harrisWampiry w literaturze popularnej są obecnie na fali wznoszącej (albo już dotarły na jej szczyt). Wszystko za sprawą popularności powieściowego cyklu Stephanie Meyer, podbijanej jeszcze równie wielką popularnością adaptacji kinowej pierwszej części tegoż. Na tej fali objawiła się po raz kolejny w Polsce i Charlaine Harris. Po raz kolejny – ponieważ powieść ta była już kiedyś u nas wydana. Teraz nadszedł podwójnie dobry moment na jej wznowienie. Po pierwsze, wspomniana popularność książek S. Meyer. Po drugie, „Martwy aż do zmroku” stał się podstawą świetnego pierwszego sezonu serialu stacji HBO pt. „True Blood”. Serial odniósł sukces w USA, zawitał także do Polski. Grunt pod ponowne, lepsze przyjęcie powieści został zatem przygotowany od strony marketingowej doskonale.

„Martwy aż do zmroku” ma interesujący punkt wyjścia. Wampiry bowiem przestały się ukrywać. Dzięki wynalezieniu syntetycznej krwi mogły zrobić coming out i żyć „normalnie” w społeczeństwie. Wprawdzie dalej funkcjonują nocą i nie lubią czosnku, ale już nie muszą troszczyć się o bezpieczeństwo – zasadniczo. Nie wszystkim bowiem podoba się „panoszenie się” wampirów i budzą one niekiedy coś w rodzaju (nomen omen) homofobicznej niechęci. Akcja rozgrywa się dodatkowo w zapyziałej miejscowości Bon Temps, gdzieś na północy upalnej i wilgotnej Luizjany, więc o taką, czasami agresywną, niechęć nietrudno. Wydarzenia czytelnik śledzi z perspektywy głównej bohaterki (pierwszoosobowa narracja), Sookie Stackhouse. Jest ona prostą, acz rezolutną kelnerką w miejscowym barze. I ma własną tajemnicę – słyszy myśli innych ludzi. To męczący „dar”, który sprawia, że w oczach innych (mimo że o nim nie wiedzą), Sookie uchodzi za trochę dziwną, aby nie powiedzieć niespełna rozumu. W jej życie wkracza wampir Bill, który budzi jej fascynację (odwzajemnioną) nie tylko z powodu owianej plotkarską legendą sprawności seksualnej wampirów (dodatkowo ich krew uchodzi za coś w rodzaju narkotyku, afrodyzjaka i jest pożądana na czarnym rynku). Przede wszystkim jego myśli Sookie nie słyszy, co ją intryguje. Smaku ma dodawać wszystkiemu fakt, że w okolicy zaczynają ginąć kobiety, co powoduje wzrost niechęci do wampirów u miejscowych „bogobojnych” obywateli.

Utwór można przeczytać bardzo szybko, bo jest sprawnie napisany. Jednak Charlaine Harris jest zwykłą rzemieślniczką pisarską, zatem nie ma co liczyć na jakieś literackie olśnienie. „Martwy aż do zmroku” jest jak danie fast food. Przeznaczony głównie dla miłośników takich potraw. Pisany jest prostym językiem, żadnych rozbudowanych kwestii, żadnych większych problemów, których nie dałoby się łatwo i bezboleśnie rozstrzygnąć. Żadnych, wreszcie, wzbudzających dreszczyk emocji zagadek kryminalnych, których należałoby się spodziewać po takiej powieści. Można powiedzieć, że bohaterka jest wręcz niesiona prądem wydarzeń, sama nie będąc ani sterem ani okrętem. I to mnie rozczarowało najbardziej. Czytając książkę, porównywałem ją wciąż z pierwszym sezonem „True Blood”, który jest (w zasadzie) jej wierną adaptacją (z kilkoma wyjątkami). Porównanie wypadało na korzyść serialu. Jego twórca, Allan Ball, nadał mu bowiem więcej treści. Bardziej rozbudował tło społeczne (akcentując homofobię i prowincjonalną bigoterię), wprowadził i rozszerzył wątki poboczne (Sam, Lafayette, Jason itd.) a samą intrygę uczynił bardziej interesującą, dosadną, krwawą. Przy tym doprawił wszystko szczyptą śmiałej erotyki (wilgotna i upalna sceneria północnej Luizjany wołała wręcz o taki zabieg). Tym sposobem wyszło spod jego ręki dziełko niestandardowe i odbiegające znacznie od wampirzego hitu pt. „Zmierzch” S. Meyer pod każdym względem na plus. Pozbawione jest przede wszystkim infantylizmu i naiwnej, płytkiej jak kałuża romantyczności nastolatków. O ile „Zmierzch” spełnia się doskonale jako film dla nastolatków, o tyle „True Blood” jest doskonałym przykładem serialu dla dorosłych. Książka Ch. Harris niestety zostaje zmiażdżona w cieniu serialowej adaptacji.

