letni_deszcz_sztylet

Obawiałem się, że Anna Brzezińska ze swoim cyklem o zbóju Twardokęsku zamierza dołączyć do Roberta Jordana i – aktualnie – G. R. R. Martina, których cykle rozrosły się do niebotycznych rozmiarów i utknęły gdzieś w nieokreślonym miejscu, dalekim do finału. W przypadku Roberta Jordana to śmierć autora przerwała radosną produkcję kolejnych tomów, które poza opisywaniem kolejnych krain i zwyczajów oraz perypetii trzeciorzędnych postaci, do głównego nurtu akcji nie wnosiły niczego. W przypadku Martina, doszedł do tego – jak podejrzewam – co najmniej brak zainteresowania autora swoim cyklem i jego zaangażowanie w mnóstwo innych projektów. Ostatnim jest serialowa ekranizacja Pieśni Lodu i Ognia przygotowywana przez stację HBO.

Anna Brzezińska swój cykl pisała przez dziesięć lat. Pierwsze wydanie „Zbójeckiego gościńca” ukazało się w 1999 r., „Żmijowa harfa” stosunkowo niedługo później, obydwie w wydawnictwie Supernowa. Powieści te przyniosły Annie Brzezińskiej zasłużony szacunek. Dla mnie były ambitną próbą zmierzenia się z gatunkiem epickiej sagi fantasy, która – dodatkowo – starała się nie powielać zbyt dużo z zachodnich neverending stories tego rodzaju, a w naszym polskim wydaniu występuje w ilości śladowej (acz głośnej i popularnej, czego przykładem jest twórczość Andrzeja Sapkowskiego). Jednak po wydaniu drugiej części sytuacja się skomplikowała. Nie wnikając w szczegóły, których zresztą aż tak wnikliwie nie znam, Anna Brzezińska odeszła z Supernowej. Rozkręciła wydawnictwo Runa i rzuciła na rynek nową wersję „Zbójeckiego gościńca”, potem znowu „Żmijową harfę”, a na koniec „Letni deszcz. Kielich”, aby wreszcie, po 10 latach zakończyć cykl ostatnią częścią trzeciego tomu pt. „Letni deszcz. Sztylet”, która właśnie debiutuje na naszym rynku. W międzyczasie ukazywały się także inne jej utwory, które mogły wywołać wątpliwości, czy cykl zakończy się w jakiejś satysfakcjonującej perspektywie czasu, skoro autorka ma w głowie wiele innych, nie mniej pasjonujących pomysłów.

Skoro obawy te zostały wreszcie rozwiane, można na powrót zanurzyć się w rzeczywistość Krain Wewnętrznego Morza, w kompletną już opowieść. Kto już czytał, wie, że warto. Kto nie czytał, to mam nadzieję, że go tą recenzją, jeśli nie zachęcę, to przynajmniej nie zniechęcę. Pomijając wszystkie inne zalety i wady tych opowieści, pamiętać należy, iż jest to jak dotąd, obok twórczości Sapkowskiego, jedyna w dorobku polskiej literatury tak ambitna i autorska saga z gatunku klasycznej fantasy.

plewy„Plewy na wietrze” (aka: „Zbójecki gościniec”) stanowią wprowadzenie w świat, w którym rozgrywają się losy zbójcy Twardokęska, splecione (jak to zwykle bywa: wbrew jego intencjom) z losami tajemniczej wojowniczki Szarki, pewnej nieszczęśliwej wiedźmy i wielu innych, nie mniej ciekawych (choćby samotnej, nieszczęśliwej żalnickiej księżniczki Zarzyczki, jej brata, czy Wężymorda, bardzo interesującego czarnego charakteru). Nie jest to jednak wprowadzenie, które sprawi, że łatwo można zakochać się w tym świecie, zauroczyć nim. Nie jest to bowiem wprowadzenie łatwe i przyjemne, gdyż czytelnik zostaje rzucony w rzeczywistość, która długo pozostanie dla niego obca. Autorka nie zajmuje się tłumaczeniem tego świata czytelnikowi, jak to bywa w klasycznie nudnych sagach fantasy zza oceanu, gdzie jakiś rozwlekły prolog połączony z bajdurzeniem ze „starożytnych zwojów” o Mrocznych Czasach, zapomnianych Królestwach, Artefaktach i Przepowiedniach od nadejściu Czegoś Naprawdę Złego i Groźnego, stara się czytelnikowi przybliżyć dany świat na tyle, aby omamić go zapowiedziami frapującej fabuły, rozniecić zaciekawienie chwytami ogranymi w fantasy, jak dziesiąta ciąża Brooke Logan z „Mody na sukces”. Anna Brzezińska chyba postawiła na inteligencję czytelnika i na zmęczenie kolejnym Pastuchem z Zapadłej Wsi, który wstrząśnie posadami świata odkrywając i realizując swoje Przeznaczenie. Jest ona jak Steven Erikson – skacz, czytelniku, na głęboką wodę, ucz się w niej pływać wyłuskując opisy świata, krain, zależności z odrobinek, które ci rzucam. Mięczaki się zniechęcą i pójdą na dno odkładając książkę rychło na półkę. Nie ma tu żadnego wszechwiedzącego narratora, który pomógłby szybko ułożyć z tych rozsypanych puzzli jakąś sensowną całość. W gruncie rzeczy czytelnik jest jak bohaterowie tych powieści: w obcym świecie musi sobie radzić sam, bo nie ma wokół żadnej przyjaznej duszy, która mogłaby mu pomóc. To bardzo ekscytujące i zmuszające do uważnej lektury.

