Powieść Grega Egana długo zwodzi czytelnika, przyzwyczajonego (przez poprzednie utwory tego pisarza) do żłobiących nowe ścieżki w mózgu naukowych konceptów i teorii przetworzonych przez autora w intrygujące, ale – w gruncie rzeczy – trochę hermetyczne fabuły. Wymagały one – przed lub po lekturze – uzbrojenia się w solidny background naukowy, aby w ogóle podjąć próbę jakiejkolwiek rzetelnej krytyki. A jeśli chciało się „tylko” Egana przeczytać, wystarczyła bardzo skupiona uwaga, aby nie wypaść z drogi wytyczonej przez autora. Choć jest ona zawsze zawikłana, to stworzona z precyzją ścisłego, matematycznego umysłu twórcy.

Inaczej jest w „Teranezji”. Większa część historii to po prostu nieźle skrojona obyczajowa powieść, dziejąca się w niedalekiej przyszłości, najpierw na jednej z wysp należących do Indonezji. Na niej „dziewięcioletni Prabir Suresh mieszka z młodszą siostrą, Madhusree (…). To raj, którego próżno szukać nawet na mapach regionu – Teranezja. Tam właśnie ich rodzice, biolodzy, badają pewien gatunek motyli, który dość niepojętym i dziwnym trafem pozostał nieodkryty aż do dwudziestego pierwszego wieku”. Jednak wybuch wojny domowej w Indonezji wywraca do góry nogami życie Prabira i Madhusree, nieodwołalnie kończąc ich idyllę

Read the rest of this entry »

Twórczość Juliusza Verne’a była prawdopodobnie omawiana setki razy. Spoglądano na nią z każdej możliwej perspektywy, analizowano w odniesieniu do wielu trendów współczesnej literatury. W związku z tym ciśnie się na usta pytanie: co jeszcze można powiedzieć o jednym z ojców fantastyki naukowej?

Śmiem przypuszczać, że Juliusza Verne’a zna większość odbiorców fantastyki. A jeżeli ktoś nie miał styczności z jego powieściami to na pewno słyszał o kapitanie Nemo, Phileasie Foggu, bądź wyprawie do wnętrza Ziemi, która swoją drogą całkiem niedawno została po raz kolejny zekranizowana. Ten wspomniany francuski pisarz, żyjący na przełomie XIX i XX wieku, zasłynął przede wszystkim książkami o tematyce podróżniczo-przygodowej, które w wielu przypadkach opatrzone były popularno-naukowymi przypisami. Będąc małym smykiem zaczytywałem się w historiach przez niego opisywanych, a i dzisiaj zdarza mi się po nie sięgać. Można by długo rozprawiać o fenomenie Juliusza Verne’a. Nie jest to jednak czas i miejsce na to. Jeżeli jednak ktoś zadałby mi pytanie: „co sprawia, że książki francuskiego pisarza tak dobrze się czyta?”, odpowiedziałbym bez wahania: wartka akcja, sympatyczni bohaterowie, interesujące scenerie wydarzeń.

Read the rest of this entry »

Do przeczytania tej książki zachęcił mnie (jak widać, całkiem skutecznie) sam autor, którego miałem przyjemność poznać w trakcie jednego z wypadów do Wrocławia, czyli mojego ulubionego polskiego miasta. Po kilku piwach zobowiązałem się do przyswojenia sobie tytułu i szczerze mówiąc, powziętego zobowiązania nie żałuję. Miałem drobne obawy, gdyż był to powieściowy debiut autora i na dodatek z wydawnictwa, z którego rzadko nabywam książki. Już po fakcie muszę przyznać, że lektura okazała się całkiem przyjemna, o tym jednak za chwilę.

