bohaterowieumierajamByć może, przed pisaniem tej recenzji, powinienem z obowiązku zajrzeć do bibliografii Matthew Stovera, ale już fakt, iż zajmował się pisaniem książek osadzonych w uniwersum Gwiezdnych Wojen zdumiał mnie wystarczająco. I doprowadził do konstatacji, że pisanie takiej pulpowatej literatury może prowadzić, przy inteligentnym autorze do rewelacyjnego wyćwiczenia warsztatu, albo być atrakcyjnym źródłem dochodów. Niby nic odkrywczego, ale poprzedni wyrobnik, z którym miałem do czynienia, operujący w innym uniwersum i próbujący następnie napisać coś w pełni samodzielnego (James Barclay) był przykładem, że nie wszystkim się ta sztuka udaje.

Z tego powodu, czytając opinię Scotta Lyncha na temat Stovera, podszedłem do niej z naturalną rezerwą. Wszak takie polecanki kolegów po fachu z natury swej, skoro umieszczane są na okładkach powieści, nie mogą być negatywne. Dla mnie na ogół pozostają tylko ozdobnikiem okładki. Ale w tym wypadku, po lekturze powieści trudno się ze Scottem Lynchem nie zgodzić w zakresie jego oceny powieści Stovera, który ponoć był jednym ze źródeł jego własnych inspiracji.

Próba streszczenia fabuły powieści, a w szczególności opis jej scenografii, prowadzi do nieuchronnego stwierdzenia: ale to już było. I, zasadniczo, to prawda. Wszystko to już było. Ziemia w bliżej nieokreślonej przyszłości, ludzie podzieleni na kasty, którym przypisane są określone społeczne role (może poza najwyższą kastą Uprzywilejowanych). Przy tym społeczeństwo jest poddane kontroli, dławiącej próby wyrwania się spod niej osadzaniem w ośrodkach odosobnienia lub zamieniającej niepokornych, zbędnych, czy „szkodliwych” w swoiste cyborgi przeznaczone do prac użytkowych. W tym totalitarnym świecie ulubioną, najpopularniejszą rozrywką są Przygody (także kontrolowane i cenzurowane). To obserwowane przez miliardy ludzi reality show szczególnego rodzaju (bo widzowie widzą, słyszą i czują jak Aktorzy), które dzieje się w równoległym do Ziemi, realnym świecie, nazywanym Nadświatem. Przechodzą do niego Aktorzy, którzy wcielają się w przypisane im role, i w tamtym feudalnym świecie, opartym na magii, przeżywają różne przygody. Główny bohater to właśnie Aktor. Na Ziemi uwielbiany Hari Michaelson (którego pozycja społeczna jest dosyć niska), w Nadświecie owiany złowieszczą sławą zabójca, Caine