Dodatkowa trudność w przyswojeniu sobie tego świata wynikać może z tego, że Anna Brzezińska, mediewistka, w swoim cyklu, osadzonym w niby – średniowieczu, starała się stworzyć realizm na miarę takiego średniowiecza. Jest to strawne dla czytelnika, bo nie totalne. Mimo to ograniczenie perspektyw bohaterów do ich stanu społecznego nie czyni bohaterów tak atrakcyjnymi, aby się z nimi utożsamić. Weźmy Twardokęska – to sprytny, bezwzględny, ale prosty zbój. Zatem i jego obycie nie może być dworskie. Dlatego, kiedy spławia on kochankę, czyni to dosadnie i nieuprzejmie, nie zważając, że czyniąc to publicznie może upokorzyć kobietę. Jego prostacka psychika po prostu tym się nie przejmuje. Nie ma także wyrzutów sumienia z powodu niewierności, czy zdzielenia kogoś przez łeb niesłusznie. I tak można przytaczać te przykłady długo. Inna sprawa, że rzeczywistość wykreowana przez Annę Brzezińską do sielskiej nie należy, zatem to także determinuje zachowanie postaci i wpływa na ich postrzeganie świata, w szczególności na stosunek do innych ludzi. Taka dbałość o psychologię postaci i – przede wszystkim – zestrojenie ich z wykreowaną rzeczywistością, w sposób, który przekonuje do realizmu postaci, to duży atut tej powieści. Ma on jednak i swoją „mroczną” stronę. Mianowicie, trudno się z takimi, w gruncie rzeczy obcymi, bohaterami utożsamiać, zrozumieć, wejść w jakąś interakcję emocjonalną.

Kolejnym elementem obcym dla czytelnika przyzwyczajonego do klasycznej fantasy jest stylizacja języka na modłę „staropolską”. Mimo to nie jest to zarzutem. Anna Brzezińska nie przeszarżowała z tą stylizacją, wplatając ją w narrację w sposób i w ilości dla czytelnika strawnej. Dzięki temu też jest to język tak pyszny i chyba na swój sposób, unikatowy. Weźmy dla przykładu choćby imiona postaci: Twardokęsek, Zarzyczka, Pan Krzeszcz, Wężymord, Suchywilk. Brzmią tak rewelacyjnie, ze można się tym upajać. Jednak wiąże się z tym także niebezpieczeństwo hermetyczności: jak to przetłumaczyć na język angielski, dajmy na to. Łatwe do wyobrażenia są także trudności z wymówieniem tych imion w oryginalnym brzmieniu, ale po angielsku. Na szczęście, nie jest to problem rodzimego czytelnika.

Wreszcie, w „Plewach na wietrze”, jak i w całym cyklu nie zaserwowała autorka jakiejś prostej fabuły. Jest ona zawikłana i kolejne fragmenty odsłaniają się wprawdzie konsekwentnie, ale długo nie pozwalają na zbudowanie jakiegoś przewidywalnego toku wydarzeń. Bo w losy ludzi tych Krain wplątani są także bogowie. Tych jest wielu, każdy ma swój cel a na ostatnim miejscu na liście ich priorytetów leży troska o wyznawców (co znowu przywiodło mi na myśl Malazańską Księgę Poległych Eriksona). W zasadzie – wcale tej troski nie ma. Bogowie interesują się ludźmi tylko o tyle, o ile mogą z nich uczynić narzędzia do realizacji własnych celów, robiąc w gruncie rzeczy ze swoich wyznawców pożałowania godnych naiwniaków pozostawionych w rękach manipulujących nimi kapłanów. Zatem losy bohaterów są skomplikowane i trudno jest przewidzieć, czyje cele realizuje Szarka, czyje wiedźma. Kto wie: może i sam Twardokęsek jest tylko igraszką w rękach jakiegoś cynicznego boga. To uwydatnia tragizm tych postaci wynikający z uwikłania, świadomego lub nieświadomego, w gry rozgrywające się ponad nimi, których celu ani treści nawet nie znają. Ich losy są zatem, jak tytułowe plewy na wietrze. Jedno jest pewne: gry te nie toczą się między Porządkiem i Chaosem, między Dobrem i Złem. Zatem, po której stronie stanąć, skoro każda ma swoje racje i to nawet wtedy, kiedy skrywane zamiary wychodzą na jaw i już wiadomo, co jest stawką? Niektórzy chcą tylko przetrwać, inni wyzwolić się spod fatum. Ale, czy im się uda? Na znalezienie odpowiedzi na to pytanie masz, czytelniku, całe trzy tomy.

