przyniescie_glowe_wiedzmy_smallSpoglądając na mało atrakcyjną okładkę, można odnieść mylne wrażenie, że jest to powieść dla dziewcząt, do tego z „gatunku” paranormal, który występuje na ogół razem z rzeczownikiem romance. Ma jednak ona lekką atmosferę czarnego kryminału osadzonego Tu i Teraz, ale bardzo mocno skrzyżowanego z fantasy w postaci wszechobecnej magii i istot rodem z baśni i legend. Wypisz wymaluj: urban fantasy, zwłaszcza, że główna bohaterka i jej przyjaciółka zajmują się bardzo chandlerowskim zajęciem i mają taką samą proweniencję, jak bohaterowie czarnych kryminałów (byli policjanci, którzy stają się prywatnymi detektywami). „Element” romansowy wiążący powieść z – na pierwszy rzut oka – paranormal romance nie dominuje nad fabułą, będąc zaledwie jednym, istotnym, ale nie najważniejszym, jej składnikiem.

„Przynieście mi głowę wiedźmy”, pierwsza książka z powieściowego cyklu o Rachel Morgan jest zatem bardzo sympatyczną, lekką urban fantasy (aczkolwiek wiem, że to ryzykowne stwierdzenie, w kontekście nagród, jakie otrzymała), osadzoną we współczesnym Cincinnati, ale w alternatywnej rzeczywistości. Punktem, dla którego autorka przyjęła początek „rozjazdu” naszej rzeczywistości z tą wykreowaną przez siebie, jest zdarzenie z lat 50-tych XX wieku, związane z badaniami genetycznymi, które niejako ubocznie spowodowały powstanie groźnego wirusa, nazwanego Aniołem. Wirus ten wyrwał się spod kontroli, trochę zmutował i wybił większą część ludzkości. Aby cywilizacja nie upadła z kretesem, z ukrycia musiały wyjść istoty dotychczas mityczne: wampiry, piksy, fairy, łaki, czarodzieje, czarownicy i wiedźmy oraz mnóstwo innych, którymi Kim Harrison z gracją zaludniła swoją alternatywną rzeczywistość. Nie będzie jakimś uderzającym spoilerem, jeśli napiszę, że w zasadzie nie ostały się tylko elfy. Główna bohaterka, wspomniana Rachel Morgan, jest wiedźmą, pracowniczką ISB (odpowiednika dla FBI, które zresztą istnieje, ale przeznaczonego dla Inderlanderów). Jest to wiedźma trochę sfrustrowana niedocenianiem jej w pracy, które okaże się celowe, co pchnie ją na rynek prywatnych usług. A to będzie z kolei dopiero początkiem jej kłopotów.

W tej powieści dostałem to, co chciałem przeczytać u innego autora. Zamiast czynić główną postacią swojego cyklu szlachetnego i nudnawego egzorcystę, mógł Mike Carey (bo o nim mowa) uczynić swojego sukkuba postacią wiodącą. Choć może gdyby to zrobił, marudzący czytelnik, po przeczytaniu powieści Kim Harrison, mógłby mu zarzucić jej powielanie. Ale byłoby ciekawiej. Bez wątpienia Kim Harrison pisze żywiej, ciekawiej i atrakcyjniej, niż rzeczony Mike Carey. Uczynienie główną bohaterką osoby obdarzonej niezwykłymi zdolnościami, które wykorzystuje w swej pracy do zdobywania informacji w prowadzonych sprawach, jest przez autorkę wykorzystane umiejętnie, gdyż postarała się o ciekawą scenografię zaludniając alternatywne Cincinnati właśnie wszelkiej maści istotami nadnaturalnymi, których „inwigilowanie” przy pomocy umiejętności wiedźmy wcale przez to nie jest łatwe. Zatem posiadane zdolności nie ułatwiają bohaterce życia, czego, na pierwszy rzut oka, można było się spodziewać.

Fabuła, poza atrakcyjnym (acz nie pogłębionym zbytnio) tłem, nie jest szczególnie skomplikowana i nie wywołuje dreszczyku emocji. Jednak zrzucam to na karb faktu, że to dopiero początek cyklu, który liczy dziesięć tomów. A już po pierwszej części można się domyślać, że pewne wątki i postaci, dotychczas tylko intrygująco zarysowane, (jak Trent Kalamack i jego tożsamość) będą wracać i przewijać się w kolejnych częściach. Kaliber głównego śledztwa mógłby być, mimo tego, nieco większy. Przez to, że w powieści dominują przede wszystkim losy głównej bohaterki po opuszczeniu ISB, mam wrażenie, że powieść bardziej służy przedstawieniu wykreowanego świata i postaci, niż snuciu zasadniczej intrygi (i – być może – stąd zakwalifikowanie powieści jako paranormal romance). Uznałem ją, wobec tego, za wstęp dopiero. I będę czekał z ciekawością na ciąg dalszy.

Z uwagi na miejsce akcji nasuwało mi się uparcie skojarzenie z Emmą Bull i jej powieścią „Wojna o Dąb”. Ale było to, chyba na wyrost, spowodowane tym, że tam również akcja rozgrywała się w mieście dużym (Minneapolis), ale jednak prowincjonalnym w stosunku do wielkich metropolii jak Los Angeles, Nowy Jork, czy Miami (tradycyjnie kojarzące się z miejscami akcji czarnych kryminałów). Jednak u Emmy Bul przenikanie się wątków, czy elementów rodem z fantasy i rzeczywistości było subtelniejsze i tworzyło urzekający klimat powieści. U Kim Harrison mamy wręcz totalne stopienie się dwóch światów, które – po półwieczu od tego coming out – stało się naturalne, zwykłe. I stworzyło nową rzeczywistość, podczas gdy u Emmy Bull obydwa światy były mimo wszystko oddzielone, przenikając się tylko, lecz nie łącząc tak nierozerwalnie.

Etykietka paranormal romance (bo nie wierzę, że przekonam kogokolwiek, że to urban fantasy) z pewnością nie zachęca do sięgnięcia po tę powieść. Ale w porównaniu z, choćby, Charlaine Harris, książka jest przyjemną rozrywką, szczególnie na zbliżające się jesienne wieczory, które umili każdemu czytelnikowi lubiącemu bezpretensjonalną, nieabsorbującą lekturę.

Autor: Roman Ochocki

Wydawnictwo: Mag
Tytuł oryginału: Dead Witch Walking
Tłumaczenie: Agnieszka Sylwanowicz
Data wydania: 23 września 2009
ISBN: 978-83-7480-147-8
Oprawa: miękka
Format: 125 x 195
Rok wydania oryginału: 2004
Liczba stron: 608
Tom cyklu: 1

This entry was posted on środa, Wrzesień 23rd, 2009 and is filed under Recenzje. You can follow any responses to this entry through the RSS 2.0 feed. Both comments and pings are currently closed.

Comments are closed.