Powieść Stovera jest zatem połączeniem science fiction i fantasy i to na bardzo wysokim poziomie. Nie jest to tylko zasługą fabuły. Bo ta rysuje się bardzo prosto: w Nadświecie zaginęła była żona Hariego, a on nie przestał jej kochać – pragnie zatem ruszyć na ratunek. To szansa dla Studia „zarządzającego” tą misją na zarobienie masy pieniędzy i zdobycie pozycji. Zwłaszcza, że czasu na ratunek nie zostało wiele, a przeszkody na drodze głównego bohatera wydają się tym razem niebotyczne. Talent Stovera ujawnia się właśnie w umiejętności owinięcia wokół takiej osi fabularnej bardzo wciągającej i emocjonującej historii, która pozwala na poznanie zarówno stosunków społecznych panujących na Ziemi, jak i w Nadświecie. Przy tym fabuła wcale nie jest przewidywalna, zatem czytelnik może liczyć na wiele zaskakujących zwrotów akcji, odkrywanie tajemnic obydwu światów, łącznie z dosyć skomplikowanym spiskiem. Narracja jest rewelacyjna – pełna pozbawionych sztampy i banału obserwacji dotyczących natury władzy, rozrywki i kontroli, ale i momentami dosadnie pyszna. Siłą tej powieści jest realizm w rysunku nie tylko głównego bohatera, ale i tych drugoplanowych. Czytelnikowi zostaje zaprezentowana bogata paleta postaci, które naprawdę żyją i mają uczucia. Przy tym są równie barwne, a nawet momentami ciekawsze, niż Caine. Równie dobrze Stover mógłby w kolejnych powieściach pokusić się o osadzenie w głównych rolach Kierendal, Króla Ściemy, a nawet samego Mael’Kotha. Nie można zapomnieć tu o głównym czarnym charakterze, którym jest hrabia Berne. Fakt, że w tym brutalnym świecie (a raczej światach) Stover wykreował tak fascynujący czarny charakter, to kolejny atut tej powieści. Bo przecież i Hari Michaelson (Caine) nie jest jakimś lukrowanym rycerzykiem. To zimny profesjonalista, zabójca, który nie cofnie się przed niczym (nawet przed wywołaniem powszechnej rzezi), aby osiągnąć swój cel. Nie sili się na jakieś melodramatyczne wyrzuty sumienia, czy okazywanie skrupułów. Niemal cały czas postępuje w myśl zasady, że cel uświęca środki, ale bez posuwania się do stosowania taktyki spalonej ziemi. Hrabia Berne to po prostu jego lustrzane odbicie, zabarwione dla kontrastu nutką sadyzmu. Caine nie jest także superbohaterem. W trakcie swych przygód obrywa, czasami nawet mocno i bezlitośnie, co odbija się na jego kondycji a czytelnik ma dzięki temu świadomość, że kibicuje człowiekowi, a nie maszynie do zabijania. Zwłaszcza, że, jak wspomniałem wcześniej, narracja w tej powieści kładzie duży nacisk na psychologię postaci i także dzięki temu stają się one czytelnikowi bliższe.

Zarzucanie Stoverowi, że epatuje przemocą i brutalnością, jest nonsensem. Owszem, krew leje się gęsto, kości pękają z trzaskiem, a zabijanie bywa przedstawione niezwykle malowniczo. Nie świadczy to jednak o jakichś skłonnościach sadystycznych samego autora, czy chęci wyróżnienia się. Zgodzić się należy z opinią, że to po prostu konsekwencja tego, w jakim świecie została osadzona fabuła. Po pierwsze, Caine jest Aktorem, który ma zapewnić rozrywkę abonentom, którzy zapłacili za obserwowanie jego przygód. Nie może zatem w Nadświecie zatrzymywać się na wąchanie kwiatków, czy podziwianie uroków krajobrazu. Jest poniekąd w sytuacji gladiatora na arenie: musi zabijać, aby przeżyć oraz dlatego, że domaga się tego publiczność. Taki ma zawód. Druga sprawa, że Nadświat cechuje się również dosyć brutalną rzeczywistością, a niemal każda z poznawanych tam postaci, łącznie z Cainem, dosyć lekko traktuje takie pojęcia jak honor, czy lojalność. Zresztą, jeśli chodzi o „reguły gry”, mechanizm władzy, to zarówno Ziemia, jak i Nadświat wykazują duże podobieństwo. I okoliczność ta także rezonuje i nie pozostaje bez wpływu na losy i możliwości decydowania o sobie Aktorów w Nadświecie.

Mój zachwyt nad tą powieścią nie przesłonił mi bynajmniej pewnych mankamentów, które zwracają uwagę, mimo oczywistej przyjemności czytania tej książki. Po pierwsze, w pewnym momencie Mael’Koth ma położoną na tacy odpowiedź na pytanie, kim jest Caine. Po prostu, dysponując taką mocą i inteligencją, powinien się domyślić, że Caine jest jednym z tajemniczych wrogów rządzonego przez niego Nadświata, czyli budzącym grozę Aktirem. Fakt ten wręcz bije w oczy, a mimo to każdy z głównych aktorów tej sceny (a trudno zarzucić im, że są idiotami) cierpi w tym momencie na zaćmienie umysłu. Podobnie jest w scenie między Cainem, Pallas Ril i Lamorakiem – tu również ukochana głównego bohatera powinna, mimo brutalnej ingerencji, pojąć to, co chciał jej przekazać Caine. Te dwa zdarzenia doprowadziły u mnie do zgrzytu zębami ze złości. Ale nie trwało to długo, na szczęście. Z kolei utyskiwanie na prawdopodobieństwo skonstruowania i utrzymania w ryzach tak piętrowego spisku, jaki został w tej powieści uknuty, nie może – i na dłuższą i na krótszą metę – być zasadne. Nie możemy zapominać, że mamy do czynienia z powieścią rozrywkową, napisaną przy tym inteligentnie, zajmująco i z polotem. Równie dobrze można stawiać zarzuty nieprawdopodobieństwa znacznie poważniejszym tytułom, a i tak nie ujmie im to za wiele wartości. A u Stovera kreacja fabuły w tym zakresie jest elegancko, w gruncie rzeczy, prosta.

