„Indygo” to mój pierwszy kontakt za twórczością Grahama Joyce’a. Zachęciły mnie informacje o zdobytych przez pisarza nagrodach, notka wydawcy oraz fakt zamieszczenia opowiadania „Częściowe Zaćmienie” w wysoko ocenianej antologii „Kroki w nieznane 2006”. Seria Rubieże wydawnictwa Solaris sugerowała książkę nieskrępowaną kanonami SF czy fantasy, po przeczytaniu jej miałem jednak mieszane wrażenia. Otrzymałem zgrabnie napisaną historię pewnego testamentu, która jest zaczątkiem i niejako kręgosłupem całej powieści. Testament ów oraz powinności jakie nakłada na głównego bohatera, czyli wydanie książki oraz znalezienie głównej beneficjentki, są osnową, po której pnie się fabuła książki. Cała akcja, nie licząc drobnych wyjątków, rozgrywa się w październiku 1997 roku w Chicago i Rzymie, dokąd perypetie rodzinne rzucają Jack Chambersa, młodego Anglika, głównego bohatera powieści.

Wypełnianie warunków testamentu jest dla głównego bohatera ostatnią szansą poznania swojego ojca, ekscentrycznego milionera Tima Chambersa, którego wolę wypełnia. Ojca, który nigdy na poważnie nie zajął się jego wychowaniem. Każdy człowiek wraz z dorastaniem, dojrzewaniem, podczas wszystkich okresów buntu i godzenia się z rzeczywistością, tworząc swoją własną postawę życiową, zmienia swój stosunek do rodziców. Jack nie miał takiej możliwości. Nieobecny ojciec był w jego domu termatem tabu. I nagle, przez miesiąc, idąc po śladem miejsc, w których żył Tim, Jack przechodzi przez wszystkie etapy, których nie miał okazji przeżyć. Początkowa nienawiść, zaintrygowanie, niechętna fascynacja i w końcu pogodzenie. A każdy krok Jacka i towarzyszącej mu przyrodniej siostry Louise w podróży przez tajemnice rodzinne wygląda na z dawna zaplanowany przez ich tajemniczego, chwilami nawet demonicznego rodzica. Wypełnianie postanowień testamentu nierozerwalnie splata się z drugim wiodącym wątkiem utworu, czyli tytułowym kolorem. Kolorem niewidzialności.

Tutaj objawia się źródło aury tajemnicy otaczającej Tima Chambersa oraz jego nietypowych zachowań. Z każdym rozdziałem Jack, starając się uzyskać dostęp do esencji zagadki swego ojca, niejako wbrew sobie, pogrąża się w otchłani szaleństwa, które pochłonęło grupę bohemy skupioną wkoło Tima Chambersa. Grupy, która jak sekta podążała ślepo śladem swojego nieomylnego i wszechwiedzącego guru. Nagle okazuje się, że wszystko co po Timie pozostało, tak drobiazgi jak i nieruchomości, podporządkowane są jednemu celowi. Powieść wypełniona jest ciekawymi postaciami z drugiego planu oraz drobnymi wydarzeniami umiejętnie wplatanymi w akcję, dzięki którym prawie do samego końca nie opuszcza nas uczucie ukrytego drugiego dna, pułapki w pułapce, wielopiętrowej tajemnicy.

Końcówka „Indygo” mogłaby jednak rozczarować, gdyby nie nieszablonowe zakończenie, które świetnie podsumowuje poszukiwania w obu wątkach w momencie, kiedy można by spodziewać się banalnego happy endu. Po przeczytaniu książki można odnieść wrażenie, że właśnie ukazanie wpływu Tima Chambersa na otaczających go ludzi i sposobów, w jaki sobie z nim radzą, jest głównym jej elementem. Przedzieranie się przez zagadki rodzinne, jak i dążenie do tajemniczego Indygo, dają szansę bohaterowi oraz jego siostrze przeżyć katharsis. Definitywnie zamknąć okres życia, kiedy mniej lub bardziej świadomie żyli w cieniu ojca.

Skąd więc mieszane uczucia, jeśli całość mi się spodobała? Otóż biorąc do ręki książkę nagrodzoną British Fantasy Award w 2000 roku, miałem nadzieję przeczytać utwór dający łatwo zakwalifikować się jako fantastykę. Jak się okazuje, nic bardziej mylnego. Fantastyczny wątek poświęcony dążeniu do wkroczenia w Indygo wydaje się być raczej zapisem z pamiętnika mistyka New Age obłąkanego swoją wizją, przekonanego o istnieniu wyższego wymiaru. I pewnego, oczywiście, że on jeden zna drogę do niego wiodącą. Książce dalej do fantasyki niż np. „Wahadłu Foucaulta” autorstwa Umberto Eco (mam oczywiście świadomość, jak dalekie jest to porównanie, nie ten format, nie ten rozmach), czy też tętniącym swoistym czarem latynoamerykańskim powieściom realizmu magicznego. To „po prostu” dobrze napisany i szybko wciągający czytelnika thriller.

Nie zmniejsza to jednak satysfakcji płynącej z lektury „Indygo”, wysokiej oceny tej książki oraz zachęca do sięgnięcia po dwie kolejne powieści, mające niebawem ukazać się drukiem w Polsce, czyli „Requiem” (Solaris, seria Rubieże, anonsowana na marzec 2010) oraz „Prawdę Życia” (Mag, seria Uczta Wyobraźni, anonsowana na maj 2010).

Zapraszam do lektury.

Autor: Michał „Mag_Droon” Łon

Wydawnictwo: Solaris
Tytuł oryginału: Indigo
Tłumaczenie: Martyna Plisenko
Data wydania: 23 września 2009
ISBN: 978-83-7590-033-0
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Format: 125 x 193
Rok wydania oryginału: 1999
Liczba stron: 288
Seria: Rubieże

This entry was posted on niedziela, Styczeń 31st, 2010 and is filed under Recenzje. You can follow any responses to this entry through the RSS 2.0 feed. Both comments and pings are currently closed.

Comments are closed.