Pisząc o pierwszej części cyklu o Wspólnocie pt. „Gwiazda Pandory” nie omieszkałem wspomnieć, że na finał tej powieści zaczekamy do marca 2010 r. I tak też się stało. Jesienią 2009 r. ukazał się pierwszy tom „Judasza wyzwolonego” a w marcu tego roku tom drugi. Wydawnictwo Zysk nie spieszyło się z finalizacją cyklu z sobie tylko znanych powodów, które mnie – jako czytelnika – w ogóle nie obchodzą. Nie zamierzam ich rozumieć, współczuć, solidaryzować się. Bo traktowanie czytelnika jak tresowane zwierzątko, któremu w odpowiedniej chwili rzuci się kość i poklepie po głowie, wcale nie jest przyjemne. Ostatecznie mogę także za to winić Petera F. Hamiltona. Pisze te swoje „cegły” nie zważając na to, że nie da się zmieścić w dwóch tomach powieści obliczonej na dwie części, która liczy jednak ponad dwa tysiące czterysta stron. Na pewno nie da się tego uczynić w Polsce w przypadku wydawcy, który uparł się na niemal kieszonkowy format powieści. Jednak, koniec końców, poirytowanie tak długim oczekiwaniem na finał, jest przede wszystkim „zasługą” stworzonej przez Hamiltona fabuły. Bo spoglądając z perspektywy całości, powiedzieć można tylko jedno – dobre to było i to oczekiwanie zostało sowicie wynagrodzone.

Szerzej o stworzonym uniwersum Wspólnoty pisałem w poprzednim tekście na temat „Gwiazdy Pandory”, toteż rozwodzenie się nad jego konstrukcją byłoby zbytecznym powtarzaniem się. Porównując z poprzednią, obecną na polskim rynku, trylogią Hamiltona pt. Świt Nocy (na którą składają się „Dysfunkcja rzeczywistości”, „Widmo Alchemika”, „Nagi Bóg”) cykl o Wspólnocie jest, „na oko”, o połowę krótszy, mniej w nim bohaterów i wątków. Ale, mimo wszystko, czytając obydwie powieści nie ma się wrażenia, że w stosunku do poprzednich dzieł tego autora, otrzymało się mniej. Peter F. Hamilton to doskonały pisarz, który potrafi tchnąć życie w cały wszechświat i obracać nim, kręcić tak, że czytelnik, który – jak podpisany niżej – zostaje wciągnięty w wir wydarzeń dostaje oczopląsu z radości, że otrzymał wspaniałą, czysto rozrywkową strawę, której niczego nie brakuje. Epicki oddech widoczny jest nie tylko w międzyplanetarnym umiejscowieniu zdarzeń. Widać go także przez pryzmat postaci, od tych na co dzień mało znaczących szaraczków, poprzez wielkich graczy ze szczytów władzy. Czytelnik obserwuje więc zdarzenia z różnych punktów widzenia, otrzymując zarówno „podgląd” starcia na bezpośrednim polu walki, żmudne i niebezpieczne śledztwa, zakulisowe machinacje i gry wielkich tego wykreowanego wszechświata, a nawet perspektywę obcej inteligencji atakującej Wspólnotę. Jednym słowem mamy tu fantastykę, w której zmiksowana została batalistyka, space opera, kryminał, tło obyczajowe, thriller, polityka. I nie czuć przesytu. Akcja toczy się szybko, ale tego nie sposób docenić i ocenić tylko po lekturze jednego tomu jednej części, którą otrzymuje się w odstępach półrocznych. I to jest zasadniczy mankament, za który można winić wydawcę. Autor bowiem mimo wspomnianego przyspieszenia i skoncentrowania akcji na mniejszej liczbie wątków i postaci, poświęca jednak trochę czasu na ich odpowiednie rozstawienie na planszy, pogłębiając ich rysunek oraz – przede wszystkim – tło zdarzeń. Aż chce się polecieć z Justine pod niebem Far Away, ruszyć z Ozziem wędrówką po Ścieżkach Silfenów, czy poświęcić czas na ogarnięcie gier na szczytach władzy lub odbyć śledztwo z Paulą Myo.

