Z trzecią książką poświęconą przygodom kelnereczki Sookie Stackhouse mam coraz większy problem. Wynika on przede wszystkim z faktu, że wydawnictwo MAG prześcignęło stację HBO, która ekranizowała kolejne części cyklu, przyjmując je jako – tylko – punkt wyjścia do fabuły filmowej. Takie porównywanie serialu i literackiego pierwowzoru pozwalało na ciekawe spojrzenie (poprzez porównanie), zarówno na serial, jak i na książkę.

I oto mamy „Klub Martwych” i nie mamy serialu, którego trzeci sezon dopiero powstaje i zadebiutuje w HBO latem 2010 r. Zostałem więc teraz sam, bezbronny, naprzeciwko trzeciej części powieściowego cyklu, zastanawiając się cóż mogę napisać o nim, czego nie dało się przeczytać w poprzednich moich tekstach dotyczących powieści pani Harris? Nic się w „Klubie Martwych” nie zmieniło. Wciąż mamy do czynienia z tym samym stylem pierwszoosobowej narracji głównej bohaterki, która jednak nie jest wszechwiedzącym narratorem. Jednak (być może pochłonięty porównywaniem ze znakomitym serialem, dopiero teraz to dostrzegam) fabuła jest już odrobinę bardziej skomplikowana. Na pewno wyraźniej niż w poprzednich częściach widać, że nie chodzi już o prowincjonalne śledztwa i zabójstwa, poszerza się perspektywa, na scenę wkraczają nowe postaci (na przykład wampirza królowa – postać znana także z końcówki drugiego sezonu „True Blood”) a wraz z nimi odpowiadające ich randze tajemnice i intrygi (taka królowa przecież plany ma bardziej skomplikowane i poważniejsze). Sookie zatem „wchodzi do gry” ze znacznie poważniejszymi graczami, ale – mimo to – wcale nie ewoluuje, nie dorasta do kalibru, jaki prezentują wielcy gracze. To nadal rezolutna, mało skomplikowana i zapatrzona (odrobinę trzeźwiejszym spojrzeniem) w „swojego” wampira Billa i jego wampirzego szeryfa Erica. Przyznać trzeba, że postaci tych wampirów to jak wycięte z pism dla nastolatek postaci dorosłych chłopców. To znaczy: są oni dorośli, tak są przedstawiani, ale tak naprawdę to dorośli o mentalności nastolatków, albo tylko nastolatki udające dorosłych i – na dodatek – wampiry.

Żaden czytelnik, który polubił poprzednie powieści poświęcone rezolutnej kelnereczce Sookie, nie będzie rozczarowany, sięgając po „Klub Martwych”. Fabuła trzeciej powieści niesie bowiem powtórkę z rozrywki przyprawioną do tego wspomnianą wcześniej poszerzoną perspektywą i bardziej skomplikowaną intrygą. Ale nadal pozostaje wampirzym harlequinem, bez właściwej dla harlequinów soft erotyki.

Powieści Charlaine Harris to – także dla mnie, przyzwyczajonego do bardziej wymagających tytułów – łatwy obiekt do pastwienia się. Ale byłoby to nieuczciwe z mojej strony. Bo nie są to książki adresowane do mnie. Było to dla mnie oczywiste już po przeczytaniu pierwszej powieści. Wyzbywając się łatwego szyderstwa mogę jednak z lekkim przekąsem napisać jedno: Charlaine Harris, o ile jej powieści na polskim rynku dobrze się sprzedają, może uczynić bardzo dużo dla wysypu i rozwoju młodych talentów pisarskich. Bo po lekturze jej powieści zawsze nachodzi mnie jedna, uporczywa myśl: pisanie takich powieści to łatwizna. I aż mnie korci, aby samemu chwycić za pióro i popełnić jakąś powieść. Bardziej gorąca od mojej głowa z pewnością bez większych skrupułów może to uczynić. Na pewno już to uczyniła. I – piszę to szczerze – chwała za to Charlaine Harris. Kto wie, może pośród tych naśladowców kryje się nowa Barbara Taylor Bradford, Danielle Steel albo – nawet – Stephen King lub Anne Rice? Jeśli, oczywiście, przypisywanie takiej mocy sprawczej tych powieści nie jest tylko objawem mojej bezsilności wobec ich fenomenu.

Autor: Roman Ochocki

Wydawnictwo: Mag
Tytuł oryginału: Club dead
Tłumaczenie: Ewa Wojtczak
Data wydania: 24 lutego 2010
ISBN: 978-83-7480-159-1
Oprawa: miękka
Format: 125x 195
Rok wydania oryginału: 2003
Liczba stron: 386
Cykl: Sookie Stackhouse
Tom: 3

This entry was posted on poniedziałek, Luty 22nd, 2010 and is filed under Recenzje. You can follow any responses to this entry through the RSS 2.0 feed. Both comments and pings are currently closed.

One Response to “„Klub martwych” – Charlaine Harris”

  1. Świetna okładka. Mocno kiczowata, ale przez to ma swój urok.