okladka-180

Zrecenzować powieść należącą do klasyki science fiction nie jest zadaniem prostym. Dodatkowo poprzeczka podnosi się, jeżeli przyjmiemy, że o książce napisano dosłownie wszystko, co można było o niej powiedzieć. Będąc, zatem świadomym istnienia terminu „plagiat” ograniczę wypowiedź do kilkuzdaniowego zobrazowania, czym dla mnie było spotkanie ze światem Ricka Deckarda

Swego czasu Maciej Parowski wspominał ważną dla science fiction literacko-kinową przemianę robota niegroźnego, „wykonującego ruchy mechaniczne, kanciaste”* w antropomorficznego buntownika działającego przeciw ludzkości. Wskazywał na swoistą ewolucję zasadności istnienia stworzonych przez człowieka istot żyjących według praw Isaaca Asimova. Czy ktoś jeszcze pamięta, że „robot nie może skrzywdzić człowieka, ani przez zaniechanie działania dopuścić, aby człowiek doznał krzywdy”? Po sukcesach postaci Terminatora widzimy, że pokojowa koegzystencja człowieka i jego mechanicznego potomka nie mogła trwać wiecznie. Potencjał filozoficzny oraz komercyjny robota człekokształtnego musiał prędzej czy później zostać dostrzeżony. Czy zatem Philip K. Dick powieścią „Do androids dream of electric sheep?” zapoczątkował wspomniane przekształcenia? Na pewno był jednym z pierwszych. Pojawiające się w literaturze, fantastycznej i nie tylko, pytania odnośnie tożsamości człowieka oraz praw rządzących jego światem stale potrzebowały nowego odnośnika. Świeżego czynnika, dzięki któremu potencjalni odbiorcy przestaliby poruszać się w próżni i mogli w prosty sposób zobrazować istotę konfliktu człowieka z samym sobą. Czy napiętnowany i do tego zaborczy robot nie mógł okazać się strzałem w dziesiątkę?

Maciej Parowski nazywa roboty synami zbuntowanymi przeciwko swojemu ojcu. Fabuła „Blade runnera” idealnie wpasowuje się w przytoczony motyw. Roboty Dicka zostają powołane do istnienia w celu zapewnienia człowiekowi pomocy. Pobożne plany szybko okazują się jednak początkiem buntu maszyn.
Ludzkość przeżywa trudne momenty w okresie po nuklearnym. Autor przenosi nas do świata gdzie pozycja społeczna uzależniona jest od posiadania żywego zwierzęcia, a wdychanie szkodliwego pyłu powoduje narodziny ludzi gorszego typu. W takich warunkach Dick stara się ukazać przyczyny koegzystencji ludzi i maszyn. W tym celu sięga do historii Anglii, skąd czerpie hasła nawołujące do osiedlenia się w nowym, lepszym świecie. Człowiek przyszłości codziennie bombardowany jest afiszami wzywającymi do emigracji i życia w Nowej Ameryce, głównym osiedlu Stanów Zjednoczonych na Marsie. Zachętą do opuszczenia rodzinnej planety ma być prezent w postaci niewolnika wyprodukowanego przez wpływową Korporację Rosen.

W tak funkcjonującym świecie poznajemy Ricka Deckarda, łowcę androidów zbiegłych z Czerwonej Planety. Po przeczytaniu pierwszych kilku kartek miałem jednak ochotę krzyknąć, że jest on bardziej detektywem z wielkim szczęściem niż drapieżnym myśliwym. Postać z filmu Ridleya Scotta nie przypomina w żadnym stopniu bohatera książki. Harrison Ford, który idealnie wpasował się w wizję producenta Hamptona Fanchera, gdzie Deckard miał być gościem typu chandlerowskiego, zdecydowanie odbiega od zamysłu amerykańskiego pisarza. Czy to źle? Sukces Blade runnera pokazuje, że nie. Publiczność niejednokrotnie udowadniała, że kocha zimnych drani, a już szczególnie tych, którymi targają dylematy wewnętrzne odpowiedniego kalibru. Można zastanawiać się czy śliczna buźka Hana Solo była lepsza, od Christophera Walkera, ale na co komu takie dywagacje. Film zrobił i robi do dzisiaj prawdziwą furorę w świecie science fiction. Pozwolę sobie przytoczyć opis, który według mnie idealnie charakteryzuje to, co wyczyniał na ekranie Ford: „Jesteś taki wspaniały. Taki dzielny i zdecydowany i tak niewiele za to dostajesz. Walą cię pończochą, duszą cię, miażdżą ci czaszkę i pompują w ciebie morfinę, a ty kiwasz łączników na boisku i strzelasz bramkę, kiedy oni mają już dosyć. Jak to się dzieje, że jesteś taki cudowny?”**.

