TB art

O powieści Charlaine Harris „Martwy aż do zmroku” napisałem, że jest jak danie fast food – przeznaczona głównie dla miłośników takich potraw. To samo można powiedzieć o  „U martwych w Dallas”, kontynuacji przygód kelnereczki Sookie Stackhouse, która w dalszym ciągu jest powieścią lekką, łatwą i przyjemną – jeśli ktoś lubi takie opowiastki, które wymagają tylko chwili wolnego czasu. Ale, w swej skromności, nawet czasu nie zabierają zbyt wiele.

Jak należało się spodziewać, Charlaine Harris ani na jotę nie zmieniła stylu swojej opowieści, której centralną postacią pozostaje rezolutna, ale niezbyt skomplikowana kelnerka, która słyszy myśli i ugania się ze swoim wampirem Billem i jego wampirzą kompanią. Tym razem musi udać się do Dallas, aby przeprowadzić coś w rodzaju śledztwa w sprawie związanej z wampirami i chrześcijańską organizacją je zwalczającą. Fabuła jest przewidywalna i trudno nawet ją streścić w sposób, który mógłby zaintrygować. I, nadal, nie wytrzymuje porównania z serialem HBO. Wprawdzie drugi sezon dopiero przede mną, bo startuje w Polsce z końcem listopada, ale poświęciłem się i przeczytałem streszczenia kolejnych odcinków. Szkielet fabularny jest wzięty z powieści – tu nie zmieniło się za wiele. Istotne jest jednak to, że twórcy serialu są zdolniejsi i odważniejsi niż Charlaine Harris, ponieważ w powierzchowną fabułę tchnęli więcej życia i klimatu. Sądząc po trailerach i zapowiedziach, drugi sezon nie obniża poziomu, wręcz przeciwnie, zdaniem fanów jest nawet lepszy od pierwszego: pełen seksu, dusznej atmosfery wilgotnej Luizjany, ciekawych i rozbudowanych postaci oraz wątków. Wszystko zaś ukazane bez żadnej poetyki, bez głębszego „ochania” i „achania” i ckliwego, acz odpychająco banalnego, sentymentalizmu. I, przede wszystkim, sporo jest w serialu naturalizmu. Wampiry nie są piękne, ich oddechy nie są pachnące, a okazywanie sobie uczuć (nazwane miłością) jest gwałtowne i niszczące a nie egzaltowane i czyste, sterylne jak sala operacyjna przez zabiegiem wycinania mózgu z niczego nieświadomego pacjenta – czytelnika.

Szkoda, że Charlaine Harris zatrzymała się w takim ubogim przedsionku. Serialowa ekranizacja jej cyklu wydatnie ukazuje wszystkie wady powieściowego pierwowzoru i potencjał, który krył się w takim a nie innym kształcie fabuły. Myślę jednak, że był to zabieg celowy ze strony autorki. Nie chciała ona tworzyć kolejnego wampirzego cyklu z operowym rozbuchaniem właściwym powieściom Anne Rice, która stworzyła mitologię wampirów sięgającą swymi korzeniami tysięcy lat wstecz i – finalnie – rozgrywającą się także w szeroko rozumianych zaświatach. Charlaine Harris twardo stoi na ziemi ze swoją historią i nie tworzy żadnego głębszego tła egzystencji krwiopijców, sprowadzając ją do romansu wampira i apetycznej kelnerki, okraszonego lekkimi, sensacyjnymi przygodami. Czasami mruga lekko do czytelnika, a to wspominając rzeczoną Anne Rice, a to wrzucając od niechcenia do fabuły różnego rodzaju nadnaturalne istoty (jak menada), co świadczy o tym, że gdyby autorka chciała, to bez wątpienia mogłaby podążyć tropem Kronik Wampirów. Ale Charlaine Harris wystarczy jej wampirzy harlequin, dla niewymagających czytelników. Wyobrażam sobie taki egzemplarz tej powieści w amerykańskim wydaniu, który leży gdzieś na parapecie, z wymiętoszonymi okładkami i kartkami poplamionymi tłuszczem przez współczesną, realną Sookie Stackhouse, która nie jest piękna i może jest bardziej zwyczajna, niż bohaterka tych powieści. Ale nie jest także odrealnioną postacią z książek S. Meyer, której perypetie muszą śmieszyć, albo inaczej: mnie śmieszą. Kilka moich koleżanek, wydawałoby się dorosłych, racjonalnych i dojrzałych kobiet, za książkami o miłości nastolatki i wampira w wydaniu S. Meyer, przepada. Ciekawym okrutnie, czy tak samo emocjonowałyby się przygodami kelnerki z podrzędnego baru gdzieś w Luizjanie i jej wampira?

Bo, być może, jest także w powieściach Charlaine Harris coś, czego nie dostrzega gruboskórny recenzent – mężczyzna (którego wzruszają jednak takie romanse, jak „Wichrowe Wzgórza”, czy „Duma i uprzedzenie”). Nie jestem jednak w stanie dostrzec: cóż to takiego? Czy może z takimi wampirzymi harlequinami jest w przypadku kobiet tak, jak w przypadku mężczyzn z filmami sensacyjnymi, czy wypełnionymi batalistyką? Czy to tylko seksistowskie uogólnienie?

Autor: Roman Ochocki

Wydawnictwo: Mag
Tytuł oryginału: Living Dead in Dallas
Tłumaczenie: Ewa Wojtczak
Data wydania: 12 listopada 2009
ISBN: 978-83-7480-151-5
Oprawa: miękka
Format: 125 x 195
Rok wydania oryginału: 2002
Liczba stron: 400
Tom cyklu: 2

This entry was posted on poniedziałek, Grudzień 7th, 2009 and is filed under Recenzje. You can follow any responses to this entry through the RSS 2.0 feed. Both comments and pings are currently closed.

Comments are closed.