„Bohaterowie umierają” jako powieść rozrywkowa sprawdza się doskonale. Fakt, iż Stover zajmował się także wspomnianymi wcześniej opowiastkami z uniwersum Gwiezdnych Wojen nie jest w tym przypadku obciążeniem. Prawdę mówiąc, po przeczytaniu tej powieści trudno uwierzyć (podobnie, jak u Waltera Jona Williamsa), że Stover musiał te opowiastki pisać (mam nadzieję, że dobrze mu płacono za marnowanie talentu). Stworzył bowiem zajmującą, doskonałą powieść, napisaną w sposób, którego mogą mu zazdrościć ci, którzy się nim potem inspirowali (jak Scott Lynch). Mimo walorów rozrywkowych nie jest pozbawiona inteligentnych, pozbawionych dydaktyzmu i niewymuszonych obserwacji. A i na czytelnika w pewnym momencie pada cień oskarżenia, tak jak na widzów przygód głównego bohatera. Jeśli również w Polsce książka ta przejdzie niezauważona na rynku fantastyki, bez zdobycia należnego jej uznania, to będzie to krzycząca niesprawiedliwość. Akurat w tym przypadku to nie ci bohaterowie powinni umrzeć

Autor: Roman Ochocki

Wydawnictwo: Mag
Tytuł oryginału: Heroes Die
Tłumaczenie: Wojciech Szypuła i Małgorzata Strzelec
Data wydania: 1 lipca 2009
ISBN: 978-83-7480-139-3
Oprawa: miękka
Format: 135 x 205
Rok wydania oryginału: 1998
Liczba stron: 670
Cykl: Akty Caine’a
Tom cyklu: 1

This entry was posted on czwartek, Czerwiec 25th, 2009 and is filed under Recenzje. You can follow any responses to this entry through the RSS 2.0 feed. Both comments and pings are currently closed.

2 komentarze to “„Bohaterowie umierają” – Matthew Woodring Stover”

  1. Trudno o lepszą recenzję tej doskonałej powieści, jaką jest niewątpliwie „Bohaterowie umierają”. Polecam, nie mogąc doczekać się kolejnych części.

    Nie zgodzę się jednak z krzywdzącym podejściem Autora (czy też „budzącego grozę” Autira… ;-)) powyższej recenzji do powieści spod znaku „Gwiezdnych Wojen”. Choć trudno zaprzeczyć, że niektórym z tych rozbudowujących historię odległej galaktyki powieści wiele brakuje do zadowalającego poziomu, sporo z nich napisanych jest na przynajmniej dobrym poziomie. Trafiają się nawet prawdziwe perełki – i wśród takich, obok powieści Timothy’ego Zahna, Jamesa Luceno, Steve’a Perry’ego, należy uwzględnić wszystkie 4 powieści Stovera – właściwie nie byłoby przesadą, gdyby rzec że stworzył najlepsze z nich, windując książki spod znaku „Gwiezdnych Wojen” na półkę z najlepszymi powieściami fantasy.

  2. Idealna książka do pociągu. Rozrywka w najczystszej i najlepszej formie. To jedna z niewielu pozycji, która czyta się sama… i wciąga jak bagno (prawie ominąłem stacje docelową). Główny bohater – Cain to jedna z najciekawszych postaci fantasy/sf.
    Polecam.