Matuszek1Pewien typ informacji zyskuje na znaczeniu, gdy publikuje się go w konkretnym czasie i sprzyjających ku temu okolicznościach. Tak też jest z pierwszą częścią wywiadu z Pawłem Matuszkiem, byłym już redaktorem naczelnym Nowej Fantastyki. Postanowiliśmy przyśpieszyć publikację, dzieląc wywiad na dwie części. W pierwszej Paweł Matuszek odpowiada o swoim odejściu z NFu czy zdradza kilka informacji o nowym projekcie. Teraz też dopiero zdążyliśmy zacząć rozmowę o literaturze, do której wrócimy w dalszej części wywiadu.

Zaginiona Biblioteka: Ponad trzy lata temu zostałeś redaktorem naczelnym Nowej Fantastyki, zapewne miałeś wtedy plan rozwoju pisma. Czy po tym okresie czasu możesz powiedzieć, że udało się go zrealizować? A jeśli tak, to jakie elementy tego planu sprawiły Ci największe problemy?

Paweł Matuszek: Tak, aż trudno uwierzyć. Nie wiem kiedy to minęło… Kiedy zaczynałem pracę w „NF” chciałem przerzucić pomost między starym pismem, tym z czasów Maćka i reszty klasycznej ekipy, a nowym, pod moimi rządami. Chciałem podnieść poziom publicystyki, urozmaicić dział prozy, rozbudować i pogłębić dział recenzji oraz ściągnąć do pisma jak najwięcej starych współpracowników, którzy zostali odsunięci przez mojego poprzednika, lub sami odeszli. Przy okazji warto tu wspomnieć, że proces podnoszenia poziomu pisma zaczął się tuż przed moim przyjściem i rozpoczął go Błażej Dzikowski.

Sporo rzeczy się udało. Wydaje mi się, że w kwestii doboru opowiadań udaje nam się zachować zasadę tzw. „złotego środka”, czyli jest trochę rzeczy ambitnych, trochę rozrywkowych czytadeł, trochę dziwnych wynalazków. Dlatego każdy numer pisma jest trochę inny i pieści kubki smakowe ludzi o różnych gustach. Oczywiście można to robić jeszcze lepiej i cały czas nad tym pracujemy. Jestem zadowolony z tego, że udaje nam się utrzymać w miarę równy i myślę, że dość wysoki poziom publicystyki, i z tego, że wokół redakcji zebrała się fajna grupa zdolnych ludzi, którzy mają coś ciekawego do powiedzenia i regularnie u nas publikują. Jestem również zadowolony z całkiem przyzwoitego poziomu naszych recenzji, choć zawsze można się domagać, żeby były jeszcze głębsze, obszerniejsze, bardziej wnikliwe i napisane z większym biglem. Cóż, dlatego też ostatnio staramy się go trochę urozmaicić…

Nie udało mi się ściągnąć do pisma Marka Oramusa (mojego literackiego idola z młodości), ale nie z mojej winy. Nie udało mi się też zachęcić do stałej współpracy Jacka Dukaja, ale może w końcu mi się uda… Trzymajcie kciuki! Swoją drogą, jeśli wszystko dobrze pójdzie, to lada moment do „NF” powróci na stałe jeden z jej dawnych współpracowników, świetny pisarz i publicysta. Nic więcej nie powiem.

Ogólnie jestem raczej zadowolony z tego, co udało mi się tu osiągnąć, chociaż widzę, że sporo rzeczy można jeszcze poprawić. Taka praca nigdy się nie kończy.

ZB: Przez te trzy lata na łamach Nowej Fantastyki pojawiło się wielu nowych autorów. Czy któreś z opowiadań, że tak się wyrażę – wbiło Cię w fotel? Czy trafiły się takie teksty, które spowodowały, że pojawiła się iskierka nadziei, że o to mamy kogoś, kto może „namieszać” w polskiej fantastyce?

PM: To prawda, że za mojej kadencji na łamach „NF” pojawiło się trochę nowych polskich autorów fantastyki, ale prawdę powiedziawszy, żaden z nich nie wbił mnie w fotel. Jeśli ktoś śledzi moje recenzje to mniej więcej wie jaki mam gust. Lubię rzeczy pomysłowe, oryginalne, odważne, ciekawie napisane. A tymczasem w polskiej fantastyce dominują rzeczy absolutnie przeciętne, często sprawne rzemieślniczo, ale nic ponadto. Mało tu osobowości twórczych i artystów, a sporo profesjonalnych rzemieślników – taki jest widać główny etos polskiej fantastyki. Nic do nich nie mam. Jest spora grupa czytelników, którzy chętnie sięgną po każdą ich książkę. Ale ja do niech nie należę. Nikt z debiutantów mnie nie zachwycił, lecz wciąż podobają mi się m.in. opowiadania Szostaka, Nowaka, Guzka, Soboty, czy smakowite zabawy literackie Haki (właśnie zdałem sobie sprawę, że Haka jest chyba jedynym pisarzem jaki zadebiutował w „NF” za mojej kadencji i jednocześnie zrobił na mnie duże wrażenie) – oni są jacyś, uciekają od sztampy, podążają własną drogą. Ich artystyczny potencjał jest tak duży, że w każdej chwili mogą wystrzelić z czymś niesamowitym. Obiecująca jest również twórczość Anny Kańtoch. „Przedksiężycowi” pokazują, że ta dziewczyna może jeszcze zaskoczyć. Szkoda, że nie pisze opowiadań do „NF”.

