Do przeczytania tej książki zachęcił mnie (jak widać, całkiem skutecznie) sam autor, którego miałem przyjemność poznać w trakcie jednego z wypadów do Wrocławia, czyli mojego ulubionego polskiego miasta. Po kilku piwach zobowiązałem się do przyswojenia sobie tytułu i szczerze mówiąc, powziętego zobowiązania nie żałuję. Miałem drobne obawy, gdyż był to powieściowy debiut autora i na dodatek z wydawnictwa, z którego rzadko nabywam książki. Już po fakcie muszę przyznać, że lektura okazała się całkiem przyjemna, o tym jednak za chwilę.

W poprzedniej recenzji umieszczonej na tym blogu Piotr Młynek napisał, że „Głową w mur” jest powieścią mozaikową. Zastanawiam się, czy ta klasyfikacja jest całkowicie adekwatna. Jeżeli powieść mozaikowa polega na subtelnych nawiązaniach do wydarzeń fabularnych, które korespondują ze sobą w zbiorze opowiadań – to „Głową w Mur” można nazwać powieścią mozaikową. Zastanawiam się, czy tu nie chodzi jednak o opowiadania (lub rozdziały powieści), które rozpatrują to samo wydarzenie (motyw, sytuację lub cały ciąg fabularny) za każdym razem z innego punktu widzenia, by w ostatnim z nich ostatni element układanki utworzył wszystko wyjaśniającą całość, ale wtedy mamy do czynienia z powieścią szkatułkową (jakby na to nie patrzeć kolejne opowiadanie rozwijają zawarte w poprzednich wątki – na mój gust jednak zbyt subtelnie). To tylko taka dygresja i wątpliwość z mojej strony. Faktem jest, że opowiadania są scalane motywami fabularnymi, postaciami, informacjami o wydarzeniach w innym opowiadaniu. Spinane są też swojego rodzaju klamrą, czyli kazaniami na Placu Szalonych Proroków, a owa klamra wprowadza czytelnika w odpowiedni klimat oraz nasuwa pewne wskazówki fabularne. Może być też tak, że „szkatułkowość” tej prozy w pełni uwidoczni się w całym cyklu. Ciężko orzec po lekturze tylko pierwszej części, ale to mnie niejako zmusza do sięgnięcia po kontynuację.

Debiutancka książka Orkana przenosi nas w mroczny świat miasta Vakkerby. Pełnego brudu, smrodu, ubóstwa. Mieszkańcy podzieleni są na kasty. Na zwykłych ludzi (zazwyczaj biedota), złotorękich (rzemieślników) i arystokratów (przedstawiciele władzy). Obok, a w zasadzie ponad tym wszystkim, jest Zakon Technomagiczny, który wytwarza i kontroluje technologię opartą na magii, kluczową dla życia i przemysłu miasta. Kluczową dla życia, gdyż magiczne ścieki z fabryk przeraźliwie mutują mieszkańców Vakkerby. Samo miasto to trochę połączenie Sin City z filmu Franka Millera, jak i Night City z systemu Cyberpunk 2020. Zwłaszcza narzuca mi się to drugie nawiązanie, w którym życie codzienne determinowane jest przez technologię i wytwarzającą ją korporację. W Night City także jest smog, brud, smród, ubóstwo i podziemie… technologicznych dziwadeł. Byhtra, jeden z bohaterów książki, przypomina Solosa, czyli ma mechanikę gry żołnierza fortuny walczącego w imię pieniędzy i lepszych warunków życiowych. Drania bez skrupułów, dla którego ukłucia szpilki sumienia są niczym ugryzienia komara. Przypomina też Marva z Sin City. Osiłka, dla którego „najlepszym miejscem byłoby średniowiecze pole bitwy, na którym mógłby szaleć z toporem w dłoni”, który dla kobiety okazującej mu odrobinę czułości i ciepła byłby w stanie zniszczyć cały świat. Tak jak Marv ma fizyczną słabostkę (w tym wypadku suchoty), tak jak Marv daje się też wykorzystać.

Największym atutem autora jest wykreowany od podstaw świat Vakkerby. Miasto zachwyca mnie swym brudem i smrodem, zdegenerowanymi mutantami, kurestwem, nędzą oraz bardzo subtelną nutą godności i człowieczeństwa tlącą się gdzieniegdzie w tym wszystkim. Wspaniałym atutem jest także stylizowana gwara z Psiego Dołka, fragmenty prowadzonych w niej rozmów czytało się znakomicie. Książka posiada wspaniały klimat. Jeżeli miałbym wskazać ulubione opowiadanie, bez mrugnięcia okiem obstawiłbym na „Miód z moich żył”, w którym urzekła mnie historia Tane-tani oraz głupota (czy raczej zaślepienie) Gebneha. Historia smutna i ckliwa, jednak na szczęście pozbawiona patosu. Gdybym miał wskazać zgrzyty w lekturze, czepiałbym się tylko niektórych rozwiązań fabularnych, w tym dla mnie trochę niespójnego i momentami nielogicznego rozwoju postaci Byhtry. Jakoś nie mam serca dla tego najemnika (nie przepadam też za narracją pierwszoosobową). Momentami widać , że autor musi także doszlifować warsztat literacki, gdyż ma tendencję do przedobrzania niektórych wątków, ale to debiut – więc można spokojnie przymknąć oko. Wierzę, że autor pod tym względem „wyrobi się”.

Podsumowując. Dzieło to może nie jest na miarę „Imienia róży” Eco, ale jest to zdecydowanie soczysta proza, w której coś się dzieje i dzieje się na dodatek ciekawie. Świetna lektura odprężająca. Bardzo miło spędziłem przy niej czas i jeżeli tylko fundusze zezwolą, zakupię sobie „Dzikiego Mesjasza”, gdyż zwyczajnie jestem ciekaw, co będzie dalej. Dobra rozrywka. Polecam.

Autor: Paweł Świątek

Wydawnictwo: Fabryka Słów
Data wydania: 27 lutego 2009
ISBN: 978-83-7574-010-3
Oprawa: miękka
Format: 125 x 195
Seria:Asy polskiej fantastyki
Cykl: Paramythia Vakkerby
Tom: 1

This entry was posted on sobota, Marzec 13th, 2010 and is filed under Recenzje. You can follow any responses to this entry through the RSS 2.0 feed. Both comments and pings are currently closed.

Comments are closed.