Byłoby jednak niesprawiedliwe poprzestać na tym. „Martwy aż do zmroku” to doskonały przykład na to, że tzw. paranormal romance nie musi być skierowany tylko do nastoletnich dziewcząt i chłopców. Powieść Ch. Harris pozbawiona jest bowiem jakiejś przesłodzonej czułostkowości, nastoletniej nieporadności i „niewinności” głównych bohaterów. Nie grzęźnie w infantylizmie ckliwych spojrzeń, wzdechów i wydechów przepełnionych nieświeżym, romantycznym powietrzem. Nawet fakt, że narracja jest prosta i nieskomplikowana można łatwo wytłumaczyć i usprawiedliwić. Prowadzi ją bowiem główna bohaterka, tak sobie wykształcona, nieobyta dziewczyna z prowincji, prosta (ale nie prostacka), pozbawiona jakichś szerszych horyzontów poza marzeniami o „swoim” wampirze, a przez otoczenie postrzegana jako lekko upośledzona. Toteż narracja prowadzona przez nią nie byłaby prawdziwa, gdyby Sookie opowiadała fabułę pięknym, literackim językiem, analizując wewnętrznie siebie i wszystkich dookoła. Także obecność rozbudowanych wątków pobocznych byłaby w takim układzie zabiegiem sztucznym i wymuszonym, skoro Sookie – nie będąc wszechwiedzącym narratorem – nie wie, co się dzieje z jej bliskimi i przyjaciółmi i wydarzenia te poznaje tylko ze skrawków (czasami) opowieści innych ludzi. Nawet wampiry – choć mają pociągającą, mroczną przeszłość – nie są szczególnie skomplikowanymi osobnikami. Na pewno nie przeżywają takich dramatów, epickich rozterek, wzruszeń, cierpień, operowych egzaltacji jak wampiry będące bohaterami cyklu Anne Rice. Wszystko to nie usprawiedliwia wad powieści (w szczególności bardzo wąskiego narracyjnego horyzontu, punktu widzenia), ani nie czyni jej przy tym bardziej atrakcyjną, ale wymaga spojrzenia na nią także, a może przede wszystkim pod tym kątem. Bo bez tego krytykowanie jej byłoby takie łatwe i niewymagające wysiłku, ale niesprawiedliwe i złośliwe.

Po lekturze książki wiem, że fanem Ch. Harris nie zostanę. Będę za to fanem serialu, którego drugi sezon wywindował w wakacyjnym „sezonie” słupki oglądalności HBO (około 4,8 miliona widzów – lepiej nawet, niż w sezonie pierwszym). Na jesień wydawnictwo MAG planuje wydanie kolejnej powieści z cyklu, którego bohaterką jest Sookie. Podejrzewam, że premiera ta zbiegnie się z premierą na polskim HBO drugiego sezonu serialu. Zatem napędzić może sporo czytelników. Choć HBO to stacja kodowana i płatna, ale od czego jest internet? Szacuje się, że drugi sezon „True Blood”, dzięki ściąganiu z sieci ogląda tylko w USA łącznie 10 milionów ludzi. Wystarczy, aby zapewnić popularność, która może przełożyć się na sukces książek, także w Polsce. Zwłaszcza, że tajemnic do rozwikłania Ch. Harris proponuje całkiem sporo (np. zmiennokształtność, wilkołaki itd.). Choć bez wątpienia „Zmierzch” S. Meyer napisany jest o niebo lepiej niż powieść Charlaine Harris, to jednak w zestawieniu tych dwóch autorek to Ch. Harris – pod wpływem złośliwej przewrotności – postawiłbym wyżej. Właśnie za sprytne ukrycie niedoskonałości narracyjnych i miałkości fabuły poprzez uczynienie główną bohaterką i narratorką prostej, nieskomplikowanej dziewczyny z prowincji.

Reasumując, powieść należy do lekkich, łatwych i przyjemnych. Nadaje się do „spożycia” dla każdego, jako letnia lektura dla odprężenia. Zresztą, sądząc właśnie po fabule i narracji, właśnie jako coś takiego od początku była pomyślana i – podejrzewam – że cały cykl z sympatyczną Sookie w roli głównej, może być na takim poziomie. Wampirzy, ale nie przesłodzony harlequin dla dorosłych, albo inaczej: dla ludu.

Autor: Roman Ochocki

Wydawnictwo: Mag
Tytuł oryginału: Dead Until Dark
Tłumaczenie: Ewa Wojtczak
Data wydania: 29 lipca 2009
ISBN: 978-83-7480-141-6
Oprawa: miękka
Format: 125 x 195
Rok wydania oryginału: 2001
Liczba stron: 348

This entry was posted on poniedziałek, Lipiec 27th, 2009 and is filed under Recenzje. You can follow any responses to this entry through the RSS 2.0 feed. Both comments and pings are currently closed.

Comments are closed.