Przez wiele lat z całkiem mi teraz niezrozumiałych przyczyn nie dotykałem żadnej książki z kręgu klasycznego S-F. Czytywałem moc fantasy, tak wysokich jak i niskich lotów. A od czasu „Diuny” i „Ubika” kilkanaście lat temu S-F stało się dla mnie istną terra incognita. Na szczęście zmieniłem podejście, co nie oznacza, że wyzbyłem się wszelkich wątpliwości..

Czasem biorąc w ręce „klasykę” S-F czytelnik zastanawia się na ile ów utwór się zestarzał. Czy aby nie trąci myszką? Czy przekaz, wiekopomny trzydzieści z górą lat temu, będzie nadal robił wrażenie, mimo kolosalnych różnic między światem przedstawionym, a tym jak teraz widzimy naszą przyszłość. Dla wielu czytelników głęboką przeszłością jest rok 1984, który dla Orwella był odległą przyszłością. Nękany takimi obawami sięgnąłem po „Piknik na skraju drogi” braci Strugackich. I po raz kolejny przekonałem się, że najlepsze pomysły zniosą bez problemu próbę czasu. Literatura SF nie jest tu żadnym wyjątkiem. Potrafi mnie wprawić w zachwyt.

Strugaccy, podobnie jak Wells w „Wojnie Światów”, nie wykreowali żadnej przyszłości. Całość dzieje się w czasie zbliżonym do rzeczywistego. Nikt dzięki temu nie zwraca uwagi na brak telefonów komórkowych, HDTV czy laptopów. Dóbr tych po prostu wówczas nie było. U Strugackich nie ma obcych, walki z nimi. Jest tylko to co po nich pozostało. Akcja dzieje się kilkanaście lat po pierwszym kontakcie a raczej lądawaniu obcych. Zresztą jakie to jest lądowanie? Nikt nie jest pewny, czy lądowali obcy czy ich konstrukty. Wylądowali i naznaczyli ziemię strefami swej bytności. Pozostali ludzie i strefy.

Trudno mówić w przypadku „Pikniku …” o jednej, spójnej akcji. Na całą fabułę (rozciągniętą w czasie na około 10 lat) składa się kilka dni wybranych z życia jednego ze stalkerów (przemytników nielegalnie wywożących ze strefy artefakty), jego bliskich oraz kilkudziesięciu osób żyjących z bliskości strefy. Mało kto z zainteresowanych fantastyką nie miał kontaktu ze słowami stalker i strefa. Młodszym kojarzą się one jednak raczej z okolicami Czarnobyla i polowaniem na potwory.

A tymczasem książka treścią przypomina opowieści o pionierach podboju Dzikiego Zachodu, lub historie z czasów Gorączki Złota. Bohater w strefie jest jak traper w zimowych ostępach Gór Skalistych. Musi oznaczyć sobie szlaki, musi umieć czytać znaki umykające innym ludziom, musi umieć przeżyć. Musi być twardy. Każdorazowo musi dosłownie pokonać strefę. Czasem za cenę śmierci innych. A poza strefą stalker musi, tak jak traper, wejść w środowisko osób, które z niego żyją. Otoczony przez kłamstwa, zdrady i niejasne machinacje stara się cały czas być podmiotem a nie przedmiotem. Czasem mu się udaje, czasem nie. Pozostaje tylko pytanie: na ile życie w cieniu strefy wpływa na człowieczeństwo stalkerów? Na ile, dosłownie i w przenośni, pozostaje on człowiekiem, a na ile staje sie kolejnym tworem strefy. Nie chcę zdradzać kolei losu Reda Shoeharta, ale nie mogę powiedzieć, aby jego życie mogło być dla nas nadzieją na lepsze jutro.

Podobnie wizja naszego świata przedstawiona przez Strugackich nie jest budująca. Jesteśmy zbyt prymitywni aby zrozumieć nawet znikomą część, tego co po gościach z kosmosu pozostało. Czasami udaje się ziemskim naukowcom znaleźć zastosowanie dla pozostałości po obcych („bateryjki”), a mimo to nie mamy złudzeń, że nie są oni w stanie oddzielić śmieci od skarbów. Czasami wydaje się, że to bądź tamto znalezisko może być formą życia, ale jak to ocenić, jeżeli tak naprawdę nic o formach życia obcych nie wiemy. Nikt też nie jest w stanie stwierdzić co dzieje się ze zwykłą ziemską fizyką w strefie, czym są stałe bądź zmienne osobliwości, które grożą tam ludziom. A wszystko to otoczone mackami tajnych agend różnego autoramentu, działającymi daleko poza granicami prawa.

Jeśli ktoś jeszcze nie przeczytał „Pikniku …”, niech nie waha się tego zrobić. Warto po tę książkę sięgnąć, aby przeczytać jak naprawdę może wyglądać pierwsze zetknięcie z cywilizacją obcych. Bez królującego w S-F triumfalizmu rasy ludzkiej, bez przekonania o wszechwiedzy naszej nauki i wszechmocy jej dzieł. Może naprawdę się okazać, że jesteśmy za mali, aby móc spójnie i sensownie ocenić to, co ten kontakt nam przyniesie. Jak mrówki z mniej lub bardziej naruszonego mrowiska na polanie na skraju lasu.

Zapraszam do lektury.

Autor: Michał „Mag_Droon” Łon

Wydawnictwo: Prószyński i s-ka
Tytuł oryginału: Piknik na Oboczinie
Tłumaczenie: Irena Lewandowska
Data wydania: 15 marzec 2007
ISBN: 978-83-7469-488-9
Oprawa: miękka
Format: 142 x 202
Rok wydania oryginału: 1972
Liczba stron: 176

This entry was posted on wtorek, Styczeń 5th, 2010 and is filed under Recenzje. You can follow any responses to this entry through the RSS 2.0 feed. Both comments and pings are currently closed.

Comments are closed.