wegner_opowiesci_PP_front_110

Stało się. W końcu, po przygodach, dotarł do mnie książkowy debiut Roberta M. Wegnera, czyli zbiór opowiadań pt. „Opowieści z meekhańskiego pogranicza”. Na tą książkową pozycję czekałem niecierpliwie, gdyż z każdej niemal strony spotykałem się z bardzo pozytywnymi opiniami na jej temat. Czekałem na dostawę i nie zawiodłem się. Ale po kolei.

Opowieści są zbiorem ośmiu opowiadań, które tworzą dwie oddzielne księgi, „Topór i skała” oraz „Miecz i żar”, a ich akcja toczy się w dwóch różnych częściach Imperium Meekhańskiego. Akcja pierwszej z nich ma swoje fabularne miejsce w surowych, pokrytych śniegiem górach i opowiada dzieje Szóstej Kompanii Górskiej Straży oraz ich dowódcy – porucznika Kennetha-lyw-Darawyta. Północ, gdyż o tej części mowa, klimatem najbardziej przypomina chyba „Grombelardzką legendę” Kresa ale także militarystyczne dark fantasy jak na przykład „Kroniki Czarnej Kompanii” Cooka, czy też cykl „Videssos” Turtledove’a. Klimatem, bo jakościowo moim zdaniem Wegner wspomniane dzieła przewyższa. Z innych odniesień popkulturowych, Północ kojarzyła mi się głównie z filmem „Trzynasty wojownik” i jego surowym, zimnym tłem skandynawskich fiordów oraz górskich wiosek. Jeszcze innym nasuwającym się delikatnym nawiązaniem jest ostatni film o Beowulfie w opowiadaniu „Krew naszych ojców” – jednak to może być nadinterpretacja z mojej strony. Cóż, takie moje prawo czytelnika. „Wszyscy jesteśmy Meekhańczykami” nawiązuje głównie do bitwy termopilskiej, ale z filmem Millera nie szukałbym związku, u Wegnera – użyję może niefortunnego zwrotu – akcja była bardziej realistyczna, pozbawiona poetyki komiksu. Opowiadanie to niestety mi się dłużyło i z całego zbioru jest moim zdaniem najsłabsze – co wcale nie znaczy, że było złe. Zwyczajnie było za długie i mnie trochę zmęczyło. Przyznać muszę, że moim faworytem w księdze północy jest „Szkarłat na płaszczu” i dyplomatyczne zmagania hrabiny w sali Tahga. Oraz wszelkie wątki z orkopodobnymi Ag’heeri – szaman Borehed to jedna z moich ulubionych postaci.

Południe, czyli „Miecz i Żar”, to zupełnie inna konwencja. Bohaterem jest Yatech z pustynnego ludu Issaram, który kieruje się bardzo restrykcyjnymi prawami związanymi z nałożoną na nich przez bóstwa klątwą, czyli wspólną duszą całego ludu. Kto ujrzy twarz Issara musi zginąć. Pustynne południe zdecydowanie bardziej przypadło mi do gustu. Klimatem przypomina mi trochę „Diunę” Herberta, głównie motywem ludu Issaram właśnie – surowych, religijnych ludzi pustyni z liczącymi tysiąclecia tradycjami. Przy tym jest to także lud niezrównanych wojowników – wypisz, wymaluj Fremeni u Herberta. Wraz ze zmianą konwencji następuje zmiana stylu prowadzenia fabuły. Opowiadania z tej części są bardziej ze sobą połączone, przypominają raczej mikropowieść. Większy nacisk jest kładziony na rozterki głównego bohatera – rozdartego między miłością i obowiązkiem. Opis świata jest tu raczej drugorzędny, zupełnie inaczej niż w Północy. No i ta głupota zakochanej dziewczyny, głupota która prowadzi do tragedii. Jak widać, dalej to przeżywam. Bohaterowie w tej części mają też więcej wyrazu. Na przykład chciałbym by w przyszłości został bardziej rozwinięty wątek siostry Yatecha oraz ojca zamordowanej dziewczyny, który już niekoniecznie będzie szukał sprawiedliwości ale może zostanie sojusznikiem bohatera lub kimś równie ważnym dla fabuły. Taka dygresja tylko. Południe trzyma jednakowy, bardzo dobry poziom – od początku, do końca. No i pochwalić chcę wątek Szczurów i Ogarów, czyli zwalczających się wywiadów Imperium.

