy godzinki codziennie przez dziesięć lat, albo osiem godzin codziennie przez jakieś cztery lata. I nie zawsze się to sprawdza, ale sprawdza się często, bo wielu sportowców, muzyków oraz artystów zaczęło odnosić poważne sukcesy w okolicy tego punktu. Oczywiście u nas częściej myśli się o sztuce w kategorii talentu, natchnienia, iskry bożej, etc. Czas i statystyka pokaże, kto ma rację, ale zachód, gdzie do pracy, ćwiczeń, doświadczenia przykłada się większą wagę, gdzie funkcjonują wyśmiewane u nasz szkółki „creative writing” oraz freelance editorzy, gotowi pracować długo z młodym pisarzem, na brak świetnych autorów nie narzeka.

ZB: Według Stephena Kinga dobra fantasy to taka, w której bohaterowie mieli moce, utracili je a teraz próbują je odzyskać; zaś zła jest wtedy, kiedy bohaterowie mają moc i nią wymachują. Jaki jest twój stosunek do konwencji, w której się obracasz w trakcie pisania: znając jej ograniczenia wolisz bawić się jej elementami, czy też chciałbyś raczej ją przedefiniować? Co byłoby dla ciebie trudniejsze? Jakiej granicy literackiej nie przekroczyłbyś?

KP: Ale czym się różni przedefiniowanie konwencji od zabawy jej elementami? Każdego przedefiniowania dokonuje przecież zdolny autor, który elementy poprzestawia, pomiesza je i stworzy nową jakość. To właśnie staram się robić, znaleźć rzeczy, które razem dobrze działają, ale nie zostały jeszcze wyeksploatowane, np. steampunk i wojny napoleońskie.

A granica, której bym nie przekroczył? Firmowanie swoim nazwiskiem czegoś, co nie spełnia moich kryteriów, co mi osobiście się nie podoba, z czego nie jestem dumny. Natomiast pod pseudonimem, to zupełnie inna sprawa. Pod pseudonimem mogę Ci napisać wszystko, czemu nie, w końcu pisanie to po sześciu książkach w zasadzie mój fach. Jakieś zamówienia?

ZB: Kto wie, może po tym wywiadzie, dostaniesz takie? Własne nazwisko traktujesz trochę jako markę o którą należy dbać. Czy w związku z tym, planujesz jakąś promocję swojej osoby w postaci takiej jaką uprawia np. Łukasz Śmigiel czy niedawno Rafał Dębski – chociażby przez zamieszczanie krótkich filmów na youtubie?

KP: Wydaje mi się to całkiem niezłym pomysłem, nawet podjąłem z żoną skromną próbę – zrobiliśmy trailer „Zadry”, który wisi sobie na Youtube. Jak na pracę w 100% amatorską, wykonaną w jeden dzień za pomocą Windows Movie Maker, jest chyba niezły i – co ważniejsze – obejrzało go sporo ludzi. Ale w innych krokach promocyjnych stoi mi na przeszkodzie brak czasu oraz fakt, że mieszkam za granicą, a w kraju bywam tylko jakieś trzy razy do roku. Na razie nie mogę nawet jeźdźić na konwenty i spotkania autorskie, więc o konkretnej promocji mogę zapomnieć. Myślałem o blogu albo własnej stronie, ale po prostu wiem, że nie miałbym ich czym wypełnić, a na dodatek miałbym poczucie zmarnowanego czasu, bo dużo bardziej wolę szlifować jakieś opowiadanie, niż opisywać książki, które ostatnio czytałem, albo dywagować o stanie polskiej fantastyki.

ZB: Czym twoja twórczość odróżnia się od setek innych tytułów walających się po księgarniach? Czym chciałbyś aby się odróżniała?

