ostrze_tyshallea_smallJeżeli drugi tom tej powieści będzie tak dobry, jak pierwszy, to – bez wątpienia – książka może okazać się lepsza od „Bohaterowie umierają”. Czytelnika, który sięgnie po nią nie czytając wcześniej blurba pełnego spoilerów, czekają od początku smakowite, zaskakujące niespodzianki. Ale i mimo blurba, nie będzie rozczarowany.

Wydawałoby się, że finał poprzedniego tomu zwieńczony był happy endem: Harri Michaelson alias Caine zwyciężył i powrócił z Nadświata na Ziemię w chwale. Z takim błogim przekonaniem czytelnik odłożył na półkę powieść „Bohaterowie umierają”. W kolejnej odsłonie tej historii okazuje się, że wcale a wcale nie było tak różowo. Ziemia, na którą powrócił Harri, nie jest rajem dla bohaterów masowej wyobraźni. A i cena do zapłacenia za zwycięstwo będzie spora: upokorzenie, swoista degradacja poprzez awans i odcięcie możliwości powrotu do Nadświata, co staje się jedną z przyczyn jego frustracji. W Nadświecie był herosem, niezwyciężonym i budzącym strach. A na Ziemi może żyć tylko wspomnieniem minionej chwały. Odzyskana miłość blednie, szarzeje i oddala się, pogłębiana frustracją zarówno Harriego jak i jego ukochanej. Codzienność bywa nieprzyjemna: za wszystko trzeba płacić, dosłownie i w przenośni. A wrogowie zbierają siły i przygotowują uderzenie na nieświadomych zagrożenia bohaterów. Jacy wrogowie, zapyta czytelnik, przecież wszyscy zostali pokonani. Otóż nie. Harri Michaelson na Ziemi i w Nadświecie ma mnóstwo wrogów starych i nowych, którzy czekają tylko na dogodną sposobność. A nad jego głową tkana jest przy tym znacznie poważniejsza, niż poprzednio, intryga. Zatem i Ziemia i Nadświat stały się dla niego bardzo nieprzyjemnym miejscem.

W pierwszym tomie powieści zwala się na głównego bohatera bardzo dużo kłopotów. A cała fabuła jest konstruowana tak, jakby Stover chciał pognębić Hariego, wręcz z sadystyczną przyjemnością zderzając jego naiwność, czy bezsilność, z brutalną rzeczywistością. To nie zarzut, bo dzięki temu czytelnik od pewnego momentu ma niezłą zagwozdkę. Nie: jak sobie Harri ze wszystkim poradzi, ale: czy sobie poradzi. Wprowadzeniem w fabułę jest długi prolog, który przedstawia trudną przyjaźń między Harrim i jeszcze jednym znaczącym bohaterem, której początek miał miejsce w trakcie szkolenia w Konserwatorium. A i w nim autor nie szczędzi czytelnikowi psychologicznego realizmu związanego ze skutkami podejmowanych decyzji.

Matthew Stover powrócił w świetnym stylu. Czytelnik zmęczony fantasy, która niczym się w swej masie nie wyróżnia, po lekturze pierwszej części powieści poczuje znowu przyjemny dreszczyk emocji. Książka trzyma w napięciu, które wzmaga się powoli, ale konsekwentnie i do końca, z wyczuciem godnym reżysera najlepszych thrillerów, o czym świadczy właśnie finałowy (dla tego tomu) cliffhanger. Jako pierwszy tom książka rozbudza stopniowo apetyt czytelnika na więcej i lepiej. Jedyne, co można powieści zarzucić wprost, to jakby na siłę „reanimowanie” niektórych postaci. Choć trzeba przyznać, jest to „reanimacja” upiorna. Ale oby była chwilowa. Po lekturze pierwszego tomu „Ostrza Tyshalle’a” (poza wspomnianym upiornym „recyklingiem”), można mieć także zastrzeżenie, iż wydaje się, że już wszystko wiadomo i jasne jest, o co toczy się gra, a do rozstrzygnięcia pozostaje, czy, komu i jak uda się przeżyć. A przede wszystkim, jak pozbiera się główny bohater (choć mam pewne przeczucie z tym związane). Jednak to zastrzeżenie warunkowe. Wątpię bowiem, by Stover już w połowie powieści wyłożył wszystkie karty na stół. Nawet jeśli ujawnił już clou fabuły – na pewno trzyma coś w zanadrzu i zaskoczy w drugim tomie.

Nie ukrywam, że brak mi jest obiektywizmu w stosunku do tego autora, którego poprzednia powieść bardzo przypadła mi do gustu. Ale mimo to, nie można zaprzeczyć, że Stover jest świetnym pisarzem. Choć jest, czy był, niedoceniany, to wniósł do tak zastałego gatunku, jak fantasy, trochę świeżego powiewu, który zdarza się rzadko. Wszystkie zagraniczne debiuty fantasy na polskim rynku nie zaoferowały mi w ciągu ostatnich – powiedzmy – dwóch lat (albo i dłużej), tak dobrej, emocjonującej rozrywki. Najbliżej było ku temu Danielowi Abrahamowi (przez chwilę) a wcześniej Lynchowi. Ale dopiero Stover, którego powieści „nie robią” rewolucji, udowadnia, że inteligentnemu pisarzowi nie straszne są niby-zastałe konwencje. Do tej pory uważałem Scotta Lyncha za takiego inteligentnego spryciarza, który nie wnosząc niczego nowego do gatunku, przedstawia emocjonującą fabułę poprzez wykorzystanie motywów odświeżanych co jakiś czas w kulturze popularnej. Jednak Lynch wziął po prostu przykład ze Stovera (zwłaszcza, że i jemu talentu nie brakuje) i miał więcej szczęścia. Ale Matthew Stovera cenię wyżej przede wszystkim dlatego, że jego fabuły są ciekawsze, bogatsze i łatwiej uderzają w moje emocje, gwarantując znakomitą i niegłupią rozrywkę.

Na koniec oczywiste zastrzeżenie: ci, którzy jeszcze nie czytali poprzedniej powieści, nie mają po co sięgać po pierwszy tom „Ostrza Tyshalle’a”. Czytelnikom, którym „Bohaterowie umierają” co najmniej umiarkowanie przypadli do gustu oraz tym, którzy byli powieścią tą zachwyceni, tom pierwszy „Ostrza Tyshalle’a” przyniesie jeszcze więcej frajdy. I po zakończeniu czytania będą wściekli na wydawnictwo MAG, że wydaje tą powieść w dwóch częściach.

Autor: Roman Ochocki

Wydawnictwo: Mag
Tytuł oryginału: Blade of Tyshalle
Tłumaczenie: Wojciech Szypuła, Małgorzata Strzelec
Data wydania: 23 września 2009
ISBN: 978-83-7480-148-5
Oprawa: miękka
Format: 135 x 205
Rok wydania oryginału: 2001
Liczba stron: 504
Cykl: Akty Caine’a
Tom cyklu: 2, część 1

This entry was posted on wtorek, Wrzesień 22nd, 2009 and is filed under Recenzje. You can follow any responses to this entry through the RSS 2.0 feed. Both comments and pings are currently closed.

Comments are closed.