cien_w_srodku_lata-smallPierwsza powieść Daniela Abrahama, należąca do tetralogii „Cena Ostateczna”, zadebiutowała niedawno na naszym rynku. Mimo początkowych oporów przed debiutantem i to, dodatkowo, na polu fantasy, postanowiłem dać jej szansę. Skłoniło mnie do tego ostatecznie opowiadanie tego autora zamieszczone w znakomitej antologii Kroki w Nieznane 2008 wydawnictwa Solaris, pod redakcją Mirka Obarskiego. Opowiadanie nosi tytuł „Kambierz i Żelazny Baron: Baśń ekonomiczna”. Traktuje ono o przypadkach pewnego kambierza (wekslarza, przeliczacza) walut, który dostaje od rzeczonego Żelaznego Barona (cwaniaka i łobuza) niewykonalne zadanie przeliczenia i wymiany na funty szterlingi waluty egzotycznego kraju. Z zadania tego udaje mu się wybrnąć zaskakująco elegancko i sprytnie, ale to okazuje się dopiero początkiem jego kłopotów. Czytanie opowiadania było dla mnie porównywalne ze smakowaniem ożywczej potrawy. Od razu zatem zamówiłem niniejszą powieść, która wprawdzie z opowiadaniem tym nie jest związana, ale z miejsca zyskała spory margines zaufania. I jej lektura zasadniczo mnie nie zawiodła.

Akcja powieści osadzona jest w jednym z kontynentalnych miast khaiem (kultury, którą porównać można do azjatyckiego Orientu), znanym jako Saraykeht. To bardzo subtelna, zniuansowana kultura, w której uczucia wyraża się bardziej za pomocą gestów niż słów, przyjmując odpowiednią postawę ciała, poprzez ułożenie rąk itp. Siła i bogactwo Saraykeht opiera się na handlu bawełną. Obfitość i dobrą jakość zbiorów zapewnia zaś pewien ucieleśniony żywioł, andat, którego wiąże i kontroluje miejski poeta. Z kolei system kształcenia poetów jest żmudny i brutalny, pełen ostrej selekcji, wyłaniającej w subtelnych próbach kandydata do właściwego szkolenia. Właśnie kimś takim jest jeden z bohaterów powieści, Maati – młody chłopak przysłany ze szkoły pod skrzydła lokalnego nauczyciela. Spotyka na swej drodze Beznasiennego, ów ucieleśniony żywioł oraz, przede wszystkim, dwójkę innych bohaterów: nietypowego, intrygującego niewolnika Itaniego i jego kochankę Liat. Ponad nimi zaś toczy się gra, wielki spisek mający na celu umożliwienie imperium Galtu, żyjącemu i kwitnącemu dzięki podbojom, zdobycie Saraykeht. A do tego potrzebne jest najpierw pozbawienie miasta jego ekonomicznej siły.

Daniel Abraham dosyć ciekawie rozstawił swoje pionki na planszy. Co jakiś czas zmusza czytelnika do zadania sobie pytania, kto kontroluje kogo, kto manipuluje kim i jaki ma w tym cel. Gra, a raczej jej cel wydaje się oczywisty, ale tylko do czasu, kiedy zdarzenia (co do których można było żywić pewne przekonania, iż potoczą się tak a nie inaczej), przybierają nagle inny obrót, który odsłania intrygę jako element większej, dotychczas niepoznanej całości. To dosyć ezopowe, enigmatyczne zdanie stanowi chyba dobrą charakterystykę tej powieści. Na pozór wszak wszystko po czasie staje się oczywiste, aby za chwilę odsłonić inne oblicze zdarzeń. Także postaci bohaterów przestają być jednoznaczne. Choć niektórzy są niewinni i dobrzy (jak Maati), to jednak nie jest przesądzone, że strona, po której grają, też musi taka być. Bardzo mi się to podoba, bo wróży niebanalny rozwój postaci w miarę rozwoju akcji. Abraham zadbał także przy tym o ciekawy rysunek postaci drugoplanowych (jak May), niby skazanych tylko na statystowanie, aby w pewnym momencie napisać dla nich scenę, która pozwoli im ukazać bardziej skomplikowane i ciekawe wnętrze.