KP: To dla autora piekielnie trudne pytanie, bo chyba każdy w momencie, w którym wysyła powieść do wydawcy, jest przekonany, że to najlepsza rzecz na świecie, i że wyróżnia się na plus. Tak myślę, bo gdyby manuskrypt nie podobał mi się, po prostu przerabiałbym go do skutku. Ale spróbuję jakoś z tego pytania wybrnąć. Sądzę, że wyróżniają się złożonymi, wielowarstwowymi fabułami, dobrym poznaniem realiów, w których toczy się akcja oraz ciekawymi, nietypowymi settingami. Bo przecież wśród naszych fantastycznych powieści nie było orientalizujących cykli jak „Opowieść piasków” (fajnych książek Mortki i Dębskiego nie liczę, bo toczą się w naszej, historycznej rzeczywistości). Nie było też większych prób ufantastyczniania epoki napoleońskiej. Z tego co wiem, kabalistyczna inżynieria nadchodzącej „Krawędzi czasu” też jest w miarę świeża. O „Poczcie dziwów miejskich” nie mówię, bo to były głównie moje pierwsze teksty literackie, zanim poważnie zastanowiłem się nad tym, gdzie chcę iść z pisaniem i co robić.

A do czego dążę? Mniej więcej do tego, co robię teraz, tylko lepiej, mądrzej, bardziej stylowo. Po swoich tekstach oczekuję rysowanych z wielkim rozmachem światów, które nie wpisują się w typowe konwencje, bardzo skomplikowanych fabuł – pełnych zwrotów i rozwijających się w nieszablonowe sposoby. No i chcę uchwycić to coś, co czasem czuję przy świetnej książce czy filmie, to wrażenie imersji, kompletności dzieła, emocje, jakieś katharsis. Zacząłem też zauważać u siebie miłość do dobrej, ładnej frazy, więc chcę dawać czytelnikom prozę estetyczną, soczyście i elegancko napisaną. Zadra jest na tym polu pierwszym krokiem, „Krawędź Czasu” ma być następnym.

Ale to nie może być priorytet, podstawowym zadaniem pisarza jest dla mnie opowiadać dobre historie, takie, których nie uświadczysz w telewizji, popularnym kinie, większości gier komputerowych i innych mediach, które lubują się w smaku własnego ogona. Pewnie wielu by się z tym nie zgodziło, ale ja nie mogę znieść, kiedy czytam książkę, która pełna jest ekwilibrystycznych popisów stylistycznych, błyskotliwych dygresji autora, ale samo sedno, sama opowieść, która leży u podstaw, jest żałośnie prosta, albo wręcz jej nie ma. Dlatego pewnie niewiele mi się podoba ze współczesnej prozy polskiej, autorzy stali się zbyt autotematyczni, rozkochali się w takiej, za przeproszeniem, intelektualnej masturbacji, podczas gdy moim zdaniem powinni służyć opowieści.

ZB: A wymagania autora „Zadry” w stosunku do czytelników? Niektórzy z góry zgadzają się z faktem, że nie do wszystkich dana powieść trafi, przez np. nieznajomość jakieś gałęzi wiedzy.

KP: Wiesz, pisanie to ciągłe łapanie balansu – między akcją a tłem, między oryginalnymi wizjami a czytelnością, między dialogiem a opisem, między szerokim ujęciem, a szczegółem, między tym co nowe, a tym co czytelnicy znają i lubią. Każdy autor dozuje składniki według swojego uznania, mniej lub bardziej świadomie. No i niezależnie, w którą stronę pójdziemy, pewnym czytelnikom to się spodoba, a innym nie. To banał, ale nie napiszesz książki, która zadowoli każdego. Nawet „Lód”, najbardziej nagradzana powieść w naszej fantastyce, dostał parę kiepskich recenzji.

Ja piszę prozę, w której szczególny nacisk kładę na rozmach, wielość bohaterów i punktów widzenia, lubię dużo akcji, lubię żeby fabuła lawirowała, skręcała bez ostrzeżenia, a wątki dramatycznie się zderzały. Mam swoje ulubione tematy, np. militaria. To naturalne, że nie każdemu będzie to odpowiadać.