Saga Anny Brzezińskiej wymusza także uważne czytanie z powodu braku jakiegoś glosariusza, mapek, czy innych, przypisowych „kapsułek” ułatwiających czytelnikowi poruszanie się wraz z bohaterami po Krainach Wewnętrznego Morza. Łatwo się tu bez tego zagubić.

Zatrzymać się jeszcze należy nad porównaniem „Zbójeckiego gościńca” i „Plew na wietrze”. Czytałem obydwie wersje i doradzam jednak pominięcie „Zbójeckiego gościńca”. „Plewy na wietrze” są bowiem jego nową wersją, bogatszą w szczegóły. W zasadzie znajdują się w tej powieści duże partie nie ujęte w poprzednim wydaniu, albo dopisane przez autorkę po wydaniu „Zbójeckiego gościńca”. Warto zatem przeczytać tą powieść ponownie, bo jest to dzieło lepsze i ciekawsze od „Zbójeckiego gościńca”, który można sobie spokojnie darować.

zmijowa_harfa-smallJeśli ktoś przeczytał „Plewy na wietrze” i nie zniechęcił się trudnym bogactwem tej powieści, a zauroczył innością, brakiem sztampy, językiem i klimatem, „Żmijowa harfa” przypadnie mu do gustu siłą rzeczy. Otrzyma bowiem to samo, w nawet o ułamek nie gorszej jakości. Wracają poprzedni bohaterowie, którzy kpią lub motają się, aby uniknąć śmiertelnego zejścia, którzy – wreszcie – zdają się nie dorastać do ról, jakie im przychodzi pełnić. Fabuła pogłębia się, a skutki pewnego wydarzenia sprzed lat zaczynają rezonować i wpływać na dziejące się w książce wydarzenia. I widmo jakiegoś fatum wisi nie tylko nad pojedynczymi postaciami, ale nad całym światem. Zaś sama fabuła przestaje być już w przeważającej mierze jednolita, tj. mieszać się w niej zaczyna i przygoda i romans i solidna dawka psychologizowania – nadal w „sosie” pięknej stylizacji językowej, ale bardziej statyczna, choć nie mniej epicka. Czasami wydaje się utkana z przeciwności, choć to mylne wrażenie, bo Anna Brzezińska w dalszym ciągu maluje niejednoznaczne postaci, przez co „Żmijowa harfa” rozbudza apetyt na więcej. Widać to w postaci Wężymorda, który jest trochę jak Caladan Brood z powieści Eriksona: mając w rękach „klucz” do zakończenia wszystkiego, waha się, zwleka, okazuje słabość swoimi skrupułami, z brzemieniem odpowiedzialności, którą musi dźwigać samotnie. Bo wie, że to rozwiązanie totalne i ostateczne, nieodwracalne. Zresztą, nie on jeden musi samotnie się zmagać z rzeczywistością i losem. Wszystkie „kukiełki” w rękach bogów, czy zwyczajne szaraczki są w tym świecie samotne. To rys wspólny niemal każdej z postaci, która ma dla tej fabuły jakieś znaczenie.