Dopiero zatem od pierwszego tomu „Judasza wyzwolonego”, kiedy wszystkie pionki już są w grze, rozpoczyna się decydujące starcie, które jest rozpisane na ponad 1200 stronach. Autor zadbał znakomicie o zaskakiwanie czytelnika do samego końca, zmieniając perspektywy, odwracając sojusze, myląc tropy. W zasadzie czytając „Judasza wyzwolonego” (jak i wcześniej „Gwiazdę Pandory), miałem wrażenie, że autor pisząc obydwie części znakomicie się bawił, ale nie poszedł w zgrywę. Nie będzie wielkim zaskoczeniem, ani spaleniem przyjemności, napisanie, że na czytelnika w finale czeka happy end. Może jest trochę wymuskany, trochę zbyt cukierkowy. Ale przecież nie pozbawiony tragizmu, dramatu kilku postaci, z którymi czytelnik zdąży się przez czas lektury zżyć i polubić. Finał ten zatem nie jest okupiony utratą tylko jednego palca jednego głównego bohatera. Mimo to nie zmusza do refleksji, nie nakazuje się nad niczym zastanawiać. Tak jak nie nakazuje tego żaden dobry rozrywkowy film w stylu przygód Indiany Jonesa, czy „Gwiezdnych wojen”. Choć happy end wydaje się przewidywalny i ludzkość po prostu musi zwyciężyć, to jednak fakt ten i tak nie pozwoli czytelnikowi przewidzieć, jak do tego dojdzie. Ale będzie dramatycznie i pasjonująco. I – co najważniejsze – Hamilton nie zakończył powieści tak, jak zakończył trylogię Świt Nocy, gdzie w finale „Nagiego Boga” wszystko rozegrało się błyskawicznie, nieoczekiwanie i mało satysfakcjonująco.

Nie lubię pisać laurek, ale nie ukrywam, że taki typ fantastyki, jaki proponuje Peter Hamilton bardzo mi odpowiada i nie jestem w stanie podejść do tych powieści krytyczniej. Autor trafia idealnie w mój gust. Dzięki jego powieściom czas szybko mija. Trudno się oderwać od tego bogactwa przyjemnie inteligentnej fabuły nasączonej dynamiczną akcją. Z biegiem czasu, może dopiero przy kolejnej lekturze tych powieści (bo bez wątpienia do nich powrócę), zacznę patrzeć na nie chłodnym okiem i wytykać tu i ówdzie słabości (np. rozwiązanie wątku Ozziego), czy niedociągnięcia. Ale po pierwszym przeczytaniu w ogóle nie miały one dla mnie znaczenia. Lecz nawet wtedy będę i tak łaskawy w ocenie.

Liczę na rychłe ukazanie się kolejnych tytułów tego autora. Spoglądając na jego bibliografię, jest na co czekać. I, mam nadzieję, że wydawcą nie będzie znowu wydawnictwo Zysk. Bo, zapewne, swoim planem wydawniczym odbierze czytelnikom sporo przyjemności, szatkując tytuł na części i rzucając je co jakiś czas złaknionym fanom oraz odbierając szansę Hamiltonowi na zdobycie w Polsce nowych. Ukazuje się u nas sporo fantastyki niskich lotów, coraz bardziej „stargetowanej” na młodzież, przesyconej jakąś okropną czułostkowością. Tymczasem dzięki takim pisarzom jak Peter F. Hamilton, można odzyskać dobry humor, bo przekonuje on swoją twórczością, iż fantastyka „środka” (ani za poważna, problemowa; ani za lekka, łatwa i – przez to – nieprzyjemna) ma się dobrze. A space opera to nie tylko takie gnioty, jak te produkowane przez Webera, czy jemu podobnych.

Autor: Roman Ochocki

Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Tytuł oryginału: Judas Unchained
Tłumaczenie: Michał Jakuszewski
Data wydania: 29 września 2009
ISBN: 978-83-7506-344-8
Oprawa: miękka
Format: 125 x 183
Rok wydania oryginału: 2005
Liczba stron: 612
Tom cyklu: 2, część 1

Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Tytuł oryginału: Judas Unchained
Tłumaczenie: Michał Jakuszewski
Data wydania: 9 marca 2010
ISBN: 978-83-7506-434-6
Oprawa: miękka
Format: 125 x 183
Rok wydania oryginału: 2005
Liczba stron: 596
Tom cyklu: 2, część 2

This entry was posted on piątek, Kwiecień 9th, 2010 and is filed under Recenzje. You can follow any responses to this entry through the RSS 2.0 feed. Both comments and pings are currently closed.

Comments are closed.