Od czytelników nie wymagam wiedzy historycznej ani naukowej, bo uważam, że to autor ma wiedzę posiadać, a potem w elegancki i przystępny sposób przekazać ją czytelnikowi, bez walenia go w twarz zbitą ścianą żargonu, bo to brzydkie pozerstwo. Wszystko da się napisać jasno, trzeba tylko chcieć i umieć. No chyba, że celowo próbujemy komplikować prozę, żeby zdawała się inteligentniejsza, niż jest w rzeczywistości.

Jeśli miałbym jakieś wymaganie, to raczej proste, niby oczywiste. Czytelnik musi chcieć wejść w historię opowiadaną przez autora. To, czy do książki podchodzimy z otwartą głową i zaufaniem, ma kolosalne znaczenie; właśnie dlatego średnia książka znanego pisarza potrafi dostać lepsze recenzje niż dobra mało znanego. Sam twórca może swoimi umiejętnościami pomagać lub przeszkadzać w imersji, ale jeśli nie będzie elementarnej chęci czytelnika, to nie będzie chemii, drzewa umarły na nic. A są niestety czytelnicy, którzy albo nie chcą dać szansy autorom innym niż swój ulubiony, albo wręcz czytają tylko po to, żeby potwierdzać przed sobą własne, abstrakcyjne rankingi pisarzy.

Są ludzie, którym nie podobał się Tolkien, bo denerwowało ich, że wszyscy się nim zachwycają, więc czytali go z intencją, żeby się nie spodobał.

ZB: Jak wygląda twój proces tworzenia? Jesteś zimnym, skoncentrowanym cyborgiem nieczułym na otoczenie w trakcie pracy? Czy potrafisz się zdystansować od tego, co piszesz? Czy np. wzruszasz się jakąś poruszającą sceną, którą stworzyłeś; czy raczej przy wesołej muzyce lub ziewając, jesteś w stanie bezuczuciowo napisać o rozdzierającym dramacie bohatera?

KP: Do pisania podchodzę raczej rzeczowo i na zimno. Fabuła to dla mnie gra logiczna, układanka. Świat powieści to ćwiczenie z ekstrapolacji takiej a takiej mentalności i technologii na takie a takie realia. Przed samą powieścią mam szkice, strony notatek, grafy z kluczowymi zdarzeniami fabuły – to konieczne, jeśli pisze się książki, w których wiele wątków przeplata się na różne sposoby, wszystko przecież musi się zgadzać.

Ale zanim podejdę do samego pisania, daję sobie zawsze chwilę na wczucie się w scenę, którą zaraz mam opisać. Żona zastaje mnie czasem wyciągniętego w fotelu przed klawiaturą, z rękoma założonymi za głowę, zamkniętymi oczyma i śmieje się z „ciężkiej pracy autora”. Ale to bardzo ważny etap pisania, ja wtedy wizualizuję sobie scenę, próbuję się wprowadzić w klimat. I czasem przychodzi dużo różnych emocji, czasem zmieniam to, co miałem wcześniej napisać, bo przychodzą mi na myśl nowe motywy, szczegóły, których nie było, kiedy szkicowałem fabułę „na zimno”. Niektóre najfajniejsze według mnie opisy „Zadry”: bitwa nad Odrą, nocne widzenia Tyca, pośmiertne perypetie trupa profesora Beulaya – to efekty „sesji wizualizacyjnych”. Potem, jakiś czas po napisaniu książki, wracam myślami do bohaterów. Każdy tekst, który napisałem, odkłada mi się w głowie, lubię czasem przeżyć jeszcze raz najlepsze momenty, czuję się emocjonalnie związany.

ZB: Przygotowujesz się wcześniej do odtworzenia realiów w których toczy się akcja twoich książek?

