peanatema-smallNapisanie recenzji książki, która momentami przerasta nas intelektualnie to mordęga. Autor stąpa delikatnie palcami po klawiaturze niczym po zdradzieckim polu minowym by przypadkiem nie palnąć jakiegoś głupstwa. Napisanie recenzji najnowszej książki Neala Stephensona to właśnie taki spacerek po wspomnianym polu minowym, ale nie powiem, lektura warta jest tej wycieczki. Nie będę się rozwodził nad dotychczasowymi dokonaniami pisarza bo zwyczajnie ich nie znam, aczkolwiek nie, teraz skłamałem, ponieważ czytałem rewelacyjną, cyberpunkową „Zamieć” tegoż autora. Jednak gdy mi uświadomiono ogrom moich czytelniczych zaległości, to się tak odrobinę zawstydziłem, niczym konkurent Turbodymomana z reklamy pewnej sieci telefonii komórkowej. Moim noworocznym postanowieniem będzie obowiązkowe nadrobienie wspomnianych zaległości, jak tylko czas i fundusze zezwolą. Wracając jednak do tematu, czyli recenzowanej książki, to nie skłamię, jeżeli napiszę, że to była jedna z ciekawszych powieści, jaką przeczytałem w mijającym roku. A było ich kilka.

W trakcie wgryzania się w lekturę, początkowo rozbiłem się o terminologię i metajęzyk powieści, który, przy pomocy dołączonego słownika, szybko przyswoiłem. I w trakcie lektury cały czas byłem pod wrażeniem zastosowanego zabiegu, czyli wykreowania oddzielnej rzeczywistości językowej dla stworzonego świata przedstawionego. Akcja powieści dzieje się bowiem na planecie Arbre, która w pewnym sensie jest światem paralelnym do świata naszej, ziemskiej rzeczywistości. W trakcie znakomitych dyskusji między postaciami powieści, dyskusji pełnych ironii i świetnego humoru, dyskusji, które często przybierają formę długich, sokratejskich dialogów – zaczynamy postrzegać analogie do ideologii, filozofii oraz nauk znanych nam z naszego globu. Przykładem niech będzie Hylaejski Świat Teoryczny, którego idea opisana na kartach powieści jest paralelną wykładnią idealizmu platońskiego. Dlatego też spór edharczyków z proceńczykami przypomina spór platończyków z sofistami, semantyków z nominalistami. Innym przykładem niech będą odniesienia do fenomenologii Husserla. Takich odniesień jest całkiem sporo i zdaję sobie sprawę z faktu, że wielu z nich nie wyłapałem. Taka „metauniwersalna” intertekstualność, czyli coś co lubię. Pełno tu też fizyki kwantowej, matematyki, czyli dziedzin, których ni w ząb nie rozumiem, ale autor podaje je w sposób niczym wytrawny pedagog potrafiący przekazać każdą wiedzę w sposób prosty i zrozumiały dla każdego. Nie chcę też spoilerować, ale te wcześniejsze odniesienia „meta-universo-intertekstualne” mają swoje fabularne wytłumaczenie. Bardzo ciekawe zresztą. Wracając jednak do lingwistycznej warstwy tekstu, mamy tu do czynienia z całkowitym nadaniem nowych nazw dobrze znanym nam zjawiskom, czy też nawet przedmiotom codziennego użytku, wraz z trzymaniem się konotacji w granicach świata powieści. Wyobrażam sobie wysiłek tłumacza, który nota bene, musiał odwalić kawał dobrej roboty.

Co do samej fabuły, to nie jest ona specjalnie skomplikowana, ma bardzo prostą konstrukcję. Bohater, młody fraa Erasmas jest trochę zbudowany na kanwie schematu Bildungsroman, czyli powieści rozwojowej. Oczywiście nie od zera do bohatera, jak gdzieniegdzie i niesłusznie przyjęło się odczytywać ten termin – tylko od tego, który nie rozumie, do tego, który w końcu zrozumiał. Bohater dojrzewa od strony psychologicznej (podejmowanie trudnych decyzji), moralnej (kształtowanie poczucia dobra i zła, sprawiedliwości), społecznej (stosunek do extramuros, czy też itów). Schematy fabularne prezentowane w książce są nam znane, jednak poddane bardzo subtelnej obróbce. Chociażby wątek miłosny i wymienione możliwe rodzaje jego legalnego zaangażowania. Stephenson w ten sposób bawi się z czytelnikiem, umiejętnie żonglując formą, ale treść, fabuła poza dialogami, to tylko ciekawy naddatek właściwej powieści. Wspomniane dialogi to właściwy i twardy trzon tej książki. To z nich tak dowiadujemy się o świecie Arbre podzielonym na intramuros i extramuros, o matemach przypominających średniowieczne klasztory, zamkniętych w nich teoryków, czyli tak naprawdę badaczy, naukowców i filozofów pozbawionych laboratoryjnej aparatury, prócz tej najpotężniejszej, czyli swoich umysłów. Bo w zasadzie o tym jest ta książka. O potędze ludzkiego umysłu. Cały ten laboratoryjny szmelc jest całkowicie zbędny, a jedyną technologią w którą naprawdę warto inwestować – to ta rozwijające możliwości naszego umysłu. Gdyż siłą naszego gatunku jest intelekt. Jedną z interpretacji jest też strach przed możliwościami naszego intelektu, który inwestuje w samą technologię, czego konsekwencją owego strachu (wszakże nie bezpodstawną) było stworzenie świata matemowego. Gdybym miał porównać „Peanatemę” do jakiejś innej powieści, to zdecydowanie wybrałbym „Imię róży” Umberto Eco i to nie tylko ze względu na klasztorną otoczkę i relacji głównych bohaterów na zasadzie uczeń – mistrz. No i także nie zasugerowałem się blurbem. Zwyczajnie w obu przypadkach mamy do czynienia z świetną powieścią pełną intelektualnych smaczków i dygresji, która wydaje się przyciężka, ale głównie dla miłośników soczystej prozy, gdzie zawsze coś się dzieje. Nie ubliżając niczyim gustom, w tym także moim, bo bardzo lubię soczystą prozę, gdzie coś się dzieje – ale nie sama akcją człowiek żyje. Cóż, to nie jest książka na kilka wieczorów. Czyta się ją powoli, wraca do niektórych jej fragmentów, przy innych się przystaje – by przetrawić, pomyśleć, posmakować. Na pewno wrócę, ale gdy będę starszy i mądrzejszy. Tak jak do „Ulissesa” Joyce’a, aczkolwiek tam rozbiłem się nie tyle o formę, co o nikłą znajomość przywoływanych intertekstów.

Tym oto akcentem kończę niedoskonałą recenzję doskonałej książki, którą polecam. Stephenson wpuścił trochę świeżego powietrza do powieści SF, odkurzył dla nas klasykę i zaprezentował w nowej formie. Blurb w zasadzie nie kłamał. „Peanatema” to takie połączenie „Imienia róży” Eco z „Diuną” Herberta. Z przewagą tego pierwszego.

Autor: Paweł Świątek

Wydawnictwo: Mag
Tytuł oryginału: Anathem
Tłumaczenie: Wojciech Szypuła
Data wydania: 21 października 2009
ISBN: 978-83-7480-126-3
Oprawa: twarda
Format: 150 x 255
Rok wydania oryginału: 2008
Liczba stron: 960

This entry was posted on poniedziałek, Grudzień 28th, 2009 and is filed under Recenzje. You can follow any responses to this entry through the RSS 2.0 feed. Both comments and pings are currently closed.

Comments are closed.