Powieść Grega Egana długo zwodzi czytelnika, przyzwyczajonego (przez poprzednie utwory tego pisarza) do żłobiących nowe ścieżki w mózgu naukowych konceptów i teorii przetworzonych przez autora w intrygujące, ale – w gruncie rzeczy – trochę hermetyczne fabuły. Wymagały one – przed lub po lekturze – uzbrojenia się w solidny background naukowy, aby w ogóle podjąć próbę jakiejkolwiek rzetelnej krytyki. A jeśli chciało się „tylko” Egana przeczytać, wystarczyła bardzo skupiona uwaga, aby nie wypaść z drogi wytyczonej przez autora. Choć jest ona zawsze zawikłana, to stworzona z precyzją ścisłego, matematycznego umysłu twórcy.

Inaczej jest w „Teranezji”. Większa część historii to po prostu nieźle skrojona obyczajowa powieść, dziejąca się w niedalekiej przyszłości, najpierw na jednej z wysp należących do Indonezji. Na niej „dziewięcioletni Prabir Suresh mieszka z młodszą siostrą, Madhusree (…). To raj, którego próżno szukać nawet na mapach regionu – Teranezja. Tam właśnie ich rodzice, biolodzy, badają pewien gatunek motyli, który dość niepojętym i dziwnym trafem pozostał nieodkryty aż do dwudziestego pierwszego wieku”. Jednak wybuch wojny domowej w Indonezji wywraca do góry nogami życie Prabira i Madhusree, nieodwołalnie kończąc ich idyllę

Wówczas zaczyna się drugi rozdział tej swoistej odysei rodzeństwa. Trafiają do dalekiej krewnej matki w Kanadzie, która decyduje się nimi zaopiekować. W ten sposób dzieci, przyzwyczajone do naukowej ścisłości, logiki, znajdują się pod skrzydłami ciotki – naukowca, absolwentki i wykładowcy całkowicie zbzikowanych i karykaturalnie przedstawionych gender studies, będących w opozycji do logiki ze swoim pomieszaniem i chaosem pojęciowym, który sprawia, że każdy, w imię tolerancji i braku jakichkolwiek uczciwych, naukowych zasad, może bezkarnie wygłaszać całkowicie głupie teorie i być uważanym za wielkiego naukowca w tym Nowoczesnym Świecie Jutra. Karykatury to łagodne i, w gruncie rzeczy, drugoplanowe. Tak samo jak tło postępowego środowiska uniwersyteckiego. Służą jedynie zderzeniu dotychczasowego świata dzieci, sielskiego, uporządkowanego, ale logicznego, z nową rzeczywistością, w której przyjdzie im osiągnąć dorosłość, ale jednocześnie nie zatracić dziedzictwa intelektualnego wyniesionego z wyspy, które ich ukształtuje wbrew nowym realiom. Można zarzucić Eganowi, że – jeśli dobrze odczytuję tę część książki – dopuścił się tu pewnego fałszu, przyjmując, iż tak małe dzieci będą w stanie nie tylko zachować wspomnienia z dzieciństwa, ale też świadomie oprzeć się wpływom nowych dla nich warunków. Taka umiejętność wartościowania u dzieci właściwa byłaby bardziej dla dorosłych. Ta silna formacja wewnętrzna nie wydała mi się także elementem, czy skutkiem tego, co działo się na wyspie.

„Epilog” tej części kończy się dorosłością Prabira i Madhursee. Obydwoje już ukształtowani gotowi są stawić czoła tajemnicom, które pozostały na wyspie i w ich pamięci, każde z nich z innego powodu. Dla Prabira będzie to bardziej chęć chronienia siostry, niż próba zmierzenia się z wyspą, będzie on musiał dopiero dorosnąć do stawienia czoła wyzwaniu, lepiej, zdaje się, rozumianemu przez Madhursee, która wyruszyła w tę podróż znacznie wcześniej. A tajemnice wręcz domagają się ujawnienia. Coś, co – zdaje się – zostało zapoczątkowane na wyspie, rozwija się, ewoluuje i rozprzestrzenia, a praca rodziców może przyczynić się do szybszego zbadania zjawisk, które stoją w sprzeczności z teorią ewolucji. Aby nie spoilerować zbyt mocno, napiszę tylko, że nie zabraknie w powieści i elementów związanych z mechaniką kwantową, tyle że ukrytych gdzieś w tle rozważań o głównym zagadnieniu. Ciekawym, czy Egan poczuł, że mechanika kwantowa, która w taki czy inny sposób była znacznie intensywniej obecna w poprzednich powieściach, nie ma mu – jako pisarzowi – nic więcej do zaoferowania? Dlatego zapuścił się na poletko biologiczne?

I w ten sposób docieramy już prawie do 2/3 powieści a tak naprawdę nie wiemy nic. I to jest właśnie zaskoczenie. Wprawdzie w poprzednich powieściach Egan także nie wykładał kart na stół, ale nie fundował czytelnikowi tak długiego i łagodnego wejścia w problemy naukowe, które poruszał, jak uczynił to w „Teranezji”. Zastanawiam się, nawet pisząc te słowa, czy to jest wada, czy zaleta tej książki. To wchodzenie w zagadnienia związane z ewolucją, czy genetyką nie wymaga zmierzenia się już na starcie z problemami tak przerastającymi nienaukowy umysł, jak to było w „Mieście permutacji”, „Kwarantannie”, czy „Stanie wyczerpania”. Zatem ta powieść Egana jest zdecydowanie pod tym względem inna od poprzednich jego fabuł. Można powiedzieć, że jest ona bardziej otwarta na czytelnika spoza wąskiego grona miłośników tzw. twardej science fiction. Choć i tych „tradycjonalistów” Egan ostatecznie nie zawiedzie w – umownie to określmy – ostatniej części książki rozgrywającej się na wyspie.

Nie będę pierwszym, który napisze, że miał skojarzenia z „Radiem Darwina” Grega Beara (co można sprawdzić w wątku autorskim poświęconym Eganowi na naszym forum). Jednakże Greg Egan w realizacji swojego pomysłu jest znacznie lepszy od Beara, a na pewno jego fabuła jest głębsza i pobudzająca do refleksji nad znaczeniem ludzkiego życia, sprowadzając je w smutnej konstatacji do… Nie mogę dokończyć, aby nie zepsuć samodzielnego poszukiwania odpowiedzi, choć może nie być to odpowiedź miła, zwłaszcza w kontekście przedstawionych losów obojga rodzeństwa. Jednak pobudza do humanistycznej refleksji. Dlatego warto przeczytać tę powieść.

Autor: Roman Ochocki

Wydawnictwo: Solaris
Tytuł oryginału: Teranesia
Tłumaczenie: Konrad Kozłowski
Data wydania: 10 lutego 2010
ISBN: 978-83-7590-031-6
Oprawa: miękka
Format: 125 x 195
Rok wydania oryginału: 1999
Liczba stron: 332

This entry was posted on sobota, Marzec 27th, 2010 and is filed under Recenzje. You can follow any responses to this entry through the RSS 2.0 feed. Both comments and pings are currently closed.

Comments are closed.