przebierancy-smallKolejna odsłona przygód londyńskiego egzorcysty Felixa Castora nie rozczaruje z pewnością tych czytelników, którym do gustu przypadły dwie pierwsze powieści z tego cyklu. Bez wątpienia można przyjąć, iż tytuł ten trzyma poziom, na który wspiął się Carey w poprzedniej powieści pt. „Błędny krąg”.

Tym razem główny bohater prowadzi dwie sprawy. Pierwsza związana jest ze śmiercią jego kolegi po fachu, druga zaś to efekt niepokoju jego klientki stanem jej męża i podejrzeniami o udział w wydarzeniach, które mogą wskazywać, że został on opętany duchem kobiety – dawno temu zmarłej przestępczyni. Jak się okaże w miarę postępu akcji, sprawy te mogą być ze sobą powiązane. Poza tym Felix Castor nadal zajmuje się swoim przyjacielem opętanym przez Asmodeusza oraz przyjaźnią i współpracą z intrygującą Juliet, która jest sukubem.

Mike Carey wytrwale trzyma się konwencji czarnego kryminału wymieszanego z fantastyką. Nowością jest fakt, iż autor pogłębił w fabule kwestie związane z powrotem dusz z zaświatów oraz jego konsekwencjami. Brakowało tego w „Moim własnym diable”, czy „Błędnym kręgu”, a teraz dzięki temu zabiegowi niezadowolony czytelnik, może przekonać się, że autor obmyślił i konsekwentnie buduje tło scenograficzne, które jakościowo podnosi atrakcyjność całej fabuły. Bo sam jej schemat pozostaje taki sam, jak w poprzednich powieściach: Sprawa – Śledztwo – Perturbacje – Podwójne Dno – Finał zwieńczony Zdystansowanym Spojrzeniem, czymś w rodzaju werbalnego odjazdu w stronę zachodzącego słońca.

Autor nie jest literackim artystą – nie próbuje żadnych gierek, czy zabaw konwencją czarnego kryminału. Skupia się na jej wykorzystywaniu w oparciu o fantastyczny pomysł związany z „otwarciem” zaświatów. Nie zanosi się, oceniając fabułę „Przebierańców”, aby kolejne powieści miały w tym zakresie przynieść jakiś przełom. Operując takim nie budzącym żadnych niespodzianek schematem zadbać należy o to, aby został on atrakcyjnie podany. I to się autorowi zasadniczo udaje. Choć, przyznam szczerze, że dotychczas uważałem, iż kolejne jego powieści znajdują się na fali wznoszącej – pierwsza powieść „Mój własny diabeł” nie była jakimś zachwycającym debiutem, ale „Błędny krąg” był już bardziej udany i dlatego po trzeciej powieści oczekiwałem jeszcze więcej. A otrzymałem powieść na poziomie właśnie tej drugiej – ciekawą, wciągającą, ale raczej nie czyta się z wypiekami na twarzy. Po prostu mamy dobrze, ale nie błyskotliwie napisany kryminał wymieszany z fantastyką. Co jednak trzeba zapisać Careyowi na plus, to drobne smaczki, jak chandlerowskie zdania, momentami bardzo efektowne one – linery, którymi pierwszoosobowy narrator posługuje się komentując wydarzenia. Kolejną zaletą jest wspomniane wcześniej pogłębienie tła fabularnego. A ponadto obecność ciekawej drugoplanowej postaci, czyli Juliet. Mam jednak wrażenie, że uczynienie jej główną postacią powieści byłoby znacznie efektywniejsze, niż powielanie schematu głównego bohatera z kryminału noir, choćby z uwagi na fakt, iż jest ona sukubem i rozbudza namiętność we wszystkich wokoło z naturalną łatwością. Jako postać równorzędna Felixowi Castorowi, mogłoby dodać powieści smaczku, a tak, zepchnięta na drugi plan wydaje mi się postacią nie do końca wykorzystaną.

Na finał autor przygotował drażniącą niespodziankę, która zepsuła trochę rozwiązanie wszystkich wątków. W poprzednich powieściach przewijał się wątek Rafiego, przyjaciela Castora, który został opętany przez Asmodeusza, co powodowało u bohatera poczucie winy i odpowiedzialności za ten stan. Także w tej powieści wątek ten powrócił, w sposób związany raczej z kwestiami dotyczącymi opieki medycznej i prawnej. Aby nie zdradzać zbyt wiele, napiszę tylko, że sposób, w jaki głównemu bohaterowi udało się rozwiązać te problemy, był ze strony Careya pójściem na łatwiznę. Fakt, było to rozwiązanie ładnie umotywowane w kontekście całej fabuły. Ale, mimo wszystko, głównemu bohaterowi mogłoby się coś czasami nie udać, mógłby się czasami ubrudzić nie tylko fizycznie. Zwłaszcza w tak bolesnej dla niego materii, jak kwestia stanu Rafiego. A i ładnie pogłębiłoby to i dodało mu rysu tragicznego. Bo, mam wrażenie, cały jego dotychczasowy „tragizm” bierze się stąd, że bieduje i jest zbyt uczciwy, aby zarabiać pieniądze. W jego fachu, jak zdaje się udowadniać Carey, po prostu powinien już dawno umrzeć z głodu z tymi zasadami. Jednak pamiętajmy, taka kreacja głównego bohatera jest istotną cechą, pozwalającą przypisać go do „panteonu” klasycznych bohaterów czarnego kryminału, której to konwencji staroświecko (uwzględniając, oczywiście, element fantastyczny) trzyma się Carey. Mimo to od czasu Raymonda Chandlera pojawiło się przecież wielu, niekiedy lepszych, pisarzy, którzy pozwalają swoim bohaterom mieć sumienie trochę bardziej zszargane i przewiercających rzeczywistość bardziej cynicznym, a nawet bezwzględniejszym spojrzeniem i pozbawionych przy tym zasad. A mimo to nadal pozostających dla czytelnika sympatyczniejszymi od łotrów naprzeciw których stają. I ciekawszymi. Bo Castor – spoglądając na niego z perspektywy trzech powieści, stał się przewidywalny i niemal nudny. Carey’a zatem ratuje tylko ciekawa fabuła.

Ale może to jest ten poziom artyzmu w tym gatunku, do którego osiągnięcia autor nie dąży, zadowalając się tworzeniem ciekawych powieści kryminalnych na bazie bezpiecznych, ogranych schematów. Szkoda, bo momentami można w „Przebierańcach” wyczuć potencjał na więcej. Pozostaje mieć nadzieję, iż autor nie powiedział jeszcze ostatniego słowa i w końcu poczuje się na tyle pewnie, aby rozwinąć skrzydła i polecieć.

Autor: Roman Ochocki

Wydawnictwo: Mag
Tytuł oryginału: Dead Men’s Boots
Tłumaczenie: Paulina Braiter
Data wydania: 26 sierpnia 2009
ISBN: 978-83-7480-143-0
Oprawa: miękka
Format: 125 x 195
Rok wydania oryginału: 2007
Liczba stron: 416
Tom cyklu: 3

This entry was posted on wtorek, Sierpień 25th, 2009 and is filed under Recenzje. You can follow any responses to this entry through the RSS 2.0 feed. Both comments and pings are currently closed.

Comments are closed.