KP: O, tak! Nie wyobrażam sobie pisania, zanim nie „dopalę” wyobraźni tonami źródeł. Wiesz, zawsze bolało mnie to, że nasza kultura próbuje wszystko upraszczać, uwspółcześniać, że jak oglądam nowy film kostiumowy to widzę takich samych ludzi, jak na ulicy, tylko ubranych w dziwne fatałaszki. Podczas gdy wystarczy przeczytać np.”Jesień średniowiecza” Johana Huizingi, by zobaczyć, że człowiek tego okresu byłby dla nas bardziej obcy niż wielu humanoidalnych kosmitów ze Star Treka. Ja nie chcę czegoś, co jest łatwo zrozumiałe i łatwe do odniesienia do naszego obecnego świata. Chcę autentyczności. Książka ma być daleką podróżą, dlatego niezależnie czy pisałem o kulturze podobnej wczesnemu islamowi, czy o epoce nawiązującej do średniowiecza, czytałem sporo historycznych materiałów, żeby wyczuć to jak mogli mówić i myśleć ludzie podobni moim bohaterom. Jak dla mnie nic nie psuje wrażenia imersji bardziej, niż bohater fantasy gadający jak Chandlerowski detektyw. Jedni nazwą takie coś postmodernizmem, zabawą z konwencją. Dla mnie to brak wyobraźni.

ZB: Czy do tego, co tworzysz, „przenosisz” własne doświadczenia, czy piszesz przez ich pryzmat?

KP: Staram się nie pisać za wiele o sobie, swoich przemyśleniach i przeżyciach. Może wyda się to dziwne, ale za wielu jest przecież autorów, którzy piszą po to, by w pakiecie z powieścią albo opowiadaniem „opchnąć” czytelnikom swoje egzotyczne światopoglądy. Powtórzę to, co już Ci powiedziałem: dla mnie pisarz to przede wszystkim opowiadacz historii, przedłużenie roli gawędziarzy, którzy snuli pierwsze mity przy mezolitycznych ogniskach. Dopiero w drugiej kolejności autor może być publicystą, specem od naprawiania świata, albo ratowania polskiej fantastyki. I moim zdaniem te drugorzędne cechy nigdy nie powinny przesłaniać tej pierwszej.

Ale oczywiście to, co wyciąga się z codziennego życia, jest bardzo cenne. Staram się używać fajnych doświadczeń, choć rozdrobnionych, tylko jako przyprawy. No i próbuję się stawiać w wielu różnych sytuacjach, poznać lepiej to, o czym pisać zamierzam. Przecież jeśli chce się naskrobać coś o machaniu mieczem, to warto nim trochę pomachać, i to nie na sucho, ale w chociaż w treningowej walce. Trudniej opisać strzelanie z broni czarnoprochowej, jeśli nigdy nie czuło się w ręku drewnianej kolby, nie słyszało tego dźwięku, nie czuło zapachu. Dlatego swojego czasu obracałem się wokół grup rekonstrukcji historycznej, a na przykład w te wakacje płynę jako członek załogi na historycznym żaglowcu, żeby ugryźć trochę morskich klimatów, co – mam nadzieję – uda mi się wykorzystać potem w tekstach. Opowiadanie „Drugi obraz spod piramid”, które ukazało się w 41 numerze Science Fiction i prawie wygrało w głosowaniu na najlepszy tekst numeru, urodziło się podczas podróży poślubnej, którą z Agnieszką spędziliśmy w Egipcie.

Ale oczywiście nie we wszystkim można zdać się na doświadczenia, szczególnie jeśli się pisze fantastykę. Dlatego dużo bardziej liczę na wyobraźnię. Pisarstwo to w końcu sztuka mimikry, zdolność postawienia się w wielu sytuacjach i na miejscu wielu postaci. I ja ten „mięsień wyobraźni” staram się często ćwiczyć, żeby móc postawić się łatwo zarówno w sytuacji górnika z afrykańskiej kopalni diamentów, jak i kapitana gwiezdnego niszczyciela, a potem opisać to realistycznie, tak żeby czytelnik mi uwierzył.

