Wszechstronność zazwyczaj bywa zaletą, ale często też uznaje się, że ten, kto zna się na wszystkim, to tak jakby nie znał się na niczym. Kult specjalizacji ogarnął świat już jakiś czas temu. Społeczeństwo samo siebie szufladkuje, układa na odpowiednich półkach, a ten, kto się wychyla, dostaje po głowie. Podobnie jest w literaturze. Pisarz s-f ma pisać o statkach kosmicznych, fantasy o elfach, a w horrorze ma lać się krew. Oczywiście zmiana raz wybranego nurtu jest źle odbierana przez fanów. Jednak zdarzają się tacy autorzy, którzy wydają się pisać dla samych siebie a odnoszą niewiarygodne sukcesy. Jednym z nich jest Neil Gaiman, literat, scenarzysta, reżyser, dziennikarz. Robi to, co lubi, a zrazem to, co przynosi mu sławę. Od mrocznych scen w serii komiksowej „Sandman” po ostatnie swoje dzieło, skierowane przede wszystkim do młodego odbiorcy, pt: „Odd i lodowi olbrzymi”.
Rzeczywistość widziana oczyma mrówki musi wyglądać fascynująco. Wystarczy uzmysłowić sobie ogrom informacji przetwarzanych przez mrówcze zmysły. Ziemia emanująca milionami zapachów, tajemnice czające się za każdym drzewem, niebezpieczeństwa czekające na co bardziej nieostrożne istoty. Teraz wszystkie te wrażenia są dosłownie na wyciągnięcie ręki. Bernard Werber w powieści „Imperium mrówek” zabiera czytelnika w podróż do mrówczego świata. Świata istot potężnych, a zarazem tak maleńkich, że często ledwo dostrzegalnych.
Moje pierwsze spotkanie z pisarzem z Tuluzy miało miejsce podczas lektury książki „Tanatonauci”. O ile wspomniana powieść pod względem fabuły w finalnym rozrachunku nie wypadła najkorzystniej, o tyle język wypowiedzi Bernarda Werbera pozostawił bardzo korzystne wrażenia. Na tyle pozytywne, że postanowiłem sięgnąć po „Imperium mrówek”, tj. pierwszą część trylogii „Mrówki”, która dość szybko zyskała uznanie w oczach czytelników nie tylko z Francji. W Polsce możemy cieszyć się twórczością Bernarda Werbera dzięki wydawnictwu Sonia Draga.

Apetyt rośnie w miarę jedzenia, to powszechnie znana prawda. Idziemy na obiad do przyszłych teściów, a matka naszej wybranki, chcąc błysnąć przez przyszłym zięciem, wyczarowuje wykwintny i cudowny obiad. Pyszne jedzonko, które ma nas udobruchać i sprawić, że podporządkujemy się jej woli. Jednak jadąc na kolejna biesiadę u rodziców ukochanej szykujemy się, że znowu dobrze pojemy… a tutaj kotlet się przypalił, a rosół zagotował i nici z uczty. Teściowa raz się postarała, a na kolejny zabrakło jej animuszu. Podobnie przytrafiło się pewnemu pisarzowi. Jeffrey Ford zapomniał zupełnie doprawić swojej powieści. Nawiązując do gotowania, to nawet nie dodał soli do smaku.
Jeffa VanderMeera określić można jako pisarza „od miast” – w jego twórczości to właśnie na ich kreacji opiera się fabuła, a same metropolie urastają do rangi osobnych bohaterów. Nie będzie chyba przesadą stwierdzenie, że w tej materii autor stał się prawdziwym mistrzem. Z premierą kolejnej jego książki „Shriek: Posłowie” wprowadzoną na rynek tym razem przez wydawnictwo Mag, czytelnik ma okazję odwiedzić powtórnie jedno z takich niesamowitych tworów, mowa oczywiście o mieście Ambergris. Przy poprzedniej wizycie można je było poznać przez lekturę rozpraw naukowych, przewodników, listów, notatek – istna układanka, którą porozrzucaną podał nam autor. Użycie tej niestandardowej formy wyróżniało „Miasto szaleńców i świętych” spośród innych pozycji ukazujących się na rynku i tworzyło specyficzny klimat, który panuje w tej metropolii.
Gdy słyszycie „Stephen King”, jakie jest wasze pierwsze skojarzenie? Mi momentalnie przed oczami pojawia się autor horrorów z czarodziejskim kapeluszem pomysłów oraz wiecznie żywym „stanem Maine”. Sięgając po dowolny tekst literacki sygnowany jego nazwiskiem zakładam, że będzie on z zasady przyprawiał o gęsią skórkę, wywoływał uczucie niepokoju, a przede wszystkim nadmiernie rozbudzał uśpioną wyobraźnię. Nie spodziewam się jednak, że ilekroć sięgnę po powieść – czy też opowiadanie – zostanę pogryziony, opętany, zarażony czy też zmiażdżony. Nie, nie spodziewam się tego i wam też nie radzę.
Stephen King niejednokrotnie udowadniał, że straszyć potrafi. Robi to z powodzeniem czy to się komuś podoba czy nie i w najbliższym czasie nie planuje przestać. Od blisko czterdziestu lat wypycha umysły czytelników całego świata obrazami zła kryjącego się pod najróżniejszymi postaciami, od wampirów gryzących po zachodzie słońca po dzieci przetrącające karki rówieśników kijem do bejsbola. Stephen King, autor z wieloletnim doświadczeniem, pisarz znakomicie odnajdujący się zarówno w klasycznej literaturze grozy jak i powieści obyczajowej.
