peanatema-small

Pisarz Neal Stephenson jest jak „kobieta pracująca” – żadnej konwencji się nie boi. Można go porównać przy tym do piłkarza, który wybiega na boisko i nie zmieniając w ogóle zasad gry, tak gra w piłkę nożną, że dotychczasowy sposób rozgrywki, do którego wszyscy są już przyzwyczajeni, traci po prostu sens. A potem idzie do domu, przebiera się i to samo robi z baseballem. I tak dalej – dopóki się nie znudzi. Tak odbieram jego pisarstwo i nie jestem chyba w tym wrażeniu osamotniony. Zastanawia mnie tylko, czy do tego „schematu” da się przypisać „Peanatemę”. Mimo upływu czasu od zakończenia lektury, to nadal dla mnie zagadka. Jednak nie spędza mi ona snu z powiek, bo to, że „Peanatema” to powieść doskonała, jest dla mnie oczywiste.

Nie ma potrzeby streszczać fabuły – to sobie przeczytacie w blurbach. Zresztą, streszczanie zepsułoby przyjemność obcowania z tą powieścią, szczególnie tym, którzy Stephensona spróbują po raz pierwszy. Istotny jest jednak fakt, że historia nie jest szczególnie skomplikowana. Gdyby wziąć podstawowy ciąg zdarzeń z utworu, byłoby to dosyć trywialne streszczenie jeszcze jednej fabuły wciąż o tym samym. Ale kiedy czyta się tą powieść, to wcale nie przeszkadza, a wręcz sprawia czystą przyjemność po początkowym przebiciu się do jej realiów. Bez wątpienia trudno oprzeć się atrakcyjności świata wykreowanego przez Stephensona, który mógłby być alternatywną wersją Ziemi i, w gruncie rzeczy, przecież jest. Po początkowym zdezorientowaniu terminologią zmuszającą do sięgania do „pomocnika”, czytelnik zaczyna rozsmakowywać się w poznawaniu matemów – stworzonych na podobieństwo średniowiecznych chrześcijańskich i buddyjskich klasztorów. Mieszkają w nich uczeni, odcięci od świata, zabezpieczeni przed wpływem na niego skomplikowanymi rytuałami i tradycją, które także wyznaczają ich rytm życia. Rządzi tam przede wszystkim nauka podporządkowana wyłącznie możliwościom rozumu, nieskażona używaniem zaawansowanej technologii. Wszyscy zamknięci w matemach, zarówno kobiety, jak i mężczyźni są zbyt inteligentni, aby przebywać w swobodny sposób w rzeczywistości za murami. Ta zaś jest chaotyczna, hałaśliwa, pozbawiona treści (pełna pyerdu) – wypisz, wymaluj nasza współczesność.

W opisach można przeczytać, że jest to powieść będąca pochwałą siły ludzkiego intelektu. Jednak zadać należy sobie pytanie, dlaczego świat za murami obawia się tego zamkniętego w matemach? Dlaczego tak bardzo izoluje się od niego, a nawet kontroluje (np. za pośrednictwem nie tylko zasad, ale i inkwizytorów)? Odpowiedź jest prosta: kiedyś Rozum nie był pod kontrolą, w niepohamowany sposób rozwijając się i sprzęgając z wyrafinowanymi technologiami doprowadził do Straszliwych Wypadków (enigmatycznie opisanych w „pomocniku”), które swymi skutkami wstrząsnęły posadami świata. To właśnie sprawiło, że naukowcy mogli rozwijać się tylko w zamkniętych, kontrolowanych społecznościach, pozbawieni dostępu do wysoko rozwiniętej technologii, a nawet od czasu do czasu poddawani Łupieżom. Rzeczywiście, zamknięcie nie stanowi dla nich aż tak istotnego problemu, czego dowodzi znakomicie i naprawdę porywająco Stephenson przez całą powieść, ale jest też warunkiem koniecznym do tego, aby nie doszło do powtórzenia Straszliwych Wypadków. Dlatego byłoby uproszczeniem poprzestanie tylko na stwierdzeniu o pochwale intelektu. Nie jest ona bezrefleksyjna. Rozum jest zdolny w swym rozwoju wzbić się, dosłownie i w przenośni, w niebiosa. Ale jest także w stanie zniszczyć świat i swego „nosiciela” – człowieka. Pozostaje zatem nie tylko jego najdoskonalszym „narzędziem”, ale i jego najgroźniejszą bronią, co nie powinno umykać uwadze. Nie tylko przez wzgląd na starożytne Straszliwe Wypadki, ale i przez wzgląd na niektóre wydarzenia opisywane, kiedy bohaterowie wzbijają się w przestworza.

