Wzdragałem się przed zaliczaniem powieści Kim Harrison do (pod)gatunku paranormal romance. W pierwszej części cyklu o wiedźmie Rachel Morgan odnalazłem świeżość i lekkość opowieści, jakiej brakowało mi w powieściach Mike’a Careya o Feliksie Castorze, delikatnie tylko przyprawionej elementami… hmm… romantycznymi. Liczyłem, że kolejna powieść utwierdzi mnie w przekonaniu, iż mamy do czynienia z, w gruncie rzeczy, całkiem przyjemnym urban fantasy. Pod tym względem powieść ta mnie rozczarowała, bo nie pozwoliła mi rozstrzygnąć, czy etykietka paranormal romance jest w jej przypadku tylko i wyłącznie chwytem marketingowym (pal sześć nagrody, jakie otrzymała ta autorka).

Powrót do świata Kim Harrison nie okazał się jednak rozczarowaniem. I, bez względu na etykietkę, to doskonała, lekka powieść, którą można polecić jako przerywnik między kolejnymi, znacznie bardziej absorbującymi intelektualnie lekturami (aby nie szukać zbyt daleko: ostatnio między „Rzeką Bogów” Iana McDonalda i „Światłem” M. Johna Harrisona). Drugi tom przygód Rachel Morgan posiada bowiem wszystko, czego potrzebuje czytelnik (na pewno fan fantastyki), aby niezobowiązująco zdystansować się także od rzeczywistości. Wracamy zatem do Cincinnati po kataklizmie sprzed lat, który wywrócił do góry nogami rzeczywistość, powodując współistnienie ludzi i nie-ludzi (delikatnie to ujmując). Kim Harrison sprawnie porusza się po wykreowanej przez siebie rzeczywistości, starając się zaskoczyć czytelnika przetwarzaniem motywów ogranych już wcześniej przez innych. I czyni to w sposób, który nie wywołuje irytacji u kogoś, kto szuka wspomnianego wcześniej fantastycznego chilloutu. Wampiry ze swą wyniosłością i tajemniczością nie budzą irytacji i znudzenia oraz nieuchronnych skojarzeń z Powieściami Sami Wiecie Kogo, bo pozbawione są nastoletniego infantylizmu. Nawet wciąż rozwijany wątek „romansowy” (po przeczytaniu książki przyznacie słuszność użyciu cudzysłowu) pomiędzy Rachel Morgan a jej wspólniczką – przyjaciółką – właścicielką(?) – zniewoloną wampirzycą Ivy autorka zaprawiła nutką perwersyjnej, acz pozbawionej niezdrowych dreszczy, fascynacji. Ten związek to chyba jedyny powód, dla którego powieść ta określana może być mianem paranormal romance. Bo trudno utrzymywać, że powodem takim będzie związek między Rachel a jej chłopakiem – chłodny i pozbawiony pasji (jak na razie) i chyba w sposób zbędny dodany dla uniknięcia jakiś lesbijskich skojarzeń, jeśli chodzi o relacje Rachel i Ivy. Taką poprawność skłonny byłbym uznać za irytującą, jeśli była założeniem autorki.

Poruszając swymi bohaterkami pośród zdarzeń dziejących się między ludźmi i nie-ludźmi autorka nie zapomina o eksponowaniu tła przede wszystkim Inderlanderów i choć w tej powieści na pierwszym planie pozostają wampiry, to nie tylko dlatego, że jest to popularny obecnie chwyt, ale dlatego, że intryga opleciona jest wokół tajemnic sprzed lat, które zaważyły na życiu głównych bohaterek, ale i innych Nacji. Fabuła w dalszym ciągu nie pozostaje zbytnio skomplikowana, a Rachel Morgan nie jest raczej mistrzynią dedukcji. Jej zdolności magiczne przydają się, owszem, ale akcja popychana jest do przodu po prostu przez kolejne ładowanie się przez nią w kłopoty, których nie sposób nie przewidzieć. Jednak Kim Harrison prowadzi akcję w sposób niewymuszony i potrafi przykuć czytelnika (nawet tak zblazowanego pod wpływem setek innych, podobnych – niepodobnych powieści, jak niżej podpisany), oferując mu kilka odpowiedzi na pytania, na które czekał po lekturze pierwszego tomu. W dalszym ciągu będę zatem uważał Rachel Morgan za lepsze wydanie Feliksa Castora z powieści Careya. Ta dziewczyna działa, nie będąc przy tym infantylną nastolatką, której życzy się śmierci, podczas gdy Felix Castor tylko się snuje pozując na chandlerowskiego detektywa w szatach egzorcysty.

Powieść ta jest drugą częścią cyklu o Rachel Morgan, zatem nie polecam jej nikomu, kto nie czytał pierwszej. Choć wątpliwe, aby pogubił się w tym świecie przez takie pominięcie, to straci trochę interesującego kontekstu stanowiącego podłoże do przygód w tomie drugim.

I nadal – być może wbrew faktom – chętniej w tych powieściach widzę urban fantasy za sprawą wykreowanego świata, alter-rzeczywistości, gdyż wątki „romansowe” są tylko przyprawą, jednym ze składników, który nie dominuje nad całością i nie psuje przyjemności konsumowania tej bogatej, lecz lekkiej powieściowej sałatki.

Autor: Roman Ochocki

Wydawnictwo: Mag
Tytuł oryginału: The Good, the Bad, and the Undead
Tłumaczenie: Agnieszka Sylwanowicz
Data wydania: 10 lutego 2010
ISBN: 978-83-7480-158-4
Oprawa: miękka
Format: 125 x 195
Rok wydania oryginału: 2005
Liczba stron: 640
Tom: 2

This entry was posted on środa, Marzec 10th, 2010 and is filed under Recenzje. You can follow any responses to this entry through the RSS 2.0 feed. Both comments and pings are currently closed.

Comments are closed.