dziki_mesjaszSą tacy pisarze, którzy sami sobie problemy potrafią stwarzać. Nie dla nich życie twórcy ustatkowanego, dającego raz za razem czytelnikom sprawdzone już wcześniej standardy. To byłoby za proste. Na początku roku dostaliśmy zbiór opowiadań „Głową w mur”, który został okrzyknięty błyskotliwym debiutem w światku polskiej fantastyki. Po koniec roku zaserwowano nam „Dzikiego Mesjasza” i nim Rafał W. Orkan po raz kolejny napytał sobie biedy. Potwierdził swoje umiejętności pisarskie i zaprezentował nam garść niezwykle ciekawych rozwiązań oraz zaskoczeń, czym podniósł sobie po raz kolejny poprzeczkę.

Wracając do pierwszej części „Paramythia Vakkerby”, możemy narzekać na konstrukcję książki. W sumie mamy tam do czynienia z opowiadaniami, jednym świetnym („Miód z moich żył”) i innymi o różnym poziomie. Z perspektywy czasu wygląda na to, że autor miał gotowe 2-3 opowiadania, które stanowiły szkielet książki i aby powiązać ich historię w jedno, połatał je innymi utworami. Nie znaczy to oczywiście, że wyszło źle, ale widać takie jakby szpachlowanie czy łatanie. Zaletą był też dobry warsztat autora i jego przygotowanie, dopracowanie owych tekstów. Większość rzeczy zagrała i w rezultacie czego otrzymaliśmy intrygujący debiut książkowy. Wiele osób oczekiwało, że w zapowiadanej kontynuacji otrzymamy coś jeszcze lepszego. Ci czytelnicy nie powinni czuć się zawiedzeni ani odrobinę.

„Dziki Mesjasz” scala wątki opowiadań z pierwszej części. Otrzymujemy od autora powieść rozwijającą wcześniej zarysowaną fabułę, spotykamy tych samych bohaterów, którzy grali główne role w „Głową w Mur”. Przodownikiem zostaje tutaj Byhtra, to przy dawnym uciszycielu rozgrywa się większa część fabuły i on wraz z Gebnehem zostaje wciągnięty w największy wir przygody. Reszta postaci jest raczej epizodyczna co nie oznacza, że w ostatecznej rozgrywce nie spełnią żadnej roli. Autor panuje nad powieścią, a nie ona nad nim. Wie o czym chce napisać, a nawet najmniej istotne, jak mogłoby się wydawać, wydarzenie w finale okaże się sensowne i ważne dla losów bohaterów. Przypuszczam, że całą powieść Orkan miał dawno rozpisaną i zaplanowaną w szczegółach, brak tutaj zbędnych opisów zapełniających jedynie karty powieści, aby powiększyć jej objętość. Wątki się przeplatają aż w końcu scalają w jedną nić. Pisarz zaskakuje nas także w rozwiązaniu tajemnic związanych z Vakkerby, ale pozostawia otwarte zakończenie, które wielu uzna za przedsmak ostatniej książki z serii, a wielu innych bardzo to zirytuje, że pozostaną z takim niedosytem aż do jej premiery.

Można chwalić autora za umiejętne posługiwanie się językiem w swoich utworach i nie będzie w tym przesady, ponieważ jest to jedna z dużych zalet jego pisarstwa. Stosując słowotwórstwo czy stylizując język w zależności od dzielnicy miasta, sprawia, że wczytywanie się w powieść jest niezwykle przyjemne, a od lektury ciężko się oderwać. Także nawiązywanie do kultury masowej, literatury, religii daje powieści dodatkowe smaczki, a czytelnikowi dużo frajdy w ich odnajdywaniu.

„Dziki Mesjasz” spełnia oczekiwania, jakie były po „Głową w mur”. Idąc dalej, kolejna odsłona „Paramythia Vakkerby” jest lepsza, co świadczy o rozwoju autora oraz drzemiącym w nim potencjale. Z niecierpliwością będę czekał na „Oblężone miasto”, aby przekonać się, jaki los Orkan przygotował dla swoich bohaterów, bo w to, że otrzymam dobrze napisaną powieść, już nie wątpię. Sadzę jednak, że najlepsze, co nam może ten pisarz zaprezentować, przyjdzie po zakończeniu tego cyklu.

Autor: Piotr Młynek

Wydawnictwo: Fabryka Słów
Data wydania: 27 listopada 2009
ISBN: 978-83-7574-134-6
Oprawa: miękka
Format: 125 x 195
Liczba stron: 256
Cykl: Paramythia Vakkerby
Tom: 2

This entry was posted on niedziela, Styczeń 3rd, 2010 and is filed under Recenzje. You can follow any responses to this entry through the RSS 2.0 feed. Both comments and pings are currently closed.

5 komentarzy to “„Dziki Mesjasz” – Rafał W. Orkan”

  1. Mad staraj się zastępować czymś czasownik „być” bo nadużywasz go z swoich tekstach, i całość sprawia wrażenie nieco dziecinnego stylu pisania – np. *„Dziki Mesjasz” spełnia oczekiwania, jakie były po „Głową w mur”. *

  2. 3 razy użyte w tekście w różnych kombinacjach. Jak coś było to było. Czy ja wiem czy to świadczy o tym, że styl jest dziecinny? Może ja jestem taki? 😉

  3. Teraz wywrócę Twój świat do góry nogami – słówko „jest” którego samego użyłeś co najmniej 4 razy, to również odmiana czasownika „być”. 😉 Szczególnie w dwóch ostatnich akapitach naciukałeś tym „to be”. I tak, nadużywanie czasownika być/mieć w tekstach pisanych jest charakterystyczne dla dzieci.

    Jak coś było to równie dobrze można napisać że zaistniało, pojawiło się (to już właściwie ma węższe znaczenie ale do przykładowego zdania jest raz trafniejsze, dwa brzmi lepiej, trzy nie powtarza). Zwracaj na to uwagę bo można niewielkim nakładem pracy sprawić że tekst czyta się sporo lepiej.

  4. Pewnie masz rację. Postaram się poprawić. I dzięki za uwagi. 😉

  5. […] do lektury mojej recenzji zamieszczonej na Książkach ZB. Wrażenia pozytywne, a apetyty znowu rozbudzone na kolejne utwory […]