Napisać, iż Daniel Abraham zerwał ze schematami fantasy, byłoby zbyt radykalnym posunięciem. Bez wątpienia o atrakcyjności jego powieści świadczy fakt, że stara się swoją fabułę z tych schematów wyrwać. Nie robi tego przy tym na siłę, za wszelką cenę. Wszak to dopiero pierwszy tom, który pozostawia czytelnika z wielkim znakiem zapytania, co będzie dalej. Niewymuszone zabiegi fabularne są dodatkowo bardzo atrakcyjne, jeśli ktoś oczekuje pozbawionej szablonów, eleganckiej na swój sposób, historii. Na przykład: nie wyprał on swojej opowieści z magii, ale element ten przedstawił w sposób ciekawy, zmuszający do zastanawiania się czym jest andat, jak sprawić, aby myśl stała się ucieleśniona, dawała się kontrolować jako materialna istota. Przy tym tak ujęta magia (czy raczej: nadprzyrodzoność) nie dominuje nad fabułą, jest zaledwie jednym z równorzędnych jej elementów. Zapewne ważnym, a może się okazać w miarę rozwoju akcji w kolejnych tomach, że najważniejszym. Ale na razie nie dał autor tego odczuć. Dalej: bohaterowie nie wypełniają tutaj konkretnego, standardowego questu, będącego wprowadzeniem do właściwej fabuły rozwijanej zapewne w kolejnych tomach. Ewoluują, są konfrontowani ze sobą i pełni różnych odcieni. Nie są jednoznacznie źli bądź dobrzy, dzięki czemu otrzymują większe pole do popisu (co widoczne jest doskonale i satysfakcjonująco na przykładzie Itaniego). Niektórzy w końcu muszą zapłacić cenę za swój dar, jak Heshai, bez ekwiwalentnej lub dawno zapomnianej satysfakcji płynącej z jego posiadania. A pomoc, która jest niezbędna do rozwiązania pewnego problemu, nie polega na skombinowaniu magicznego artefaktu, czy wyseplenieniu kilku zaklęć. Ma bardziej naukowy charakter. Zaś autor nie kwapi się z wyłożeniem jej istoty czytelnikowi. Miałem wrażenie, że czytelnik wręcz tego jest niegodny, bo jej nie pojmie tak, jak może ją pojąć tylko wyszkolony i doświadczony poeta. Choć to raczej można wyczytać między wierszami i – jako moje wrażenie – może być mylące.

Nie zawaham się jednak wrzucić łyżki dziegciu do tego garnka miodu. Spodziewałem się bowiem, pomny przywołanego wcześniej opowiadania, że autor zaserwuje czytelnikowi więcej ekonomii i wiążących się z nią potajemnych rozgrywek, wojen handlowych, fuzji, wrogich przejęć, skrytobójstw. Tu spotkał mnie lekki zawód, bo jeśli chodzi o ekonomiczne starcie, które ma zaważyć na losach miasta, wręcz zachwiać skutecznie jego podstawami, Abraham zaproponował czytelnikom stanowczo za mało. Wprawdzie element ekonomiczny, jeśli chodzi o los miasta, w końcu przeważył w rozwiązaniu kwestii jego przyszłości (ten wariant rozgrywki ekonomicznej prezentowany jest poprzez wątek Amat Kyaan, starszej nadzorczyni pewnego domu handlowego), to jednak mnie to nie satysfakcjonowało. Wydawało mi się zbyt pobieżne. Porównać to można do zlizania tylko śmietanki i odrobiny lukru z ciepłej, aromatycznej szarlotki. Zaważyło to na tym, że moja ocena tej powieści, w sześciopunktowej skali, zatrzymała się na czwórce. To powieść godna polecenia. Fantasy jak najbardziej przyjazna czytelnikowi nie oczekującemu wytężania umysłu, czy zatapiania się w zbyt skomplikowaną fabułę. Lecz jednocześnie jest elegancko pozbawiona szablonowych rozwiązań. Zakończenie pierwszego tomu, stanowiące w gruncie rzeczy pewną zamkniętą całość, dobrze wróży na przyszłość. Pozostawia czytelnika w niedosycie i niecierpliwym oczekiwaniu na ciąg dalszy. A najważniejsze, dla mnie, pytanie to, czy w kolejnych częściach powrócą dotychczasowi bohaterowie? Niby wydaje się to oczywiste, ale w finale znaleźli się w takiej sytuacji, która wcale nie nastraja do wróżenia im jakiejś znaczącej roli do odegrania w dalszej części. W zasadzie, niewiadomo nadal, o co toczy się gra. I między jakimi siłami. To podoba mi się najbardziej. Dlatego też czwórka w mojej ocenie jest bardzo pewną oceną, pozwalającą optymistycznie oczekiwać satysfakcjonującego ciągu dalszego.

Autor: Roman Ochocki

Wydawnictwo: Mag
Tytuł oryginału: A Shadow in Summer
Tłumaczenie: Agnieszka Sylwanowicz
Data wydania: 28 stycznia 2009
ISBN: 978-83-7480-116-4
Oprawa: miękka
Format: 135 x 205
Rok wydania oryginału: 2006
Liczba stron: 350
Tom cyklu: 1

This entry was posted on poniedziałek, Maj 25th, 2009 and is filed under Recenzje. You can follow any responses to this entry through the RSS 2.0 feed. Both comments and pings are currently closed.

Comments are closed.