ZB: Nie ukrywasz swojej opinii o stanie naszej, krajowej literatury fantastycznej, w sierpniowym numerze NF napisałeś, że „zdecydowana większość polskiej fantastyki to wtórna, banalna i schematyczna rozrywka – prawdziwie jarmarczna tandeta”. Nie jest moim celem polemizowanie z tą opinią, zastanawia mnie tylko czy według Ciebie możemy coś zrobić by za kilka lat sytuacja się zmieniła. Amerykanie prowadzą warsztaty dla pisarzy, dzięki tym warsztatom pojawili się tacy autorzy jak Kelly Link czy Ted Chiang. Nie nauczą one kreatywności, ale pozwolą na zdobycie umiejętności pisania, a w grupie dobrych rzemieślników, znajdą się zapewne i osoby z talentem. Czy taki system miałby szanse powodzenia u nas? Czy też niewiele by zmienił i rozwiązania należy szukać gdzie indziej?

PM: Myślę, że za bardzo demonizujesz moją wypowiedź. Może wynika to z tego, że nie wypowiedziałem się szerzej o polskiej literaturze. Bo problem dotyczy nie tylko naszej fantastyki, ale również tzw. literatury głównego nurtu. Tylko ma nieco inną naturę.

Rodzima fantastyka cierpi na syndrom solidnego rzemiosła, czyli większość twórców uważa, że przede wszystkim powinni byś rzemieślnikami pióra, którzy dostarczają odbiorcom rozrywki. Wielu czytelnikom bardzo to odpowiada, ale z tego powodu dominują na rynku rzeczy wtórne, rygorystyczne gatunkowo, schematyczne, w kółko powtarzające i przerabiające te same wątki. Pisarzy, którzy szukają własnych form wypowiedzi, wyłamujących się z najpopularniejszego modelu prozy fantastycznej jest niewielu i ich utwory padają na niepodatny grunt, bo przecież czytelnicy głownie czytają tą rozrywkową odmianę fantastyki i nie są przygotowani na odbiór czegoś ambitniejszego, wymagającego wgryzienia się w tekst (pokutuje tu również główny problem fanów, czyli to, że poza fantastyką nie czytaj nic innego). Sytuacja w głównym nurcie wygląda bardzo podobnie tylko proporcje są odwrócone. Chodzi o to, że tam pokutuje kompleks artysty. Każdy utwór musi niesłychanie ambitny, trudny w odbiorze, pełen odwołań, zabaw formalnych, itd. Tylko że gdzieś po drodze zgubiono sens pisania prozy, który zasadza się przecież na opowiadaniu różnych historii. A właśnie tego we współczesnej prozie polskich twórców jest najmniej. Jak widać w obu przypadkach mamy do czynienia z impasem, który z mniejszym lub większym powodzeniem próbują przełamać pojedynczy pisarze.

Nie wiem, co mogłoby radykalnie odmienić tę sytuację, bo pod wieloma względami jest ona korzystna dla wydawców, więc każde rozwiązanie jawi się jako utopijne. Koniec końców chodzi o to, żeby czytelnicy zainteresowali się ambitniejszą prozą. Czytaj – zaczęli ją kupować. W przeciwnym wypadku nikt nie będzie chciał jej wydawać. Zawsze znajdą się wariaci, którzy będą pisać oryginalne utwory do szuflady, ale przecież nie o to chodzi, prawda? Chodzi bardziej o to, żeby na rynku książki znalazło się również miejsce dla nich. Może to tylko kwestia jego wyrobienia. Może zwyczajnie jesteśmy za młodym rynkiem, bo Anglosasi nie mają tego problemu. Tam zainteresowanie czytelników jest na tyle szerokie, że jest miejsce i dla rzeczy skrajnie rozrywkowych i dla wyjątkowo ambitnych.

Niestety nie znam lekarstwa. Nie wierzę, że szkoły pisania mogą coś zmienić. Ale mam nadzieję, że zachęcanie wszystkich miłośników fantastyki do jak najszerszego czytania książek (bez żadnych ograniczeń gatunkowych), nie odrzucania rzeczy trudniejszych i dyskutowania o nich oraz zachęcanie pisarzy do przełamywania sztywnych nawyków pisarskich to wysiłek, który kiedyś może zaowocować. Choć nie musi.

