„ – Ja patrzę na to tak – wyjaśnił. – Kiedy zrobiłeś już wszystko co warto zrobić, trzeba się zabrać za to czego nie warto.”

Sięgałem po „Światło” mając w pamięci wrażenie, jakie wywarło na mnie przeczytane dwa i pół miesiąca wcześniej „Viriconium”. Zastanawiałem się na ile to zasługa formy (zbiór mniej lub bardziej powiązanych ze sobą opowiadań i nowel), gatunku (przyjmijmy, że chodzi o owo enigmatyczne New Weird łączące elementy fantasy i science-fiction) czy scenografii, w której rzecz się działa, które bardzo mi do gustu przypadły, a na ile stylu autora, sposobu prowadzenia narracji. Bardzo ucieszyło mnie, że był to styl. W „Świetle”, mimo innego, na pierwszy rzut oka, gatunku i formy (powieść) efekt końcowy, czyli wrażenia czytelnika, jest bliźniaczo podobny. Znajomy nastrój dekadencji, psychodelii, surrealistyczny obraz świata dający podobne odczucia jak w „Viriconium”. Ludzkość i jej cywilizacja zawieszone w wieczności, z zamierającą wiedzą o wczoraj, bez podstaw do wiary w jutro. Z jednej strony ludzie to zwycięzcy, prawie każda rasa obcych jest podbita, ale spójrzmy, jak ci zwycięzcy wyglądają. Niby mogą przyjmować artefaktyczne ciała, tworzone według ich życzeń, ale jako zbiorowość wyglądają dość żałośnie. Wyobraźmy sobie ludzkość w dalekim kosmosie jako wielką grupę dzieci w kompleksie budynków zawierających supermarket, centrum handlowe, zakłady przemysłowe, punkty usługowe, itp. Rzuconych tam bez opieki i bez przewodnika. Z dziecięcą ciekawością i brakiem lęku, wynikającym z braku wyobraźni, próbujących uruchomić, oswoić, ujarzmić wszystkie otaczające ich „artefakty”. Tak właśnie wygląda ludzkość AD 2400 (tylko trzeba zadać sobie pytanie, czy to naprawdę jest rok Pański?).

Ale nie jest to społeczność zwykłych ludzi, którzy znaleźli się w nowym, nieznanym środowisku, autor przedstawia ich raczej jako takie kosmiczne Bistro Californium. Planety pełne różnej maści wyrzutków, poszukiwaczy przygód, notorycznych „przegrywaczy”, prostytutek i dzieci-śmieci, upstrzone tu i ówdzie szalonymi geniuszami. Wyobraźmy sobie wreszcie, że ten kosmos jest niemal całkiem podbity ze swymi czternastoma wymiarami (w tym czterema czasowymi) przez tych karlejących z pokolenia na pokolenie zdobywców. Owi Czyngis-chani swoich czasów prą naprzód, nie potrafiąc zrozumieć, co po drodze zdobywają (czasem nawet i wykorzystują). Od nieledwie zabawek po bajecznie potężne K-technologie, traktując jednocześnie pozostałości dawnych cywilizacji, zdradzające przekraczającą ludzkie pojmowanie świetność, jako złoża dóbr naturalnych i odzierając je ze wszystkiego, co znalazcy jakoś potrafią wykorzystać. Widzimy także, co z kolejnymi krokami ku zwycięstwu stracili.

Wszystko zaś dzieje się w zadziwiającym bezkresie kosmosu, który nie przypomina w niczym pustki Donaldsona, lub Bestera, ani porządku Simmonsa. To chaos w formie czystej, niedający objąć się ludzkimi zmysłami. Kosmos, w którym na przykład da się empirycznie udowodnić każda teoria dotycząca napędu pojazdów kosmicznych. Kosmos pełen sztucznych gwiazd oświetlających równie nienaturalne planety. Zasiedlony różnymi bytami, przyjmującymi różne formy eteryczne lub fizyczne, nie wydającymi się jednak bardziej od ludzi zorientowanymi, co niesie im przyszłość.