Dla czytelnika, który już dysponuje pewną wiedzą z zakresu filozofii dużą przyjemność sprawiać będzie czytanie tej powieści i wyłapywanie znaczeń oraz analogii. Jednak to nie jest powieść hermetyczna. Nie będąc przesadnie wyedukowanym filozoficznie nie miałem problemu z identyfikacją odniesień do wielkich myślicieli i, mogę się założyć, dla wielu będą czytelne odwołania choćby do Platona. Ale nawet nie mając filozoficznej „podbudowy”, nie ma powodów do obaw. Neal Stephenson w każdej ze swoich powieści jest ogromnie otwarty i stara się skomplikowane twierdzenia sprowadzić do prostych kategorii, porównań, analogii. Myślę, że wręcz przyświecał mu taki cel, kiedy pisał „Peanatemę”, choć trudność w tym przypadku polegała na tym, że akcja dzieje się na innej planecie, w innej cywilizacji. Stąd i dla zrozumienia idei Hyalejskiego Świata Teoretycznego potrzeba trochę czasu i cierpliwości, ale zostanie to sowicie wynagrodzone. Przy tym, mam wrażenie, że wszystkie te teorie są ze sobą solidnie wymieszane i nie sposób jednoznacznie przypisać którąś z postaw do odpowiadającej jej filozofii „u nas”. Przez cały czas lektury największą przyjemność sprawiały mi zresztą dysputy, jakie toczyli ze sobą bohaterowie. Stanowią one najjaśniejszy punkt narracji, są bez wątpienia lepsze i ciekawsze niż scenografia, czy opisy podróży lub sama „żywa” akcja. To w tych dialogach a nie w zdarzeniach czytelnik odnajdzie wysoką jakość tej powieści i, wspomnianą wcześniej, pochwałę intelektu.

Jak pisałem we wstępie, każda powieść Stephensona jest inna, lecz do tej pory łączył je ze sobą nieodmiennie humor, który za każdym razem zwalał mnie z nóg i doprowadzał do paroksyzmów śmiechu, także swoją celnością. W „Peanatemie” jest go niewiele i jest on bardziej subtelny i wyrafinowany, dostosowany do poziomu inteligencji bohaterów. Choć w fabule dzieje się sporo, to autor poświęcił także odpowiednią ilość miejsca na dobrą charakterystykę postaci. I, tym razem, nie potraktował ich w finale po macoszemu. Wciąż mnie „prześladuje” zakończenie znakomitego „Cryptonomiconu”, gdzie bohaterowie zostali porzuceni nagle, bez wyraźnego domknięcia wszystkich wątków. Tym razem fabuła prezentuje to, co lubię najbardziej (choć nie są to zbyt wygórowane oczekiwania): ma początek, rozwinięcie i koniec. Wszystko co mieści się w tych ramach jest doskonałą przygodą, także intelektualną, esencją fantastyki (czy ściślej: science fiction „przyjaznej” dla czytelnika, ale przecież nie spłyconej). Wydaje mi się ona murowanym faworytem w przeróżnych plebiscytach będących podsumowaniem roku. Co więcej, przyjmuję, że zakłady o to, że będzie ona książką roku na naszym fantastycznym rynku, będą bardzo niskie.

Słowo uznania należy się tłumaczowi, który wykonał wyśmienitą robotę, przekładając tą powieść na język polski w sposób znakomity. Wprawdzie, oryginalnego, amerykańskiego wydania w rękach nie trzymałem, ale obcowanie z przekładem było doskonałą lekturą. O tym szerzej napisze pewnie jeszcze któryś z moich kolegów recenzentów. Ja skupię się tylko na prostym zabiegu translatorskim. Przykładem tej dobrze wykonanej pracy jest użycie przez tłumacza polskiego neologizmu „pyerd”, jako tłumaczenia dla słowa, które Neal Stephenson w słowniczku zdefiniował jako „Przemówienie (najczęściej, choć nie zawsze, o charakterze handlowym lub politycznym) obfitujące w eufemizmy, wygodne niedopowiedzenia, otępiające powtórzenia i inne fortele retoryczne mające na celu wytworzenie wrażenia, że coś naprawdę zostało powiedziane”. Ociera się to o geniusz w swej prostocie, celności i humorze. Słówko także o samym polskim wydaniu: MAG wydał tą powieść w taki sposób, że nie żal wydawać na nią ceny wybitej na okładce. Jakość wydania idzie w parze z zawartością i tłumaczeniem. Pozostaje tylko cieszyć się intelektualną rozrywką, której piękna i złożoności nie odda ten, ułomny w swej treści, głos skromnego recenzenta.

Autor: Roman Ochocki

Wydawnictwo: Mag
Tytuł oryginału: Anathem
Tłumaczenie: Wojciech Szypuła
Data wydania: 21 października 2009
ISBN: 978-83-7480-126-3
Oprawa: twarda
Format: 150 x 255
Rok wydania oryginału: 2008
Liczba stron: 960

This entry was posted on wtorek, Grudzień 1st, 2009 and is filed under Recenzje. You can follow any responses to this entry through the RSS 2.0 feed. Both comments and pings are currently closed.

Comments are closed.