ZB: Pewnie wiele więcej, niż napisałeś w liście pożegnalnym o swoim odejściu nie będziesz chciał powiedzieć, za to może zdradzisz więcej szczegółów o zapowiedzianym projekcie we współpracy z Konradem Walewskim? Jak to ma wyglądać w praktyce? Będziecie publikować utwory zagranicznych autorów i komentować je? Czy może inaczej będzie to wyglądać?

PM: Moje odejście było nieuniknione. Prezes wydawnictwa coraz częściej dawał mi do zrozumienia, że nie rozumie pisma, które robię i nie podoba mu się obrany przez redakcję kierunek na magazyn literacko-kulturoznawczy skupiony na fantastyce i jej obrzeżach. W związku z tym kilka tygodniu temu posadził mi w redakcji nowego człowieka, niejakiego Adriana Markowskiego – dziennikarza, który kiedyś pracował w branży IT, ale na kulturze i fantastyce nie zna się wcale. Dostał on funkcję nowego wydawcy pisma, czyli w praktyce momentalnie straciłem władzę. Miał on pomóc nam odświeżyć formułę „NF”, zainspirować zmiany, które mają doprowadzić do poprawy sprzedaży. W praktyce jednak jego pomysły sprowadzają się do powiększenia czcionki, dodania więcej zdjęć, obrazków i kolorów, zwiększenia ilości recenzji, ale kosztem ich objętości. Moim zdaniem wszystko to prowadzi do stworzenia pisma literackiego dla tych, którzy nie przepadają za czytaniem. Wiedziałem, że ja tego swoim nazwiskiem nie podpiszę i za niedługo będziemy się musieli rozstać. Powoli szykowałem się do ewakuacji.

W tym samym czasie porozmawiałem z Konradem Walewskim i informacja o moim rychłym odejściu z „NF” podziała jak katalizator, który uruchomił projekt, z którym Konrad nosił się od dawna. Od słowa do słowa zdecydowaliśmy się połączyć siły. Wspólnie robimy polską edycję „F&SF”. Strona pisma rusza w połowie grudnia. Będzie to kwartalnik i pierwszy numer powinien się znaleźć w sprzedaży w pod koniec stycznia, albo na początku lutego 2010 roku. Spodziewajcie się świetnych opowiadań i noweli oraz długich recenzji i soczystych felietonów. Spodziewajcie się również, że nie będzie żadnych zdjęć i prawie żadnych obrazków. Wierzymy, że znajdziemy w tym kraju kilka tysięcy czytelników zainteresowanych pismem literackim poświęconym fantastyce. Czytelników głodnych dobrej prozy fantastycznej i tej z pogranicza gatunków. Nie jesteśmy sami. Członkiem redakcji został również Michał Cetnarowski, którego wiedzę bardzo cenię, a wydawniczo najprawdopodobniej będą nas wspierać Kasia i Rafał Kosik. Jestem bardzo podekscytowany tym projektem, bo jest szansa zrobić coś satysfakcjonującego, niezwykłego i na bardzo wysokim poziomie. W końcu stoi za nami sześćdziesiąt lat tradycji F&SF. Jest na co czekać. Każdy numer powinien być wydarzeniem.

A kiedy wiele rzeczy w F&SF było już dopiętych prezes Prószyńskiego wezwał mnie na rozmowę i jakież było jego zdziwienie, kiedy przyznałem mu rację i powiedziałem: „Też uważam, że powinniśmy się rozstać, bo po pierwsze pisma zmienionego pod dyktando Adriana nie podpiszę swoim nazwiskiem, a po drugie wkrótce ruszam z innym, konkurencyjnym projektem… Cóż, trzeba wiedzieć, kiedy i jak odejść.

Ale coś się kończy, coś się zaczyna.

Koniec części pierwszej…

Wywiad przeprowadził: Łukasz „Maeg” Najda

This entry was posted on piątek, Grudzień 11th, 2009 and is filed under Wywiady. You can follow any responses to this entry through the RSS 2.0 feed. Both comments and pings are currently closed.

3 komentarze to “Paweł Matuszek – wywiad cz. 1”

  1. Wyłapałem literówkę w nazwisku Teda Chianga. Chochlik poprzestawiał literki i wyszło „Chaing”.

    Wypada poczekać i popatrzeć czy projekt wypali i jak będą wyglądać nowe numery Fantastyki.

  2. A co ma do tego nowy numer NF ? Czy te pisma mają być już teraz stawiani jak zaciekli wrogowie ? Przecież każdy może czytać i NF i F & SF

  3. @ „Spodziewajcie się również, że nie będzie żadnych zdjęć i prawie żadnych obrazków”

    Nie za ostro? Rozumiem, że chcą stać w kontraście do NF, ale bez przesady – jeśli na przykład czytam wywiad z jakimś pisarzem, to wolałbym, żeby był on okraszony jego zdjęciem (nie musi być duże, ale jakieś moim zdaniem być powinno).