Kłopot z moją jednoznaczną oceną kolejnej odsłony Uczty Wyobraźni bierze się stąd, iż książka ta złożona jest z dwóch części, które są sobie nierówne. „Listy z Hadesu” to niby – dziennik agnostyka, który trafia do Piekła i zderza się z jego brutalnością oraz – przede wszystkim – z samym faktem jego istnienia. W tym zakresie nie uniknął autor „sprzedania” wizji Piekła i jego „ofiar” w wersji dosyć prymitywnie ociosanej. Trudno mi stwierdzić, którą z wizji „miejsca wiecznych kaźni” kierował się Thomas przy pisaniu tej powieści. Wątpię, aby to była wersja chrześcijańska (czy wężej: katolicka), choć przecież do niej najbliżej w tej mikropowieści. Jednak do swojego Hadesu Thomas wrzucił nie tylko wszystkich, którzy mieli odmienny pogląd na istnienie Boga, ale nawet tych, którzy nie mieli szans na wypracowanie sobie tego poglądu (np. jaskiniowców). Jest to dosyć odległe od tego, czego uczy się dzieci na lekcjach religii (a przynajmniej uczono w nieodległych czasach, kiedy niżej podpisany na nie uczęszczał). Jeffrey Thomas na pewno nie zrobił przed pisaniem tej mikropowieści porządnego researchu w literaturze przedmiotu. Może był on potrzebny. Bo czytanie o Piekle Thomasa to jak czytanie tekstu o przeglądarkach internetowych, spośród których autor zna tylko Internet Explorer a i tę niedokładnie.

Brzmi to ostro, ale tylko pozornie. Po lekturze „Listów z Hadesu” łatwo można stwierdzić, iż Piekło u Thomasa jest tylko scenografią. Pierwsze wrażenie, jakie zyskuje czytelnik na początku jest bardzo mylące. Nie jest to opowieść o zbawieniu, braku zbawienia, czy potępieniu. Wprawdzie ich echa wybrzmiewają co jakiś czas, ale nie można dać się zwieść. Wraz ze stopniowym przyzwyczajaniem się głównego bohatera do nowych okoliczności, wtapianiem się w Piekło, przystosowywaniem do nowego „życia”, próby wysnuwania takich refleksji tracą sens. Wraz z przewracanymi stronnicami ten Hades zamienia się w jeszcze jedną, fantastyczną krainę, w którą zostaje wrzucony główny bohater starający się w niej odnaleźć. Kraina to pełna zimnego piękna i okrucieństwa. Ale nawet w niej „da się żyć” nie wchodząc w drogę potężniejszym. Można nawet odnaleźć miłość i to dosyć niezwykłą. Można także w jej imię, rzucić Piekłu wyzwanie. Eksploracja i poznawanie istoty tego miejsca staje się już wtedy nic nie znaczącym ledwie ozdobnikiem. Nawet coś w rodzaju konkluzji związanej ze wskazaniem roli Stwórcy, (o czym pisał w poprzedniej recenzji Tomasz Kleta) jest już raczej tylko banalnym ukoronowaniem fabuły, niż pogłębioną refleksją. I nie należy brać jej zbyt poważnie.

„Listy z Hadesu” są jednak zajmującą lekturą. Nikt przecież nie zaprzeczy, że nawet konwencjonalna fabuła jest w stanie się obronić, jeśli jest dobrze napisana. To muszę Thomasowi jako czytelnik przyznać. Piekło w jego wydaniu jest zimne a okrucieństwo bezosobowe i tak samo oziębłe. Jest w tym także odrobina złowieszczego piękna. Daleka to jednak wizja od obrazów Hieronima Boscha. Już bardziej zbliżył się do obrazów piekła w wydaniu Boscha Hal Duncan w swojej „Ucieczce z piekła” (Fantastyka Wydanie Specjalne, numer 4 (25), 2009 r.). Tam piekło ociekało turpizmem i okrucieństwem. Było koszmarem, na który z pewnością zasłużyli mniej lub bardziej trafiający tam główni bohaterowie. Co więcej, piekło to było nawet więzieniem dla jego władcy. Piekło u Thomasa jest obdarzone większym dostojeństwem i bardziej wykwintnie opisane, niż u Duncana, który nie szczędzi naturalizmu i jest (według mojej opinii) bardziej przekonujący, sugestywny.

Mimo zatem powyższych zastrzeżeń, oceniam „Listy z Hadesu” jako bardzo dobrze napisaną fantastyczną mikropowieść, która mogła się rozgrywać w jakiejkolwiek innej Nibylandii, a jest za to – poprzez umieszczenie w jakimś niby chrześcijańskim Piekle – wzbogacona o niekonsekwentne, ubogie refleksje dotyczące potępienia (ewentualnie: zbawienia). Wprawdzie wychodząc z nieprawdziwych przesłanek można dojść (w drodze logicznego rozumowania) do prawdziwych wniosków, jednak Thomas zmierza w tym zakresie donikąd. Ale w bardzo dobrym (warsztatowo) stylu.

Inaczej rzecz ma się z drugą częścią tj. z „Punktown.” To rozbudowany zbiór opowiadań, które łączy w zasadzie tylko to, że dzieją się w tytułowym mieście, gdzieś na innej planecie, będącym wymieszanym konglomeratem różnych kultur, zarówno ludzkich jak i nie – ludzkich (tj. Obcych). Opowiadania te bardzo szybko można przeczytać. Nie są one długie, ani skomplikowane. Także problemy (jeśli można tak to ująć), które są w nich podnoszone nie należą do zbyt oryginalnych. Wszystko to już kiedyś było i pewnie nieraz powróci – ostatecznie to nie zarzut. Ale Thomas nie wnosi tymi tekstami niczego nowego, lub – choćby – interesującego na tyle, aby się zachwycić jego wyobraźnią. Znowu, jeśli chodzi o wykonanie – niczego tym tekstom nie brakuje z perspektywy średnio wyrobionego czytelnika, jak niżej podpisany. Ale fabularnie jest tak sobie. Może nie ubogo, ale czuć niedosyt, rękę rzemieślnika, a nie artysty. Zatem, rzemieślniczo, jako „rzecz do czytania”, ta część sprawdza się znakomicie. Ale nic poza tym. Porównując z „Listami z Hadesu” miałem wrażenie, że autor zwinął skrzydła i opadł na jakiś niższy pułap. Bez wątpienia „Listy z Hadesu” prezentowałyby się atrakcyjniej jako samodzielna mikropowieść, niż z doczepionym do niego zbiorem luźnych opowiadań.

Autor: Roman Ochocki

Wydawnictwo: Mag
Tytuł oryginału: Punktown/Letters from Hades
Tłumaczenie: Paulina Braiter
Data wydania: 2 października 2009
ISBN: 978-83-7480-146-1
Oprawa: twarda
Format: 135 x 205
Rok wydania oryginału: 2000/2003
Liczba stron: 400
Seria: Uczta Wyobraźni

This entry was posted on czwartek, Styczeń 7th, 2010 and is filed under Recenzje. You can follow any responses to this entry through the RSS 2.0 feed. Both comments and pings are currently closed.

Comments are closed.