Gdy słyszycie „Stephen King”, jakie jest wasze pierwsze skojarzenie? Mi momentalnie przed oczami pojawia się autor horrorów z czarodziejskim kapeluszem pomysłów oraz wiecznie żywym „stanem Maine”. Sięgając po dowolny tekst literacki sygnowany jego nazwiskiem zakładam, że będzie on z zasady przyprawiał o gęsią skórkę, wywoływał uczucie niepokoju, a przede wszystkim nadmiernie rozbudzał uśpioną wyobraźnię. Nie spodziewam się jednak, że ilekroć sięgnę po powieść – czy też opowiadanie – zostanę pogryziony, opętany, zarażony czy też zmiażdżony. Nie, nie spodziewam się tego i wam też nie radzę.
Stephen King niejednokrotnie udowadniał, że straszyć potrafi. Robi to z powodzeniem czy to się komuś podoba czy nie i w najbliższym czasie nie planuje przestać. Od blisko czterdziestu lat wypycha umysły czytelników całego świata obrazami zła kryjącego się pod najróżniejszymi postaciami, od wampirów gryzących po zachodzie słońca po dzieci przetrącające karki rówieśników kijem do bejsbola. Stephen King, autor z wieloletnim doświadczeniem, pisarz znakomicie odnajdujący się zarówno w klasycznej literaturze grozy jak i powieści obyczajowej.
„Ostatni bastion Barta Dawesa” zaliczyłbym właśnie do tej drugiej kategorii. Stephen King, tym razem ukrywający się pod pseudonimem „Richard Bachman”, prezentuje dramat człowieka, który z dnia na dzień stracił dorobek całego życia. Śliczną i oddaną żonę, pralnię, gdzie pracował przez dwadzieścia lat oraz dom rodzinny, miejsce będące pomostem łączącym go ze zmarłym synem. Ogarnięty rozpaczą, pałający nienawiścią do osób odpowiedzialnych za wywrócenie świata do góry nogami, Bart Dawes rozpoczyna samotną walkę w obronie dóbr
Patrząc na głównego bohatera, a także na rzeczywistość go otaczającą niejednokrotnie odnosiłem wrażenie, że oto stoi przede mną człowiek-marionetka. Bezwładny golem pląsający w takt melodii szaleństwa. Od początku bowiem jesteśmy świadomi, że historia z jego udziałem nie może zakończyć się szczęśliwie. „Ostatni bastion Barta Dawesa” nazwałbym zapiskami opowiadającymi o istocie przypartej do muru, mającej świadomość nieuniknionej porażki, a mimo to – walczącej. Być może historią zwykłego szaleńca, schizofrenika nie mogącego pogodzić się ze śmiercią bliskiej osoby. Niezależnie jednak od naszej moralnej oceny głównego bohatera faktem pozostaje to, że jest on postacią tragiczną.
Stephen King przyzwyczaił do powieści wielowątkowych. Być może dlatego po przeczytaniu ostatniego zdania wspominanej książki czuję lekki niedosyt. Fabuła skupiona tylko i wyłącznie na jednej postaci może nudzić, co uważam za całkowicie naturalny stan rzeczy. Ile można czytać ciągle o tym samym? Poznajemy bohatera, wczuwamy się jego sytuację, zaczynamy rozumieć ból buzujący mu w skroniach. Jesteśmy świadkami jak postać zaczyna staczać się coraz bardziej ku – jakkolwiek banalnie to zabrzmi – przeznaczeniu. I nic więcej. Autor nie raczy nas żadnymi dodatkami. Ostatni bastion Barta Dawesa jest powieścią całkowicie podporządkowaną jednemu bohaterowi. Świat zewnętrzny został ograniczony do niezbędnego minimum. Postacie poboczne są pozbawione życia. Tekturowe figurki, których głównym zadaniem jest bycie „dopełniaczem” do szaleństwa ogarniającego Barta Dawesa.
Jeszcze jedna uwaga. W trakcie lektury nie sposób nie zadać sobie pytania: jak ja zachowałbym się na miejscu głównego bohatera? Czy siedziałbym bezczynnie i patrzył jak prawo „sprawiedliwości nasranej na papierze” doprowadza do unicestwienia mojego szczęścia? W telewizji bez przerwy słyszymy hasła głoszące wyższą konieczność społeczną czy dobro ogółu. Nie jestem pewien czy umiałbym pogodzić się z utratą wszystkiego co kocham, nawet w imię wyższych ideałów.
Podsumowując, Ostatni bastion Barta Dawesa to dość ciekawa historia człowieka stającego w obronie tego co w jego życiu uchodzi za najcenniejsze. Historia człowieka, który choć przyparty do muru nie składa broni. Wręcz przeciwnie.
Autor: Sylwester „Sharin” Kozdroj
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Tytuł oryginału: The Roadwork
Tłumaczenie: Maciejka Mazan
Data wydania: 8 maja 2002
ISBN: 83-7469-103-4
Oprawa: twarda
Format: 120 x 193
Rok wydania oryginału: 1981
Liczba stron: 252
Przeczytaj również:
- „Uciekinier” – Stephen King Po „Uciekiniera” sięgnąłem z jednego powodu. Kilka lat temu oglądałem film „Żywy cel”. Opowiadał o grupce najemników, którzy w celach treningowych porywali obywateli Stanów Zjednoczonych i polowali na nich. Pewnego...
- „Sklepik z marzeniami” – Stephen King „Sklepik z marzeniami” Stephena Kinga na pierwszy rzut oka może odpychać. Przez dłuższy czas nie chciałem mieć z nim nic wspólnego, omijałem szerokim łukiem, a wszystko za sprawą uprzedzeń. Choć...
- „Blade Runner” – Philip K. Dick Zrecenzować powieść należącą do klasyki science fiction nie jest zadaniem prostym. Dodatkowo poprzeczka podnosi się, jeżeli przyjmiemy, że o książce napisano dosłownie wszystko, co można było o niej powiedzieć. Będąc,...
- „Piknik na skraju drogi” – Arkadij i Borys Strugaccy Przez wiele lat z całkiem mi teraz niezrozumiałych przyczyn nie dotykałem żadnej książki z kręgu klasycznego S-F. Czytywałem moc fantasy, tak wysokich jak i niskich lotów. A od czasu „Diuny”...











Leave a Reply