zwiazek_zydowskich_policjantow-smallO Rossie Macdonaldzie, autorze powieści kryminalnych, jeden z krytyków (chyba z „New York Timesa”) napisał, że jest on lepszy od takich klasyków gatunku, jak Dashiell Hammett, czy Raymond Chandler, gdyż jego książki przekształciły powieść o niezłomnym prywatnym detektywie w medium zaludniane przez „postaci wystarczająco uczuciowe, by dać się zranić, i dość skomplikowane, by popełniać błędy”. Ta krótka charakterystyka, na którą natknąłem się w jakiejś zapomnianej już dla świata antologii czarnego kryminału, przypomniała mi się po przeczytaniu „Związku Żydowskich Policjantów” Michaela Chabona. Bo gdybym miał doszukiwać się najwięcej podobieństw do któregoś z klasyków czarnego kryminału, to chyba rzeczony Ross Macdonald byłby pierwszym, który przyszedłby mi na myśl, jeśli chodzi o kreację bohatera. Ostatecznie jednak takie porównywanie jest sztuką dla sztuki, ponieważ oddzielenie dziś, od kogo Michael Chabon (lub jakikolwiek bardziej osadzony w konwencji czarnego kryminału autor) czerpał najbardziej, jest całkowicie bez sensu. Bo równie dobrze i u Chandlera, i Hammetta, czy Macdonalda można doszukiwać się wpływów autorów jeszcze wcześniejszych, o których dziś już nikt nie pamięta. Ale moje pierwsze skojarzenie było właśnie takie.

Zresztą, ostatecznie w powieści Chabona można swobodnie znaleźć „echa” także i twórczości Raymonda Chandlera. Choćby w rewelacyjnej narracji, w której przebijają się smakowite metafory, które były przecież jedną z cech charakterystycznych przypisywanych czarnemu kryminałowi dzięki Chandlerowi (np. „Jego uśmiech był sztywny jak mrożona ryba”, „Jego głos brzmiał tak, jakby miał usta pełne pieczonych kartofli” – cytaty za „Żegnaj, laleczko” R. Chandlera). Z tym że u Michaela Chabona ta chandlerowska metaforyczność dialogów jest bardziej podkreślona, gdyż akcja jego powieści dzieje się w specyficznym środowisku, jakim jest żydowski okręg Sitka na Alasce. Ten żydowski mikrokosmos autor przedstawił w sposób soczysty, charakterystyczny, nasycony humorem, momentami absurdalnym. Weźmy wizytę głównego bohatera, Meyera Landsmana u żydowskich gangsterów, nazywanych wierzbowerami. Niby nic nadzwyczajnego na pierwszy rzut oka, ale fakt, iż są oni chasydami (pejsaci – jak ich się nazywa), którymi zawiaduje rabin i wszyscy oni są zatem głęboko wierzący, czyni te zdarzenia tak niesamowicie atrakcyjnymi i nośnymi fabularnie, że potrzeba doskonałego kunsztu, aby nie zmarnować tego potencjału. I Michael Chabon takim kunsztem literackim dysponuje. Akcja jego powieści toczy się niespiesznie. Śledztwo, które prowadzi Landsman, dotyczy tajemniczego hotelowego zabójstwa pewnego narkomana, wyglądającego na egzekucję. Aurę tajemnicy podkreśla nierozegrana partia szachów, której znaczenie czytelnik pozna dopiero w finale. Śledząc poczynania głównego bohatera, mamy okazję odbyć z nim fascynującą i bogatą podróż przez ten wykreowany świat żydowskiej enklawy, świat, który zmierza ku swoistej zagładzie. Kończy się bowiem okres żydowskiej autonomii i Alaska znajdzie się za kilka tygodni ponownie pod rządami Stanów Zjednoczonych. Nastrój naznaczenia zbliżającym się końcem świata „jaki znamy” jest również obecny w całej powieści i ma istotny związek z zagadką hotelowego morderstwa.

W tym momencie należy zatrzymać się na chwilę przy głównym bohaterze, aby nie być gołosłownym w porównaniach z Macdonaldem, czy Chandlerem. Bo to przecież jego postać jest podstawowym wyróżnikiem powieści, pozwalającym w ogóle na porównania z klasykami czarnego kryminału. Na tle Phillipa Marlowe’a, czy Sama Spade’a bohater Chabona nie wypada blado. To policjant w depresji. Znajduje się po rozwodzie z żoną, której nie przestał kochać. Jego życie to bałagan wyrzutów sumienia, poczucia winy. Jedyne co ma, jedyne co go określa to praca. Ale przecież „kończy się” jego świat, za kilka tygodni zostanie mu odebrane nawet to, bo przestanie być policjantem, kiedy powrócą Amerykanie. Wszyscy naokoło pakują bagaże, żyją w niepewności odnośnie jutra, gdzieś w oddali niektórzy próbują wyśnić na jawie sen o powrocie do Ziemi Świętej, do Jerozolimy. W tym rozpadającym się świecie zabójstwo w hotelu (nierozerwalnie związane ze zbliżającym się exodusem) jest dla Landsmana niejako wybawieniem, nicią, której trzymanie pozwala mu dalej żyć a rozwiązanie zagadki jest jakąś rozpaczliwą próbą pozornej choćby opieki nad „jego ludem”. Jednak w trakcie prowadzonego śledztwa nie tylko coś straci, ale i coś zyska. Nie jest cynikiem, jest człowiekiem prawym, dla którego doprowadzenie „rzeczy do końca” jest ważniejsze od konsekwencji, których ciężar, mimo że go przygniata, jest ceną, o której wie, że musi zapłacić. Choć – wobec faktu, że za kilka tygodni jego świat w takiej postaci jak dotychczas przestanie istnieć – tak naprawdę nie ma szans, aby jakiejkolwiek sprawiedliwości stało się zadość. Być może symbolicznie jedynie. Ale głównie taki a nie inny finał pozwoli tylko bohaterowi zostać sobą w rozpadającym się świecie.