Widać to znakomicie w ostatnim tomie, w którym każdy z bohaterów musi samotnie odegrać ostatni akt swej własnej opowieści. „Letni deszcz” to dopełnienie ich losów i nie mogłem się opędzić od skojarzeń z piątym tomem sagi wiedźmińskiej, szczególnie w odniesieniu do tomu „Letni deszcz. Sztylet”. Jednym z elementów ujmujących mnie w „Pani jeziora” była zmieniająca się perspektywa, z której czytelnik ogląda losy toczącej się wojny między Południem i Północą, pozbawiona podziału na dobrych i złych. W drugim tomie „Letniego deszczu” też mamy taką bitwę i to opisaną na co najmniej kilkunastu, jeśli nie kilkudziesięciu stronach i również zmieniają się w niej perspektywy (głównie czasowe), punkty widzenia. Jednak „Letni deszcz”, bardziej niż „Pani jeziora”, przekonał mnie, że ogólna etykietka dla tego cyklu „saga o zbóju Twardokęsku” to tylko uproszczenie, bo też zbój ten jest jedną z kluczowych postaci tej opowieści, to jednak nie najważniejszą. Równie ważna jest Iskra, sama wiedźma, czy wreszcie – chyba najlepsza postać kobieca tego cyklu, czyli Złociszka. Kim dla Twardokęska jest Złociszka – wprost nie napiszę, aczkolwiek trudno się nie domyślić. Dziwny to „związek” zważywszy na nieskomplikowany charakter zbója, któremu w głowie przede wszystkim chęć ograbienia jakiegoś skarbczyka, zdzielenia kogoś przez łeb, przydybania jakiejś dziewki, której zaletą jest to, że nie wymaga zobowiązań trwających dłużej, niż jedną noc. Niemniej jednak, postać Złociszki jest jedną z najciekawszych i najsympatyczniejszych w tym tomie. I bardzo zaskakujący finał jej losów przygotowała autorka. Zresztą, nie tylko dla niej. Wszystkie wątki znajdą swój finał i będzie to zakończenie mniej lub bardziej otwarte. W tym tomie, bardziej niż w innych losy głównych postaci zepchnięte są na drugi bądź nawet trzeci plan. A prym wiedzie tło, cała galeria postaci drugoplanowych, które zostały wprawione w ruch w skutek wydarzeń rozgrywających się w poprzednich częściach. I to głównie ich oczyma obserwujemy finał tej opowieści. Każda z nich jest dopracowana, choć nie każda ciekawa, ale znacząca dla fabuły mimo wszystko. Czytając ten tom można powiedzieć, że Anna Brzezińska od grania nastrojowych melodii kilkoma instrumentami – bohaterami, przeszła do efektownego finału symfonii, który w „Letnim deszczu” rozbrzmiewa muzyką wielu instrumentów i cichnie, a czytelnik zdaje sobie dobitnie sprawę z tego, że świat wykreowany przez Annę Brzezińską naprawdę żyje.

Wysoka jakość tego cyklu to fakt. Taki sam, jak jego unikatowość, na którą składają się zarówno stylizacja językowa, jak i realizm wszystkich powieści i wielowymiarowe, nie papierowe postaci, które żyją. Aczkolwiek, mnie psuła trochę przyjemność w odbiorze obcość tych bohaterów wywołana właśnie przez ich realizm będący skutkiem, nomen omen, talentu autorki, jej wiedzy historycznej i językowej (którą nie przytłoczyła czytelnika). Jednak zazdroszczę tym, którzy takich problemów z tą prozą nie mieli. Poza tym wspomniane rozbudowane i tętniące życiem tło oraz nastrój tych powieści – nadają mu także unikatowego smaku. A smak ten nieznany był dotychczas polskiej fantasy, smak i powab mrocznej baśni, tragicznej, lecz nie pozbawionej humoru i szyderstwa, pisanej z rozmachem i wyczuciem konwencji. I – co ciekawsze – nie próbujący czerpać z mitologii celtyckiej. Co najwyżej, czasami pobrzmiewają tu echa mitologii skandynawskiej, jednak na tyle odległe, aby fakt ten zaledwie odnotować jako pozbawiony większego znaczenia. Podobnie nie można tego cyklu klasyfikować – tak mi się wydaje – jako fantasy słowiańskiej. To oryginalna, autorska fantasy, dla wymagającego czytelnika. Finał sagi na pewno wywoła uśmiech u tych, którzy mieli okazję zetknąć się z innymi utworami Anny Brzezińskiej. Epilog bowiem to jeden z utworów autorki, ale opowiedziany troszkę z innej perspektywy. To takie symboliczne (ale nie definitywne) domknięcie opowieści.

Takie powieści stają się zawsze punktem odniesienia w stosunku do kolejnych, poprzeczką, którą jednak trudno przeskoczyć. Zwłaszcza że żaden z rodzimych pisarzy nie próbuje poważyć się na cykl tej klasy, który nie wyłamując się z ogólnych ram, próbuje jednak stworzyć jakąś nową jakość w gatunku fantasy, nadać jej nową treść, odcisnąć autorskie piętno. Annie Brzezińskiej udało się to bezsprzecznie poprzez stworzenie nastrojowej opowieści, w gruncie rzeczy o samotności. Nie jakiejś szczególnej, ale zwykłej, codziennej. Opowiedziane jest to nie wprost, nie słowami, lecz nastrojem, poprzez losy głównych bohaterów. A brak kontynuatorów takiej fantasy powieści te także skazuje na samotność, na – póki co – bycie niedościgłym wzorem dla reszty.

Zamyka się „Letni deszcz. Sztylet” z westchnieniem, ze smutkiem, z przeświadczeniem, że opowieść nigdy się nie kończy.

Autor: Roman Ochocki

This entry was posted on środa, Październik 21st, 2009 and is filed under Recenzje. You can follow any responses to this entry through the RSS 2.0 feed. Both comments and pings are currently closed.

Comments are closed.