podziemia_veniss-smallPrzed ukazaniem się konkretnej pozycji na rynku wydawniczym, często do czytelnika dochodzą strzępy informacji o tym, czego może się tym razem spodziewać. Odpowiednio dozowane mają zaostrzyć apetyt, szczególnie jeśli mowa o autorach wcześniej już poznanych. Taka sytuacja miała miejsce w przypadku Jeffa VanderMeera, twórcy miasta Ambergris, tym razem zapraszający czytelnika do metropolii noszącej nazwę Veniss, a przede wszystkim do jego podziemi. W powieści „dziejącej się w odległej przyszłości, łączącej obrazy Boscha i mit o Orfeuszu”, jak możemy dowiedzieć się od samego autora w jednym z wywiadów.¹ „Podziemia Veniss” nie są mimo to zwykłą interpretacją tego mitu, w powieści próżno szukać dokładnego jego odwzorowania. VanderMeer sięga do skarbnicy greckiej mitologii, nie czując się jednak specjalnie zobowiązany do wierności pierwowzorowi, przedstawiając go we własnym mikroświecie.

Kiedy myślę o obrazach Hieronima Boscha trudno jest mi przywołać ich całościowy ogląd, chociażby w wypadku jego słynnego tryptyku „Ogród rozkoszy ziemskich”, w głowie pojawiają mi się małe fragmenty, zlepek, który w efekcie końcowym daje pełny obraz jego dzieł. Wydaje się, że VanderMeer przyjął podobną taktykę w swojej literackiej twórczości, najpierw w „Mieście szaleńców i świętych”, a teraz w „Podziemiach Veniss”. Lektura przypomina zabawę w układanie pozornie różnych kawałków puzzli, które na końcu tworzą spójną całość. Jak przyznaje sam autor Ambergris powstało przez użycie „wzajemnie sprzecznych obrazów”, Veniss zostało już ukazane w pełni, razem z wszystkimi elementami, które „kryją się w cieniu”. Uzupełnione jednak o sfabularyzowane posłowie i opowiadanie „Wojna Balzaka”, którego akcja ma miejsce w nieokreślonej przyszłości po wydarzeniach z tytułowego opowiadania.

Wpływy Boscha to nie tylko fragmentaryczne opisy, ale przede wszystkim sam obraz miasta, bardzo surrealistyczny w swoim obrazie, bardziej przypominający jak żywcem wyjęty z obrazów malarza czy jakiegoś równie koszmarnego snu. Ten niemal namacalny oniryzm w kolejnych wizjach o Veniss będzie już towarzyszyć do końca tej historii. A samo przedstawienie miasta i jego dolnych rejestrów jest wbrew pozorom bardzo oszczędne w swoim opisie. Dochodzą do nas strzępy informacji, poszczególne elementy miasta, jak rzut oka na dzielnicę Kanałów czy poziomy, które czają się pod powierzchnią. Veniss poznajemy z wycinka życia głównych bohaterów, którym przyszło w nich funkcjonować, każdy z nich w inny sposób stara się ułożyć sobie w nim życie. Wszystko przy okazji innego rodzaju wędrówki, którą odbywa każdy z trójki bohaterów.

Wartym odnotowania jest fakt, że każdy z nich ma poświęcony osobną dla siebie część, gdzie poznajemy historię z perspektywy tej konkretnej osoby. I co najważniejsze, czuć wyraźną różnicę charakterów w kolejno odkrywanych rozdziałach. Nie bez znaczenia jest fakt użycia w nich innego sposobu narracji. Najbardziej oszałamiający dla mnie efekt daje użycie formy drugoosobowej – VanderMeer wręcz brutalnie wpycha czytelnika w sytuację konkretnego bohatera, zwracając się nieustannie do niego na „ty”. Dopiero w ostatniej części można odetchnąć i cieszyć się z powrotu do bezpiecznego dystansu w narracji trzecioosobowej.

Jeśli wspomnieć o samej konstrukcji postaci, autor zdecydował się na bardzo oszczędną i prostą ich kreację. Niemal można pokusić się o stwierdzenie, że bohaterowie przypominają postacie z kart mitologii w swojej prostocie motywów działań. Poczynania Nicholasa, Nicoli czy Shadraha ukształtowane zostają przez pojedyncze zdarzenia i chęci do spełnienia indywidualnych pragnień ich właścicieli. Czy obok wykorzystania znanego mitu to kolejny zabieg autora, aby fabułę jeszcze bardziej odrealnić? Czy może jest to podyktowane tylko skromnym rozmiarem użytej formy? Pytanie te pozostawiam otwarte, do indywidualnej odpowiedzi przez każdego czytelnika.

Pomimo pewnych podobieństw co do użytej formy, jej fragmentaryzm, na który zwracałam uwagę wcześniej, nie należy spodziewać się pozycji podobnej do wcześniejszego „Miasta szaleńców i świętych”. Kolejna książka VanderMeera, która ukazała się na polskim rynku jest zupełnie inna od swojej poprzedniczki. Co w mojej opinii powinno zaliczyć się wyłącznie na plus dla autora, bo nie ma nic gorszego niż pułapka we własnych schematach twórczych.

„Podziemia Veniss” to najmniejsza objętościowo pozycja w serii Uczty Wyobraźni i w zasadzie jedynie do tego mam niejakie zastrzeżenia. Owszem, nie liczba stron świadczy o dobrej książce, jednak przewracając ostatnią stronę tytułowego opowiadania nie kryłam niedowierzania, że to naprawdę już koniec. Mówi się, że mniej czasami oznacza więcej. Być może jest w tym kropla prawdy, faktem jednak jest, że pewien niedosyt po lekturze pozostaje.

___________________________

¹ Wywiad przeprowadzony przez Jana „Żerania” Żerańskiego na Katedrze.

Autor: Maria „Metzli” Roszkowska

Wydawnictwo: Mag
Tytuł orygnału: Veniss Underground
Tłumaczenie: Grzegorz Komerski
Data wydania: 26 czerwca 2009
ISBN: 978-83-7480-140-9
Oprawa: twarda
Format: 125 x 205
Rok wydania oryginału: 2003
Liczba stron: 240
Seria: Uczta Wyobraźni

This entry was posted on środa, Lipiec 29th, 2009 and is filed under Recenzje. You can follow any responses to this entry through the RSS 2.0 feed. Both comments and pings are currently closed.

Comments are closed.