Od kilku ładnych lat interesuję się tekstowymi klimatami związanymi z szeroko pojętą postapokalipsą. Zaczęło się niewinnie od kultowej dziś gry cRPG Fallout, w której postać gracza przemierza napromieniowane pustkowia zniszczonych przez wojnę nuklearną Stanów Zjednoczonych Ameryki. Nie licząc trzech kolejnych odsłon tej gry, zacząłem nadrabiać zaległości literackie oraz filmowe. Tak oto, między innymi, przeczytałem „Bastion” Stephena Kinga, „Świt 2250” Andre Norton, „Cylinder Van Troffa” Janusza Zajdla czy też „Kantyk dla Leibowitza” Waltera M. Millera. Widziałem sporo filmów w klimacie „postapo”, w tym trylogię „Mad Max” George’a Millera, „Beowulf” Grahama Bakera, „O-bi, O-ba. Koniec cywilizacji” Piotra Szulkina, niedawno nakręcony „Jestem Legendą” Francisa Lawrence’a, czy też skończyłem wreszcie oglądać rewelacyjny serial „Jerycho”, który niestety z powodu niskiej oglądalności zszedł z ramówki, a szkoda. Oczywiście przez kilka lat miałem także małą obsesję na punkcie polskiego systemu RPG „Neuroshima”, który w znakomity sposób skonstruowany został jako intertekstualna mieszanka, czy też raczej skompilowana „pigułka” tekstów postapokaliptycznych. Moja postać: Indianin, tropiciel o imieniu „Sokole Oko”, z maksymalną percepcją, sztuczką „Snajper” i „antycznym” karabinem Springfield z zamontowaną lunetą. To było coś! Aż łezka się w oku kręci.

Wiele z wyżej wymienionych dzieł miało dość ciężki klimat, cechujący się pesymizmem, wszechobecną melancholią, stałym zagrożeniem, niepewnością jutra, walką o przetrwanie jednostki, społeczności, a czasem nawet całego gatunku. W wielu z tych tekstów główny bohater był tworzony na kanwie specyficznego wzorca. Czasem był to skryba lub uczony, który odkrywał elementy przeszłości lub pracował nad ulepszeniem świata, a czasem skrzywdzony przez życie i ludzi twardziel, typowy survivalista, taki Mad Max na przykład. Często towarzyszył mu pies, dziecko lub kobieta – ktoś kim musiał się opiekować, lub kto był mu kulą u nogi. Często też przemierzał pustkowia, walczył z bandytami, mutantami, przyrodą – penetrował opuszczone bunkry lub natykał się na wioski, walczące o przetrwanie tak samo jak on (Nie licząc wszystkim znanego „Mad Maxa”, to podobnie jest w ostatnio widzianym przeze mnie filmie „Chłopiec i jego pies” z 1976 roku. Niesamowity klimat i ten wspaniały czarny humor!). Zawsze był jakiś cel, była tajemnica, czy to raj na ziemi, jakiś element preapokaliptycznej normalności, czy wręcz przeciwnie – brak nadziei, śmierć i zapomnienie. W ten sposób wyklarowało się coś, co można nazwać poetyką postapokalipsy, coś co czytelnik lub widz momentalnie rozpoznaje i jest w stanie automatycznie, czasem mimowolnie odnieść do wcześniejszego motywu istniejącego w innym tekście. Tym przydługim wstępem chciałem tylko podkreślić, że…

„Kyś” jest inny. Postapokalipsa w tym tekście, podobnie jak w „Kociej Kołysce|” Kurta Vonneguta, jest tylko dekoracją, zwykłym ozdobnikiem fabuły, ale za to jakim! Zaczyna się dość intrygująco. Moskwa w dwieście lat po straszliwym kataklizmie, może po wojnie jądrowej, to tylko większa wioska zbudowana z drewnianych chat, czasem lepianek. Każdy z ludzi dotknięty jest jakimś „effektem”, czyli obdarzony bardziej lub mniej widoczną mutacją. Ludzie dzielą się na nielicznych „dawnych”, tych którzy przetrwali kataklizm i przestali się starzeć – zdanych na łaskę „normalnych”; zdegenerowanych, zacofanych technologicznie (nie wiedzą nawet, jak rozpalić ogień) „normalnych” (jak główny bohater) oraz wygeneratów, czyli czworonożnych, świrniętych, zmutowanych kreatur, które niegdyś były ludźmi, a obecnie służą za bydlęta pociągowe. Świat przedstawiony jest niesamowicie bogaty w napromieniowane cuda i dziwy, w opisy kreatur, fauny, flory czy też żywności. Wspaniałe w tym zniszczonym świecie są opisy niecodziennego życia codziennego. Główny bohater, Benedikt, jest skrybą, miłośnikiem literatury. Bibliofilem, którego tak samo wzrusza dawna rosyjska poezja jak i instrukcja obsługi pralki – pragnie uchować literaturę dla potomności i przeczytać co tylko się da, z czasem coraz więcej czyta dla własnej przyjemności. Postać Benedikta wpisuje się w przedstawiony wcześniej przeze mnie wzorzec skryby-uczonego, który pragnie zbawić… literaturę.