W poprzedniej recenzji umieszczonej na tym blogu Piotr Młynek napisał, że „Głową w mur” jest powieścią mozaikową. Zastanawiam się, czy ta klasyfikacja jest całkowicie adekwatna. Jeżeli powieść mozaikowa polega na subtelnych nawiązaniach do wydarzeń fabularnych, które korespondują ze sobą w zbiorze opowiadań – to „Głową w Mur” można nazwać powieścią mozaikową. Zastanawiam się, czy tu nie chodzi jednak o opowiadania (lub rozdziały powieści), które rozpatrują to samo wydarzenie (motyw, sytuację lub cały ciąg fabularny) za każdym razem z innego punktu widzenia, by w ostatnim z nich ostatni element układanki utworzył wszystko wyjaśniającą całość, ale wtedy mamy do czynienia z powieścią szkatułkową (jakby na to nie patrzeć kolejne opowiadanie rozwijają zawarte w poprzednich wątki – na mój gust jednak zbyt subtelnie). To tylko taka dygresja i wątpliwość z mojej strony. Faktem jest, że opowiadania są scalane motywami fabularnymi, postaciami, informacjami o wydarzeniach w innym opowiadaniu. Spinane są też swojego rodzaju klamrą, czyli kazaniami na Placu Szalonych Proroków, a owa klamra wprowadza czytelnika w odpowiedni klimat oraz nasuwa pewne wskazówki fabularne. Może być też tak, że „szkatułkowość” tej prozy w pełni uwidoczni się w całym cyklu. Ciężko orzec po lekturze tylko pierwszej części, ale to mnie niejako zmusza do sięgnięcia po kontynuację.

Read the rest of this entry »

„ – Ja patrzę na to tak – wyjaśnił. – Kiedy zrobiłeś już wszystko co warto zrobić, trzeba się zabrać za to czego nie warto.”

Sięgałem po „Światło” mając w pamięci wrażenie, jakie wywarło na mnie przeczytane dwa i pół miesiąca wcześniej „Viriconium”. Zastanawiałem się na ile to zasługa formy (zbiór mniej lub bardziej powiązanych ze sobą opowiadań i nowel), gatunku (przyjmijmy, że chodzi o owo enigmatyczne New Weird łączące elementy fantasy i science-fiction) czy scenografii, w której rzecz się działa, które bardzo mi do gustu przypadły, a na ile stylu autora, sposobu prowadzenia narracji. Bardzo ucieszyło mnie, że był to styl. W „Świetle”, mimo innego, na pierwszy rzut oka, gatunku i formy (powieść) efekt końcowy, czyli wrażenia czytelnika, jest bliźniaczo podobny. Znajomy nastrój dekadencji, psychodelii, surrealistyczny obraz świata dający podobne odczucia jak w „Viriconium”. Ludzkość i jej cywilizacja zawieszone w wieczności, z zamierającą wiedzą o wczoraj, bez podstaw do wiary w jutro. Z jednej strony ludzie to zwycięzcy, prawie każda rasa obcych jest podbita, ale spójrzmy, jak ci zwycięzcy wyglądają. Niby mogą przyjmować artefaktyczne ciała, tworzone według ich życzeń, ale jako zbiorowość wyglądają dość żałośnie. Wyobraźmy sobie ludzkość w dalekim kosmosie jako wielką grupę dzieci w kompleksie budynków zawierających supermarket, centrum handlowe, zakłady przemysłowe, punkty usługowe, itp. Rzuconych tam bez opieki i bez przewodnika. Z dziecięcą ciekawością i brakiem lęku, wynikającym z braku wyobraźni, próbujących uruchomić, oswoić, ujarzmić wszystkie otaczające ich „artefakty”. Tak właśnie wygląda ludzkość AD 2400 (tylko trzeba zadać sobie pytanie, czy to naprawdę jest rok Pański?).

Read the rest of this entry »

Wzdragałem się przed zaliczaniem powieści Kim Harrison do (pod)gatunku paranormal romance. W pierwszej części cyklu o wiedźmie Rachel Morgan odnalazłem świeżość i lekkość opowieści, jakiej brakowało mi w powieściach Mike’a Careya o Feliksie Castorze, delikatnie tylko przyprawionej elementami… hmm… romantycznymi. Liczyłem, że kolejna powieść utwierdzi mnie w przekonaniu, iż mamy do czynienia z, w gruncie rzeczy, całkiem przyjemnym urban fantasy. Pod tym względem powieść ta mnie rozczarowała, bo nie pozwoliła mi rozstrzygnąć, czy etykietka paranormal romance jest w jej przypadku tylko i wyłącznie chwytem marketingowym (pal sześć nagrody, jakie otrzymała ta autorka).

Read the rest of this entry »