Osoba mająca po raz pierwszy z kontakt z twórczością autora Ubika będzie zapewne czuła się zawiedziona konstrukcją fabuły, gdyż jest ona w gruncie rzeczy mocno prostolinijna. Nie ma w niej miejsca na wątki poboczne, odskocznie urozmaicające odbiór powieści. Czytelnik ma przed sobą Ricka Deckarda i jego misję. Akcja pędzi jak po sznurku, od strzału do strzału i zanim się zorientujemy pojawia się napis „the end”. Bohatera Dicka można z czystym sumieniem obkleić taśmą z napisem „przeciętnie zwyczajny”. Nie odznacza się wybitną charyzmą, silnym umysłem czy niesamowitym instynktem. Porównałbym go do gliniarza patrolującego ulice, któremu od czasu do czasu trafia się inna fucha. I to oczywiście w momencie, gdy bardziej sprawni koledzy przebywają na zwolnieniu lekarskim. Siła postaci Ricka Deckarda kryje się w tym, że jest on niejako nośnikiem myśli amerykańskiego pisarza. Obserwując poczynania tytułowego „blade runnera” jesteśmy stopniowo zapoznawani nie tylko ze światem wykreowanym na potrzeby starcia człowieka z maszyną, ale także (a może i przede wszystkim) z wątpliwościami trapiącymi niemalże wszystkich bohaterów omawianej książki. Gdzie, zatem leży wartość książki?

Dick przekłada emocje nad rozbudowaną fabułę. Także w niniejszej książce ma to miejsce. Zacznijmy od kwestii najbardziej rzucających się w oczy, podstawowych. Blade runner dąży do uzyskania odpowiedzi na pytania w mniejszym lub większym stopniu krążące wokół praw Asimova: czy robot zawsze powinien być postrzegany jako potencjalny drapieżnik?, czy może dojść do harmonijnego współżycia człowieka z maszyną?, czy androidy mają prawo do własnego życia, do wolności? Tego typu myśli towarzyszą Deckardowi przez cały czas, choć po zapoznaniu się z wizją Ridleya Scotta miałem pewne wątpliwości czy postać z książki nie będzie za bardzo przypominała twardego Hana Solo i tym samym nie zostanie zatracona wewnętrzna warstwa powieści. Nic bardziej mylnego. Autor Blade runnera doskonale wiedział jak rozłożyć akcenty.
Konflikt człowieka z maszyną pełni jedynie rolę tła do zobrazowania większego zjawiska, jakim jest istota człowieczeństwa. Wspomniana walka jest czynnikiem umożliwiającym zrozumienie różnic pomiędzy żywą istotą a tworem techniki. Można powiedzieć, że Deckard wraz z rozwojem toczącego się śledztwa przenosi pojedynek z androidami na coraz wyższe poziomy percepcji. Tropiąc bezduszne roboty stopniowo pojawia się problem empatii w stosunku do nich oraz zagadnienie odnośnie prawa do ich eksterminacji. Czy twórca może zabić swoje dzieło? Czy słowa „cogito ergo sum” nie stawiają androidów w gronie istot mających prawo do życia? Pozostawiam to pytanie bez odpowiedzi.

Nadałbym książce miano niemalże idealnej gdyby nie jeden, mały szczegół. Jak już wspominałem Dick nie rozpisuje się, nie urzeka drobiazgowością świata wykreowanego. Czytając Blade runnera od czasu do czasu odnosiłem wrażenie, że akcja dzieje się w wielkim pudełku, które oprócz postaci do siebie strzelających nie zawiera niczego innego. De facto, jeżeli zapomnimy na chwilę o wewnętrznej warstwie powieści okaże się, że to co trzymamy w rękach jest przeciętnym czytadłem, skonstruowanym bez polotu i dbania o detale.

Na szczęście w książkach jest ważne także to, co jest w środku. Philip K. Dick rozumie to bardzo dobrze, a jeszcze lepiej potrafi wyrazić to przelewając na papier i tworząc ponadczasowe historie. Takie chociażby jak „Blade runner”.

___________________________

* Maciej Parowski „Robot zbuntowany czyli ewolucja robota w kinie”; w: Czas Fantastyki. Kwartalnik dla zaawansowanych; Numer 2 (15) 2008; s.9-17.

** Raymond Chandler „Żegnaj, laleczko”

Autor: Sylwester „Sharin” Kozdroj

Wydawnictwo: Prószyński i s-ka
Tytuł oryginału: Do androids dream of electric sheep?
Tłumaczenie: Sławomir Kędzierski
Data wydania: 2005
ISBN: 83-7469-231-6
Oprawa: miękka
Format: 105 x 170
Rok wydania oryginału: 1968
Liczba stron: 272

This entry was posted on niedziela, Październik 18th, 2009 and is filed under Recenzje. You can follow any responses to this entry through the RSS 2.0 feed. Both comments and pings are currently closed.

Comments are closed.