Dorobek pisarski Mike’a Resnicka może zrobić wrażenie na prawie każdym czytelniku. Większość jego powieści osadzona jest w tym samym uniwersum, wszechświecie Pierworodnych. W tych realiach napisał około 46 książek, powieści i zbiorów opowiadań. W swoich utworach opisuje wydarzenia, które miały miejcie na przestrzeni prawie 20 tysięcy lat. Także akcja cyklu „Starship” została osadzona w wszechświecie Pierworodnych, w czasach schyłku okresu Republiki.

Pierwszy tom owego cyklu ukazał się jeszcze w zeszłym roku nakładem wydawnictwa Fabryka Słów. „Bunt”, bo to o nim mowa, jest typową space operą. Ale książka Resnicka jawi się jako przeciwieństwo dokonań Petera F. Hamiltona. Można powiedzieć, że twórczość tych autorów¹ leży na dwóch różnych biegunach. W prozie Hamiltona śledzimy losy wielu bohaterów, a intryga rozgrywa się na poziomie całego wszechświata, a u jego amerykańskiego kolegi ograniczeni zostajemy do jednego bohatera i jego przygód. Akcja powieści skupia się na jego dokonaniach i gdy tylko sytuacja tego nie wymaga, zbyt wiele o tym, co dzieje się w innych rejonach kosmosu, się nie dowiemy. Bliżej za to książce do SF pisanej przez Siergieja Łukjanienkę, tylko bez prób refleksji nad kondycją ludzkiej cywilizacji.

Już na pierwszych stronach powieści poznajemy Wilsona Cole’a, najczęściej odznaczanego żołnierza floty Republiki w czynnej służbie. Komandor Cole oprócz tego, że jest bohaterem, lubi także działać tak, jak mu podoba, co czasem jest sprzeczne z regulaminem floty. W efekcie zostaje przeniesiony na Teodora Roosevelta, przestarzały okręt, który gdyby nie to, że Republika jest w od 10 lat w stanie wojny, zostałby zezłomowany. Główny bohater ma jeszcze jedną cechę, lubi przyciągać kłopoty. To powoduje, że Teddy R. będzie musiał znów wkroczyć do akcji.

W „Starship: Bunt” nie odnajdziemy niczego nowego. Główny bohater, fabuła, wszystko opiera się na znanych schematach. Jak wspominałem, jest to typowa space opera. Dlatego będziemy śledzić, jak bohater radzi sobie z wrogimi jednostkami federacji Teroni. W większość kłopotów Cole pakuje się nadzwyczaj łatwo, tak samo jak łatwo sobie z nimi radzi. Trzeba jednak oddać sprawiedliwość Resnickowi, że z tak już ogranych motywów tworzy całkiem zajmującą fabułę. Nie pozwala nam się nudzić, gdy trzeba przyśpieszyć akcję, to przyśpiesza. Tak samo gdy trzeba dać odetchnąć postaciom, i na to znajdzie się czas. Choć brak szerszej perspektywy powoduje pewne spłycenie książki, nie wydaje mi się to jej wadą, a świadomym wyborem autora. Oprócz tego powieść charakteryzuje prosty język, nienaszpikowany naukowo-technicznym żargonem i niezbyt skomplikowani bohaterowie. Całość okraszona jest też często pojawiającym się humorem, zazwyczaj występującym w dialogach. Nie jest to może humor najwyższych lotów, ale na pewno urozmaica całą historię.

„Starship: Bunt” nie jest powieścią budząca wielkie emocje, mniejszych też raczej nie budzi. Nie jest też niczym odkrywczym. Jest za to sprawnie napisaną space operą, w której na nudę narzekać nie można. Pozycja przeciętna, ale idealnie nadająca się jako przerywnik, dodajmy, że przyjemny przerywnik, między ciekawszymi pozycjami.

___________________________

¹ Jeśli porównujemy „Starship: Bunt” Resnicka i „Dysfunkcje rzeczywistości” Hamiltona. Nie znam innych powieści Resnicka, więc trudno mi ocenić czy owa teza będzie także w ich przypadku prawdziwa.

Autor: Łukasz „Maeg” Najda

Wydawnictwo: Fabryka Słów
Tytuł oryginału: Mutiny
Tłumaczenie: Robert J. Szmidt
Data wydania: 6 listopada 2009
ISBN: 978-83-7574-168-1
Oprawa: miękka
Format: 125 x 205
Rok wydania oryginału: 2005
Liczba stron:392
Seria: Obca krew

This entry was posted on niedziela, Styczeń 10th, 2010 and is filed under Recenzje. You can follow any responses to this entry through the RSS 2.0 feed. Both comments and pings are currently closed.

One Response to “„Starship: Bunt” – Mike Resnick”

  1. „[…] całkiem zajmującą fabułę. Nie pozwala nam się nudzić […]”
    Nie bardzo mogę się z tym zgodzić. Przyznaję, że książkę czyta się nie najgorzej, ale sama fabuła jest tak oklepana i do bólu przewidywalna, że aż strach pomyśleć. To zdecydowanie najgorsza książka autorstwa Resnicka, jaką czytałem. Nie zrozumcie mnie źle, bardzo lubię prozę tego autora. Uważam go za jednego ze swoich ulubionych. Niestety tym razem rozczarowałem się na całej linii. Główny bohater zachowuje się jak przedszkolak, który pozjadał wszystkie rozumy, pakuje się w kłopoty, a jakże, ale są to tak oczywiste sytuacje, że… ech, co tu dużo gadać. Książkę można traktować jako zwyczajną historyjkę przygodową, której zadaniem jest dostarczenie przeżyć adrenalinopochodnych. Jeśli ktoś szuka naprawdę dobrej prozy – niech szuka gdzie indziej.