ZB: Czy zgodziłbyś się ze stwierdzeniem, że jeśli jakaś książka nie sprzedaje się, to znaczy, że jest g…. warta? Czy państwo powinno wspierać kulturę? Czy też raczej powinna być ona poddana „żywiołowi” wolnego rynku?

KP: Z twierdzeniem się nie zgodzę. Za wiele było książek, które zrobiły kompletną klapę, by potem, często po wielu latach, wejść do kanonu. Oczywiście rynek literacki, szczególnie w Polsce, jest bardzo kapryśny i nieprzewidywalny – można napisać dobrą powieść, włożyć w nią ogrom pracy, a potem przepaść, bo ma się pecha, bo empik akurat będzie walczył z wydawcami i nie wyłoży jej na półki, bo pójdzie nie w tym wydawnictwie co trzeba, bo trafi akurat w okres, gdzie wychodzi pod rząd kilka powieści znanych nazwisk, bo obsmaruje nas jakiś publicysta, który akurat miał zły dzień. Albo po prostu – bo autorów fantastyki jest mrowie, a rynek malutki, nie każdy się zmieści. Poza tym bardzo dobra powieść świeżego autora prawie zawsze przegrywa komercyjnie ze średnimi powieściami bardziej znanych autorów (vide casus Podrzuckiego czy Szostaka z czasów, kiedy wydali pierwsze książki). Autor często zarabia mniej niż korektorka, redaktorka, tłumacz.

Ale taki jest koloryt pisarskiego fachu, nikt nie mówi, że to łatwe życie. A sztuczne naprawianie rynku, powoływanie instytucji, które będą decydować co dostanie państwową dotację, a co nie, jest idiotyczne. No kto by się miał znaleźć w takiej komisji dla fantastyki? Maciej Parowski? Triumwirat Jacka Dukaja, Łukasza Orbitowskiego i Wita Szostaka? Nie, dziękuję pięknie. Już lepiej niech spuści mi lanie niewidzialna ręka rynku, i wtedy będę mógł się wypłakać w poduszkę i pogrozić pięścią niebiosom, zamiast gryźć się z tym, że przepadłem, bo nie przypadłem do gustu tej czy innej komisji.

Państwo powinno natomiast wspierać kulturę ogólnie. Dbać o to, żeby była tania, powszechna, łatwo dostępna. Trzeba pokazać ludziom, że teatr czy książka są świetną rozrywką, sprawić, by były dla nich dostępne finansowo – dać im pełniejszą paletę wyborów niż to, co by mieli, gdyby wychowywały ich koncerny medialne i stacje telewizyjne, zainteresowane głównie sprzedawaniem seriali i głupawej rozrywki albo gier o kosmicznych komandosach, którzy rozwalają obcych.

ZB: Przez ostatnie kilka(naście) tygodni jesteśmy świadkami dyskusji dotyczącej problemu ściągania produktów z sieci – filmów, muzyki czy książek. Jak się na to zapatrujesz, jako twórca? Byłbyś w stanie udostępnić swoje książki za darmo w sieci np. dla lepszej promocji samego siebie?

KP: Podejście do praw autorskich mam raczej liberalne. Kibicuję ideom open source oraz open licence, z bardzo dużym zainteresowaniem śledzę to, co zrobił ze swoimi książkami Cory Doctorow. Trzymam kciuki za rozwój e-booków i mam nadzieję, że dożyję czasu, kiedy ze strony Runy czy Fabryki będę mógł pobrać legalnie i w dniu premiery nowości za pięć złotych albo dychę, która pójdzie prosto do wydawcy i pisarza, bez haraczu dla firm dystrybucyjnych, hurtowni i empików. Jestem jednym z tych ludzi, którzy nie mają problemów z czytaniem z ekranu, zresztą czytałem też z notebooka, palmtopa, komórki, a rozważam zakup dedykowanego czytnika. Co nie znaczy, że książek papierowych nie lubię, mamy z żoną pokaźną i szybko rosnącą bibliotekę, ale w niektórych sytuacjach (np. kiedy siedzisz w pracy i udajesz, że robisz coś pożytecznego) e-book jest praktyczniejszy. Nie mówiąc, że dzięki nim można mieć na przenośnym urządzeniu gigantyczny księgozbiór, co jest przydatne dla pisarzy.