Michael Chabon nakreślił tę postać rewelacyjnie, bez patosu, bez zbędnego tragizmu, mimo to przejmująco i zajmująco. A także realistycznie. Zatem picie alkoholu kończy się kacem, bójka kończy się bólem, nie następuje ponadprzeciętne odzyskiwanie sprawności po laniu, itd. Poza tym autor nie potraktował po macoszemu postaci drugoplanowych. Taki Miśko Szemec, postać wielobarwna, lecz i tragiczna, zważywszy na jego pochodzenie i próby zasymilowania się. Była żona Landsmana, Bina Gelbfisz – żadna femme fatale (zresztą, jest policjantką), ale kobieta również po przejściach. Ale i ci wszyscy Żydzi marzący o powrocie do Jerozolimy i przygotowujący pole ku temu, mają w sobie tragizm wzbudzający smutny uśmiech.

Celowo nie wspominam tu o współczesnych przedstawicielach kryminału noir, jak James Ellroy, czy Dennis Lehane, ponieważ Chabon nie ma z nimi wiele wspólnego. Nie będzie jakim okrutnym spoilerem, jeśli napiszę, że w zasadzie brak w powieści jakiegoś szczególnie czarnego charakteru, który musi zostać pokonany przez głównego bohatera. Michael Chabon udanie zwodzi pod tym kątem swoich czytelników, którzy wraz z jego bohaterem błądzą we mgle, bo i poszlak wskazujących na motyw lub sprawców morderstwa jest żałośnie mało i nie sposób na ich podstawie samodzielnie sklecić jakiejś hipotezy. A i sam Meyer Landsman, mimo że uparty w swoim dążeniu do wyjaśnienia zagadki, nie jest typem spod ciemnej gwiazdy (jak u Ellroya bywa często), który w ostatnim, histerycznym niemal akcie ekspiacji w swoje paskudne życie chce wpuścić trochę światła.

Zresztą, patrząc ogólnie, sama powieść Chabona, mimo zakorzenienia w czarnym kryminale, nie daje się tylko do niego jednoznacznie przypisać. Choćby z uwagi na „element” fantastyczny, jakim jest osadzenie akcji na Alasce w rzeczywistości, w której Żydzi trafiają tam, a nie do Izraela, który nie „zaistniał”. Zaletą tej powieści jest to, że właśnie ta alternatywna rzeczywistość przedstawiana jest fragmentarycznie, autor rzuca czytelnikowi kolejne „ziarenka” faktów, które i tak nie składają się na cały obraz tej „nowej” rzeczywistości. Dzięki temu, moim zdaniem, wszystko to jest realniejsze, niż powieść osadzona w sposób totalny w takiej alter rzeczywistości. Już bardziej fantastyczny jest finał całej intrygi, który scenografię alternatywnej rzeczywistości spycha w cień. Miałem wrażenie, że cała ta alter rzeczywistość została wykreowana po to, aby przedstawić jakąś głębszą refleksję dotyczącą Żydów, ale może przesadzam. Albo zasugerowałem się felietonem Jacka Dukaja opartym na tej powieści a publikowanym na Wirtualnej Polsce jakiś czas temu.

Ale nie ma potrzeby doszukiwania się w powieści głębszych treści – wystarczy, że na poziomie „fantastycznego” kryminału Michael Chabon przygotował w pełni satysfakcjonującą ucztę dla czytelnika. To doskonały pisarz i doskonała powieść. „Związek Żydowskich Policjantów” to jedna z najlepszych książek, jakie przeczytałem w tym roku. Bez wątpienia do niej powrócę. W sześciopunktowej skali (gdzie 1 to odpowiednik gniota), bez wahania oceniam na szóstkę.

Autor: Roman Ochocki

Wydawnictwo: W.A.B.
Tytuł oryginału:The Yiddish Policemen’s Union
Tłumaczenie: Barbara Kopeć – Umiastkowska
Data wydania: 20 maja 2009
ISBN: 978-83-7414-586-2
Oprawa: miękka
Format: 125 x 195
Rok wydania oryginału: 2006
Liczba stron: 464

This entry was posted on niedziela, Czerwiec 21st, 2009 and is filed under Recenzje. You can follow any responses to this entry through the RSS 2.0 feed. Both comments and pings are currently closed.

Comments are closed.