Wszystko pięknie, niby wszystko normalnie z punktu widzenia miłośnika konwencji postapo, gdyby nie pewien istotny fakt. Estetyzowany język, pełen zdrobnień, neologizmów i onomatopei (dla tłumacza brawa na stojąco). Wspaniały styl, zjawiskowy, piękny literacko, pełen poczucia humoru i lekkości pióra, do którego jednak mój stosunek jest trochę ambiwalentny. Z jednej strony, zwłaszcza na początku, język urzekł mnie swoją formą, ale im dłużej zagłębiałem się w lekturę, tym coraz częściej dochodziłem do wniosku, że owa forma przytłacza treść powieści. Oczywiście nie nazwałbym tego przerostem formy nad treścią, gdyż sama fabuła jest ciekawa, a przesłanie dość klarowne, tylko niestety do tej klarowności trzeba się przekopać i w pewnym momencie forma zaczyna w tym przeszkadzać. Ów piękny język to największa zaleta utworu, ale równocześnie jego poważna wada. Z doświadczenia wiem, że nie każdy lubi takie estetyzowanie, dlatego myślę, że grono odbiorców będzie raczej wąskie oraz o konkretnych preferencjach czytelniczych. Dodam tylko, że język doskonale współgra z konstrukcją świata, który w pewnym momencie wydaje się być parodią postapokalipsy, celującą w mechanizmy rządzące zdegenerowanym społeczeństwem w każdym miejscu i czasie.

Dla oczytanych miłośników literatury rosyjskiej, sporym plusem powieści może być też masa odniesień literackich, niestety w większości do klasyki rosyjskiej literatury, zwłaszcza poezji. „Niestety”, gdyż moja znajomość literatury rosyjskojęzycznej jest ograniczona do ścisłej czołówki klasyki prozy, bo poezję znam w zasadzie tylko Puszkina, no może jeszcze rosyjskich futurystów, a i też raczej po łebkach. Jak wspomniałem, nawiązania mają nie tylko rosyjski, w sporej części dla mnie nieczytelny rodowód. Uważny czytelnik odkryje jednak nawiązania chociażby do „451 stopni Fahrenheita” Bradbury’ego.

Podsumowując. Książka Tatiany Tołstoj (Wnuczki Aleksieja Nikołajewicza Tołstoja) nie jest typowym przedstawicielem literatury postapokaliptycznej, co to swoje plusy i minusy. Sporym plusem jest w pewnym sensie oryginalność tekstu. Minusem jest fakt, że to nie jest postapokalipsa, jaką lubię i do której jestem przyzwyczajony, gdyż temu tekstowi bliżej jest do „Wesela w Atomicach” niż do Mad Maxa. Powieść jednak skutecznie broni się jako odszczepieniec podgatunku. Zwyczajnie jako piękna proza. Jednak coś w tej książce mi zazgrzytało. Czy to zakończenie, które nie przypadło mi do gustu, czy też rozwój wydarzeń fabularnych? Coś niesprecyzowanego zakłóciło całkowicie pozytywny odbiór tej powieści przeze mnie. Dlatego nie polecam jej z czystym sercem, gdyż mam świadomość, że nie każdy przepada za estetyzowanym językiem i specyficzną stylistyczną formą, w jakiej jest napisana powieść. Trzeba jednak oddać sprawiedliwość i przyznać, że jest to dobra książka. Może mam skrzywienie z lat grania w Neuroshimę? Pojedynki snajperskie na pustyni, walka o byt, szukanie paliwa i amunicji, napadanie wiosek, handel ludźmi… to odbija piętno na odbiorze tekstów w tej konwencji.

Autor: Paweł Świątek

Wydawnictwo: Znak
Tytuł oryginału: Kys
Data wydania:
ISBN: 83-240-0479-3
Oprawa: miękka
Format: 150 x 210 mm
Liczba stron:

This entry was posted on piątek, Luty 26th, 2010 and is filed under Recenzje. You can follow any responses to this entry through the RSS 2.0 feed. Both comments and pings are currently closed.

Comments are closed.