Kiedy zaś zamienimy obraz makro na studia mikro, widzimy, że wszystko jest oplecione różnej grubości pajęczynami spisków i prowokacji tych, którym się wydaje, że naprawdę wiedzą, o co wokół toczy się gra. Gra w jakiś sposób zwiazana z ostatnią zagadką kosmosu, Traktem Kefahuchiego, który świecąc jak latarnia na nocnym niebie, niemal magnetycznie przyciąga wzrok wszystkich niespokojnych duchów. Gra porywająca mniej lub bardziej tym zdumioną parę z trójki głównych bohaterów. Seria Mau zdążyła już przestać być człowiekiem, lub patrząc na to nieco inaczej, stała się czymś więcej niż człowiek. To K-kapitan, zespolona fizycznie ze swoim inteligentnym, potężnym K-statkiem. Ed natomiast sprawia wrażenie, jakby starał się jak może człowieczeństwo swoje utracić. Był entradistą, czyli brawurowym poszukiwaczem przygód, unikatowych artefaktów. Teraz bezmyślnie przeżywa fikcyjne sny, zamknięty w podtrzymujące życie i dozującej narkotyki kapsule. Trudno ocenić na ile ich działania i wybory to tylko efekt ich niedostosowania do życia, traumatycznych przeżyć, a na ile to jest efekt rozkładu społeczeństwa, jakim znamy je obecnie. Nie da się jednak ukryć, że zmieniamy się jako ludzkość, a Harrison nie pozostawia wątpliwości, w którą stronę zmiany te idą. Trochę inaczej wygląda sprawa wątku dziejącego się na przełomie 1999 i 2000 roku, poświęconego Michaelowi Kaerneyowi, utalentowanemu matematykowi, prowadzącemu wraz ze swoim współpracownikiem badania, których efektem końcowym ma być komputer kwantowy. To dla odmiany psychopata, rzucający się kompulsywnie między laboratorium a morderstwami, między spotkaniami naukowców a jazdą pociągami w losowo wskazanych kierunkach i przysłuchiwaniem się majaczeniom alkoholików. Wiemy, że jest bardzo ważny dla przyszłości ludzkości, dla jej rozwoju. Ale jak ta labilna, chora jednostka może umożliwić ludziom sięgnięcie do gwiazd? Jaki świat, tacy są i bohaterowie „Światła”. Pełne spektrum obłedu, zbrodni i perwersji.

Wszystkie wątki podawane są w irytujących, początkowo równych, fragmentach i trudnej do zaakceptowania stałej kolejności. Z czasem rytm ten powszednieje i staje się widomym podziałem na etapy przybliżające nas do finału. Finału przewrotnego i innego od wyobrażanych możliwości, zaskakującego, bo wcześniej wszystkie przesłanki zdawały się składać w spójny już obraz. Finału otwartego, pozwalającego wyobrazić sobie całą gamę możliwości zawartych między 0 a 1, między kompletną klęską a pełnym sukcesem.

„Światło” to doskonała lektura, choć ani jest ono jasne ani czyste. To książka dla miłośników „gęstego i mętnego” nastroju, niespiesznie poruszającej się akcji. Wszystko jakby we mgle nierealności, pośród snów odkrywających nam źródła motywacji bohaterów. Wypełnione od samego początku naturalistycznymi opisami. „Światło” jest brudne, lepkie i nie pozostawia takimi samymi tych, których oświeci. „Światło” jest wspaniałe. Więcej „Światła”!

M. John Harrison każdym zdaniem udowadnia, że jego druga książka w Uczcie Wyobraźni to nie żadne „prawo serii”. To prawdziwa uczta, tak dla zwolenników twardego SF, którego konwencja jest przez autora wykorzystana, jak i dla każdej osoby, która jest skłonna dla kilkuset stron wyśmienitej prozy odrzucić krępujący wyobraźnię realizm. Kto wie, może „Światło” to najlepsza książka wydana dotychczas w UW? Na pewno ja je tak odbieram. Na koniec chcę zwrócić uwagę na dwie jeszcze cechy „Światła”. Pierwsza, to świetna, ascetyczna nieco w stylu okładka, najlepiej prezentująca się ze wszystkich opraw serii. Druga to niestety przykra niespodzianka, czyli okraszony spojlerami tekst z tylnej okładki. Wydawnictwo mogło pozostać przy opiniach innych pisarzy, może nawet poprosić o ocenę kogoś spośród rodzimych autorów lub znawców gatunku. Niestety, na samym końcu świetnej książki otrzymujemy potworka, który raczej nikogo do lektury nie przyciągnie a tym, którzy po „Światło” sięgną, serwuje przykry posmak na czas lektury.

„ – To nie jest miejsce dla ludzi.
– No, ale czy nie chciałbyś się przekonać? – zapytał łagodnie wuj Suwak. – Nie po to przyleciałeś?
– Kurwa, fakt.”

Zapraszam do lektury.

Autor: Michał „Mag_Droon” Łon

Wydawnictwo: Mag
Tytuł oryginału: Light
Tłumaczenie: Wojciech Próchniewicz
Data wydania: 5 lutego 2010
ISBN: 978-83-7480-157-7
Oprawa: twarda
Format: 135 x 202
Rok wydania oryginału: 2002
Liczba stron: 304
Seria: Uczta Wyobraźni

This entry was posted on czwartek, Marzec 11th, 2010 and is filed under Recenzje. You can follow any responses to this entry through the RSS 2.0 feed. Both comments and pings are currently closed.

Comments are closed.