viriconiumNa czwartej stronie okładki „Viriconium” znajdziemy takie oto zdanie: „Fakt, że M. John Harrison nie został laureatem nagrody Nobla, dowodzi ostatecznej degrengolady literackiego establishmentu”. Autorem tych słów jest China Mieville. Czy to tylko zwykły chwyt marketingowy, aby przyciągnąć czytelników do książki, czy może kryje się w tym ziarno prawdy? Postaram się opowiedzieć na to pytanie.

„Viriconium” to już kolejna książka z serii Uczta Wyobraźni, tym razem jednak otrzymaliśmy produkt starszy niż dotychczasowe pozycje. Pierwsze teksty powstały w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku, od tego czasu Harrison wciąż podróżuje po wykreowanym przez siebie świecie i co jakiś czas przynosi z tych podróży kolejne historie, z którymi możemy się zapoznać w książce. „Viriconium” nie jest powieścią, to zbiór trzech mikropowieści i ośmiu opowiadań. Głównym spoiwem tych historii jest tytułowe miasto, a w części tekstów możemy śledzić losy wcześniej poznanych bohaterów. W kolejnych opowieściach znajdziemy też drobne nawiązania do zdarzeń z wcześniejszych utworów. Te wszystkie elementy, wiążą ze sobą poszczególnie historie, utwierdzając w przekonaniu, że to to samo miasto, choć czasem wydawałoby się, że wcale nie można być tego pewnym.

Harrison obrał zupełnie inną drogę niż większość pisarzy, bo choć z każdym tekstem dowiadujemy się coraz więcej o wykreowanym przez niego uniwersum, to równocześnie zostaje nam w głowie coraz więcej pytań, na które odpowiedzieć może nam jedynie nasza własna wyobraźnia. Z każdą kolejną historią poznajemy pokrętne losy Viriconium, które zmieniają się nie tylko pod wpływem jego mieszkańców, ale również ze względu na zmieniającą się rzeczywistość. Choć na początku wydaje się, że mamy do czynienia z science fantasy w posttechnologicznym świecie, to jednak Harrison, w kolejnej mikropowieści, szybko przekonuje nas, że wcale tak nie jest. Droga, którą przebył autor od „Pastelowego miasta”, przez „Skrzydlaty sztorm”, żeby w końcu zatrzymać się na noweli „W Viriconium”, to właśnie droga od klasycznego świata science fantasy do świata, w którym rzeczywistość miesza się iluzją, by w końcu zdezorientować czytelnika, czy aby na pewno, to co uważam za iluzję, nie może stać się rzeczywistością.

Twórczość Harrisona to także piękny język, czy długie, wielokrotnie złożone zdania. Autora określa się mianem ojca New Weird, że to właśnie jego twórczość jest tym pierwszym krokiem gatunku. Trzymając się tego porównania można powiedzieć, że Mieville, VanderMeer czy Bishop to „dzieci” Harrisona, które na swój sposób podążają wytyczonym przez ojca szlakiem. Bo nie ulega wątpliwości, że Harrison pisał tak, jak nikt inny w tamtych czasach. Wystarczy sobie przypomnieć oszczędność w kreowaniu świata, czy w miarę prosty język, choćby na przykład u Farmera, by zrozumieć, że otrzymaliśmy właśnie rzecz niezwykłą jak na tamte lata. Z resztą nie tylko styl, ale również to, na czym skupia się najbardziej autor, odróżnia go od wielu innych pisarzy, zarówno nam współczesnych jak i tych starszych. W jego twórczości najważniejsza nie jest fabuła czy bohaterowie. To ciągła gra z czytelnikiem, różne wizje tego samego miasta, czy bohaterów. Gra, którą na pewno warto podjąć.

„Viriconium” nie czyta się z wypiekami na twarzy, gdy śledzimy pościg za bohaterami, czy starcie dwóch wielkich armii (choć i tego nie zabraknie). Harrison po prostu najlepiej smakuje na spokojnie, gdy można się podziwiać pomysły autora i język, jakim opowieści zostały napisane. Oczywiście, nic nie stoi na przeszkodzie, by czytać go w tramwaju, czy gwarnym pubie. Nie będzie to stanowić żadnego wyzwania. Choć początkowo byłem nastawiony sceptycznie do zacytowanej opinii Mieville’a, to po lekturze jestem skłonny przyznać mu rację. Nie jest to lektura, do jakiej przyzwyczaiła nas większość pisarzy, jest trochę inaczej opowiedziana (ale za to jak pięknie), inaczej rozstawia akcenty co ważne a co mniej. Z tego powodu na początku może wydawać się trudna w odbiorze, nie zaspokajająca naszych oczekiwań, ale to wszystko może się zmienić, gdy podejmie się grę na zasadach Harrisona.

Autor: Łukasz „Maeg” Najda

Wydawnictwo: Mag
Tytuł oryginału: Viriconium
Tłumaczenie: Grzegorz Komerski
Data wydania: 27 marca 2009
ISBN: 978-83-7480-121-8
Oprawa: twarda
Format: 135 x 205
Rok wydania oryginału: 2000
Liczba stron: 608
Seria: Uczta Wyobraźni

This entry was posted on wtorek, Czerwiec 2nd, 2009 and is filed under Recenzje. You can follow any responses to this entry through the RSS 2.0 feed. Both comments and pings are currently closed.

2 komentarze to “„Viriconium” – M. John Harrison”

  1. Opinia Mievilla wydaje mi się przesadzona. Nie z uwagi na słabość książki Harrisona. Zresztą, nie wiem, skąd sie bierze to marzenie o nagrodzie Nobla. Wystarczy poczytać kolejnych pisarzy z ostatnich lat, aby takie zdanie jak Mievilla potraktować jak obelgę 🙂 To już Booker lepszy, jeśli miałbym jakąś nagrodę wskazać 🙂

  2. Nobel xDDDDDDDDD

    Magiel ta ‚recenzja’ rozlozyla mnie na lopatki ^^