Pisząc o pierwszej części cyklu o Wspólnocie pt. „Gwiazda Pandory” nie omieszkałem wspomnieć, że na finał tej powieści zaczekamy do marca 2010 r. I tak też się stało. Jesienią 2009 r. ukazał się pierwszy tom „Judasza wyzwolonego” a w marcu tego roku tom drugi. Wydawnictwo Zysk nie spieszyło się z finalizacją cyklu z sobie tylko znanych powodów, które mnie – jako czytelnika – w ogóle nie obchodzą. Nie zamierzam ich rozumieć, współczuć, solidaryzować się. Bo traktowanie czytelnika jak tresowane zwierzątko, któremu w odpowiedniej chwili rzuci się kość i poklepie po głowie, wcale nie jest przyjemne. Ostatecznie mogę także za to winić Petera F. Hamiltona. Pisze te swoje „cegły” nie zważając na to, że nie da się zmieścić w dwóch tomach powieści obliczonej na dwie części, która liczy jednak ponad dwa tysiące czterysta stron. Na pewno nie da się tego uczynić w Polsce w przypadku wydawcy, który uparł się na niemal kieszonkowy format powieści. Jednak, koniec końców, poirytowanie tak długim oczekiwaniem na finał, jest przede wszystkim „zasługą” stworzonej przez Hamiltona fabuły. Bo spoglądając z perspektywy całości, powiedzieć można tylko jedno – dobre to było i to oczekiwanie zostało sowicie wynagrodzone.
Demony przeszłości czasami są gorsze od tych prawdziwych, pochodzących z piekielnych otchłani. Dają w kość nawet najbardziej zatwardziałym ignorantom. I jak to one, składają wizyty w najmniej odpowiednich momentach. Feliks Castor miał widocznie za mało problemów na głowie, otrzymał więc w ramach promocji parę kolejnych. Wracamy do Londynu, w którym duchy, łaki oraz upiory chodzą między ludźmi jakby nigdy nic, a niektóre nawet w uczciwy sposób zarabiają na… życie? A po przełomie wieków ich działalność jest coraz bardziej zauważalna. Egzorcyści mają pełne ręce roboty.
Czwarta część cyklu o Feliksie Castorze przynosi nam powiew świeżości, a autor serii, Mike Carey, podąża w stronę mroczniejszych historii, drastyczniejszych opisów i przerażającej wizji przyszłości. „Krew nie woda” rozpoczyna się w momencie, kiedy to Rafael Ditko, opętany przez Asmodeusza, ma zmienić miejsce stałego pobytu i przeprowadzić się z Ośrodka Opieki Charlesa Stangera do Kliniki Ontologii Metamorficznej, którą zarządza „przyjaciółka od serca” głównego bohatera, Jenna-Jane Mulbridge. Czyli przeskok czasowy między poprzednią powieścią, pt. „Przebierańcy”, a najnowszą odsłoną serialu jest niewielki. Feliks, czując się odpowiedzialny za pana Ditko, wcale nie zamierza przyglądać się tej jego zmianie otoczenia z boku. Wątek demona Asmodeusza, który został zapoczątkowany w pierwszym tomie cyklu, jest systematycznie rozwijany oraz nabiera tempa. Jak to się skończy, pewnie przyjdzie nam poczekać do finału historii, a ma ona mieć siedem części.
W ubiegłym roku miałem niewątpliwą przyjemność przeczytać „Grombelardzką legendę” Feliksa W. Kresa. Obecnie, z drobnym poślizgiem w czasie, recenzuję kolejną część szererskiego cyklu „Księgi całości” i zaczynam naprawdę żałować, że nie sięgnąłem po niego kilka lat temu. Seria ta, jak pisałem we wcześniejszej recenzji, jest osadzona w Szererze, od początku do końca samodzielnie wykreowanym przez autora świecie fantasy, z nawiązaniami do rzeczywistych, europejskich wieków średnich. Świat ten nie dość, że samodzielnie wykreowany, to jeszcze w swej konstrukcji jest spójny i konsekwentny, co dodaje kolejnego smaczku uprzyjemniającego lekturę.
Centrum wydarzeń fabularnych świata przedstawionego jest tym razem Dartan i jego najbogatszy region „Dobry Znak”, zarządzany niegdyś przez ekscentrycznego księcia Lewina. Owy ekscentryzm w oczach poddanych, i nie tylko poddanych, osiągnął swój punkt kulminacyjny w momencie, gdy książę zwrócił wolność, a następnie poślubił swoją niewolnicę, która po jego śmierci prawnie przejęła schedę po nim. Co oczywiście krewnym księcia w Dartanie nie było w smak do tego stopnia, że postanowili się z nuworyszką sądzić. Nawet nie o zasadę, że to była niewolnica przejmuje majątek, gdyż armektańskie prawo zezwala na taką sytuację, tylko o ów majątek. Gdyż „Dobry Znak” jest zdecydowanie bogatym i łakomym kąskiem. Pierwsza część książki, która została podzielona na dwa tomy, koncentruje się na intrygach związanych z przejęciem schedy i w konsekwencji przygotowaniem się do konfliktu zbrojnego, o którym traktuje tom drugi. Konflikt ten jest prezentowany od kuchni i to na zasadzie wielopłaszczyznowej. Gdzie, oprócz militarnej przewagi, ważną rolę odgrywają zwycięstwa ekonomiczne (jak na przykład spekulacja walutą, która rujnuje Cesarstwo), czy także intrygi natury dyplomatycznej. Pod tym względem powieść jest zdecydowanie tip top. Najlepsze jest też to, że każda strona konfliktu ma swoje racje i chyba z każdą stroną można sympatyzować. Tu Kres mile mnie zaskoczył, nie dzieląc frakcji na tych dobrych i na tych złych.