Świat przedstawiony u Wegnera to jego największy atut. Jest bogaty, zróżnicowany, spójny – niemal gotowy podręcznik do gry fabularnej. Niektórych razi taka dbałość o detale, przesycanie czytelnika informacjami dotyczącymi świata – mnie to akurat nie przeszkadza, wręcz przeciwnie – bardzo cenię taką dokładność. Zwyczajnie jestem zachwycony. Mamy tu sporo historii, geografii, religioznawstwa oraz zwykłej znajomości obyczajów. I to w formie, która nie nudzi, a raczej zachęca do dalszej lektury. Sam rozmach świata zapiera dech w piersiach – jest co przyswajać, jest co kontemplować. Z drugiej strony, niektóre postacie są ledwo naszkicowane, jak chociażby dowódca Szóstej Kompanii (czy też wspomniany Borehed, „ubrany” jedynie w swoją złą sławę) ale w tym wypadku jest to chyba nawet atut. W myślach mogę wcielić się w dowolną postać i ją sobie wyobrazić na własną modłę. Zupełnie jak w grze fabularnej. Dlatego owy skąpy opis postaci policzę jednak jako atut, aczkolwiek wiele osób się ze mną nie zgodzi. Kwestia recepcji literackiego zabiegu, powodowanego podobno słabą pamięcią do twarzy, nawet tych zmyślonych.

Inną kwestią są „mroczniejsze” elementy, głównie w opowiadaniach Północy. Kilka recenzji wcześniej zarzuciłem powieści Sebastiana Uznańskiego w kilku momentach zbytni naturalizm, który w jego prozie miał mieć element komiczny. W prozie Wegnera też występują elementy naturalistyczne, jak choćby w opowiadaniu „Honor Górala”. W tym tekście był taki oto motyw: Ludzie porwani przez ludożerców byli trzymani we własnych fekaliach – kobieta, która urodziła dziecko w gnoju i utopiła je w nim by nie zostało zjedzone. Tu mnie to nie raziło, wręcz przeciwnie, to było mocne i nie niesmaczne, tylko zwyczajnie straszne. Już wiem czym graczom zryję beret na najbliższej sesji. Inspirujące. Takich elementów nie było wiele ale były za to umiejętnie wkomponowane, co się chwali.

Podsumowując, większych wad nie stwierdzono, a jeżeli są, to widocznie nie warto o nich tu wspominać. No, może tylko przyczepię się do jednej korektorskiej wpadki ortograficznej, która niemal wypaliła mi moje filologiczne oko. Pocieszę korektora faktem, że zdarza się to nawet w czołowych polskich tygodnikach i to całkiem często. Pomijając taką bzdurę, „Opowieści…” są naprawdę wspaniałą lekturą. Nie przesadzę, jeżeli subiektywnie stwierdzę, że od czasów opowiadań Sapkowskiego nie bawiłem się tak dobrze. Jedno jest pewne, następny tom opowiadań kupię w ciemno i oczywiście niecierpliwie będę czekał na powieść. Warto sięgnąć po te opowiadania, gdyż w moim mniemaniu prawdą jest przypuszczenie, że twórczość Roberta M. Wegnera umieszcza go w czołówce polskich pisarzy fantasy. Na pewno będę śledził jego dalsze dokonania. Z czystym sercem polecam.

Autor: Paweł Świątek

Wydawnictwo: Powergraph
Data wydania: 17 czerwca 2009
ISBN: 978-83-61187-08-0
Oprawa: miękka
Format: 125 x 195
Liczba stron: 576
Seria: Fantastyka z plusem

This entry was posted on czwartek, Październik 22nd, 2009 and is filed under Recenzje. You can follow any responses to this entry through the RSS 2.0 feed. Both comments and pings are currently closed.

Comments are closed.