Podzielenie tej powieści na dwie części to niezbyt szczęśliwy zabieg z punktu widzenia nerwów czytelników. Zakończenie pierwszego tomu było dosyć gwałtowne i emocjonujące, z tym większą werwą i zapałem zabierałem się za czytanie tomu drugiego. I jedno jest pewne, Stover nie zawiódł.

Po lekturze całej powieści widać zaplanowaną konstrukcję fabuły, która – tym razem – przedstawia losy Caine’a w szerszej perspektywie, niż w „Bohaterowie umierają”. Jego przygody są teraz sprzężone z losami Nadświata w sposób nierozerwalny. Jakby konsekwencją rozszerzenia perspektywy jest zepchnięcie postaci Caine’a na drugi plan, choć nadal odgrywa on decydującą rolę w biegu wydarzeń. Nie jest już jednak tym samym motorem sprawczym wszystkich działań, bo nie może być. Pamiętając o tym, jak kończył się tom pierwszy powieści, siłą rzeczy czekałem na to, aby się przekonać, czy i jak uda mu się podźwignąć z naprawdę głębokich tarapatów, w które został wpakowany za sprawą swoich wrogów. A także, czy i jak uda mu się uratować siebie i bliskich. Największa niespodzianką okazał się jednak nie tylko sposób podźwignięcia się głównego bohatera, ale i fakt, że tak naprawdę jego największym wrogiem był ktoś inny, kto z dotychczasowych przeciwników uczynił tylko marionetki.

Wydawało mi się, że w momencie wprowadzenia na scenę owego Wroga Stover wkroczył na grząski grunt i w trakcie czytania miałem obawy, czy nie polegnie w jakimś pseudofilozoficznym gawędziarstwie dla potłuczonych, niszcząc znakomitą, inteligentną, rozrywkową powieść nadawaniem jej głębi, która nie była potrzebna. Jednak skończyło się tylko odrobiną groteski w kreacji, łagodzonej przez naturalizm i przemoc(tak, tak), których w tej powieści jest mnóstwo, ale są niezbędne, ponieważ Stover nie sili się na opowiadanie kolejnej uładzonej bajki fantasy. Walka o życie nie jest przecież szlachetnym pojedynkiem w markowanie ciosów – one muszą boleć i muszą dodawać cierpień. Podobnie jak zemsta polegająca na dręczeniu pokonanego wroga. Zgrzytem może być rozwiązanie całej fabuły, ale o tym przekonamy się dopiero w kolejnym tomie. Jako finał drugiego – pasuje na zakończenie całej opowieści.

Spoglądając z perspektywy całej powieści, należy oddać Stoverowi szacunek także za świetnie skrojone postaci. Zarówno ewolucja głównego bohatera, jak i postaci drugoplanowych, to świetna robota. Zasadniczo tylko Kollberg to bydlę z piekła rodem, ale i on przecież nie do końca jest sobą. Ale już Tan’elKoth, Raithe, czy nawet Chris Hansen to ciekawie napisane postaci, które zachowują wiarygodność mimo ewolucji.

Można postawić na koniec pytanie, czy powieść ta jest lepsza od „Bohaterowie umierają”. Cóż, na pewno nie jest gorsza. Czytelnicy, którym brakowało epickiego oddechu, tu otrzymają jego solidną i strawną dawkę, z taką samą porcją przemocy, naturalizmu, świetnie skonstruowanych postaci i nieoczekiwanych (ale nie wyciąganych z kapelusza) zwrotów akcji. I zakończą lekturę być może z takim samym pytaniem, jakie sam sobie zadaję: co dalej? Perspektywa kolejnej powieści z Cainem w roli głównej nastraja bardzo optymistycznie, stanowiąc naprawdę intrygującą zagadkę odnośnie tego, jak potoczą się jego losy. Na polu „rozrywkowej” fantastyki Matthew W. Stover jest bez wątpienia największą gwiazdą 2009 r. Czy będzie tak w 2010 r.? Tu wiele zależy od tego, czy Scott Lynch powróci w wielkim stylu z kolejnym tomem swojej opowieści. Dla mnie, na razie, absolutnym faworytem pozostaje jednak Stover.

Autor: Roman Ochocki

Wydawnictwo: Mag
Tytuł oryginału: Blade of Tyshalle
Tłumaczenie: Małgorzata Strzelec i Wojciech Szypuła
Data wydania: 4 grudnia 2009
ISBN: 978-83-7480-152-2
Oprawa: miękka
Format: 125 x 195
Rok wydania oryginału: 2001
Liczba stron: 496
Cykl: Akty Caine’a
Tom cyklu: 2, część 2

This entry was posted on czwartek, Styczeń 28th, 2010 and is filed under Recenzje. You can follow any responses to this entry through the RSS 2.0 feed. Both comments and pings are currently closed.

Comments are closed.