Co do udostępniania za darmo moich prac, to przecież w pewnym sensie robię to teraz (oczywiście chodzi mi o „darmo” po stronie mojej, nie czytelnika). Z pisania się nie utrzymuję – kwot honorariów nie mogę podawać, ale są śmieszne. W ubiegłym roku przychody z pisania stanowiły jakieś dziesięć procent mojego PIT-u. I tak z tego nie wyżyję; wiem, że w najbliższej przyszłości będę dalej chwytał różne dziwne, poboczne zajęcia. Gdybym liczbę godzin spędzonych przy „Zadrze” podzielił przez otrzymane pieniądze, wyszłoby, że pracuję za groszowe godzinówki, zgoła za darmo.

Widzisz już chyba, że nie mam powodu rozdzierać szat, bo jakiś nastolatek ściągnie moją książkę. Raczej cieszę się, ponieważ każda osoba spoza fandomu i „twardych” fanów fantastyki, która zapozna się z moimi tekstami, jest dla mnie cenna. I kiedy moja praca trafia na torrenty oraz rapidshare, to z dużym zainteresowaniem oglądam statystyki pobrań.

Czy spróbowałbym sposobu Doctorowa? Raczej nie – z powodu w jaki działa u nas rynek. Gdybym dzisiaj zrobił stronę i wyhostował na niej za darmo swoją nową powieść, jestem pewien, że:

1) Dostałbym po nerkach od publicystów fantastycznych, którzy na pewno błyskotliwie przywołaliby casus gwiazd samopublikacji, takich jak pani Monika Błądek.

2) Dostałoby mi się też od recenzentów i „opiniotwórczych internautów”, bo przecież praca publikowana w sieci i za darmo jest na pewno kulawa, w jakiś bliżej nieokreślony sposób „gorsza”…

3) …i pewnie byłaby nieco gorsza, bo przecież redakcja i korekta zawsze pomaga manuskryptowi, a nikt nie zrobi tego za darmo

4) Liczba pobrań wcale nie byłaby duża, z powodu uprzedzenia wobec darmochy i niechęci wielu ludzi do czytania z ekranu.

5) Zamknąłbym sobie drogę do jakichkolwiek recenzji poza portalami fantastycznymi, zamknąłbym sobie drogę do większości nominacji i plebiscytów, bo przecież nie bierze się w nich pod uwagę „twórczości internetowej”.

6) Nie zarobiłbym nawet tych paru złotych, które zarabiam teraz.

7) Rodzina i małżonka straciliby resztkę złudzeń, że robię coś pożytecznego.

Podsumowując: jakoś mi się nie kalkuluje…

A teraz, jeśli nie masz więcej pytań, wrócę do „kradzieży” źródeł do nowej powieści z Project Gutenberg. Pozdrowienia dla wszystkich czytelników waszej strony i powodzenia w jej rozwoju.

Wywiad przeprowadziła Maria „Metzli” Roszkowska

This entry was posted on wtorek, Maj 19th, 2009 and is filed under Wywiady. You can follow any responses to this entry through the RSS 2.0 feed. Both comments and pings are currently closed.

3 komentarze to “Krzysztof Piskorski – wywiad”

  1. Zdaje mi sie, ale chyba Dukaj, Orobitowski i Szostak maja z autorem na pieńku

  2. Absolutnie nie. Co więcej, jestem wielkim fanem ich książek. Ale to chyba normalne, że nie chciałbym, aby stali się „rządem dusz” polskiej fantastyki?

  3. Lol nie wiedzialem ze dostne od razu odpowiedz od autora. Zeczywiscie jak sie troche zastanowic monopol mocno by zaszkodzil fantastyce :).