Sięgając po drugą wydaną w Polsce powieść Grahama Joyce’a spodziewałem się, że przeczytam książkę przypominającą raczej masowo wydawane po sukcesie „Kodu Da Vinci” Dana Browna thrillery, oparte o religijne teorie spiskowe. Wskazywały na to tak okładka jak i umieszczona na jej czwartej stronie opinia M. John’a Harrisona. Spodziewałem się książki, którą szybko przeczytam oraz niestety lub na szczęście – szybko zapomnę. Moje obawy okazały się być tylko częściowo zasadne, ale nie oznacza to bynajmniej, że książkę uznam za objawienie roku.

Tak jak i w przeczytanym pół roku temu „Indygo” tak i tu na pierwszy plan wysuwa się szaleństwo. Tom Webster, główny bohater powieści nie może otrząsnąć się po śmierci swojej żony. Porzuca pracę nauczyciela religii w szkole średniej i udaje się w poszukiwaniu ukojenia do Jerozolimy, gdzie chciał z nią pojechać. Obecnie mieszka tam jego jedyna przyjaciółka Sharon, którą poznał jeszcze na studiach

Jak łatwo się domyślić spokoju tam nie znalazł. Wręcz przeciwnie, każdy dzień wydawał mu się kolejnym krokiem w otchłanie obłędu. I w tym momencie zaczynają się „schody”. Pojawiają się dwa nieco chyba na siłę dodane wątki. Jeden to znany z tuzinów książek (czyli mocno już wyeksploatowany), motyw spisku leżącego u podstaw wiary chrzescijańskiej. Znowu fragmenty zwojów (tym razem z Al Qumran) zawierających sensacyjne apokryfy (nie jestem ich znawcą, nie wiem więc czy były to elementy faktycznie istniejącej alternatywnej ewangelii czy twórcza praca autora). Znowu małżeństwo z Marią Magdaleną, znowu oszuści przejmują władzę w kościele pierwszych chrześcijan i manipulują żywotami Nazareńczyka. W tym momencie aż chce się zacytować Wojciecha Młynarskiego: „Jak długo można pieprzyć, Panowie? No jak długo jeszcze?!”. Drugi natomiast to ukazanie Jerozolimy jako miasta, którego mieszkańcy są prześladowani przez demony z mitów arabskich. Wraz z kolejnymi próbami podejmowanymi przez głównych bohaterów, mającymi przywrócić Tomowi równowagę psychiczną i uczuciową oraz równolegle rozwiązać zagadkę świętych pism, na jaw wychodzą z czasem źródła ich problemów.

Mam wrażenie, że „Requiem” mogłoby z powodzeniem pozostać opowiadaniem o czających się w głowach bohaterów demonach miłości, pożądania, zdrady czy wyrzutów sumienia. Powstałaby zgrabna i wewnętrznie spoista krótka forma. A tak otrzymujemy kilka, nie zawsze świeżych wątków, które są trudne do powiązania w jedną zawierającą je całość. Trudne, ale nie niemożliwe. Na szczęście koniec wieńczy dzieło, a Joyce potrafi napisać zgrabne zakończenie, które podobnie jak w przypadku „Indygo”, ratuje powieść. Tom Webster to nie Tom Langdon, więc nie jest to błyskotliwe rozwiązanie zawiłej układanki, będacej kluczem tak do mitologii chrzescijańskiej jak i do władzy nad światem. Tak naprawdę to my czytając decydujemy, co tak naprawdę uzdrawia Toma. Prawda, miłość, wiara czy racjonalizm. Dzięki temu ta książka jest dla mnie czymś więcej niż tylko zajęciem na sześć przejazdów przez Warszawę środkami komunikacji miejskiej.

Jako, że akcja powieści dzieje się w Jerozolimie w czasach intifady tuż przed / w trakcie rozmów Rabin – Arafat przechadzamy się wraz z bohaterami po zaułkach arabskich oraz równie niebezpiecznej dla obcych dzielnicy żydowskich ortodoksów. Widać, że ani palestyńscy powstańcy ani ultrareligijni Żydzi nie zaskarbili sobie sympatii autora. Jedni i drudzy potwierdzają miano fanatyków, których tak naprawdę dzieli od siebie niewiele, ot imię boga i kilka nieistotnych nieomal drobiazgów. Przechadzamy się m.in. „turystyczną drogą krzyżową”, dowiadując się jak beznadziejnie i przez jakich ignorantów była ona wytyczana w różnych czasach. Niewątpliwie święte miasto pełne jest miesc, w wyjątkowość których wierzą tylko ci, którzy nie mieli do czynienia z historią (czyli niestety bardzo wielu…).

Niestety właśnie w sferze historycznej pojawia się w „Requiem” błąd merytoryczny. Na stronie 62 bohater chlubiący się znajomością różnych religii stwierdza, że Jerozolima jest od ponad 1500 lat muzułmańska, podczas gdy w czasie akcji książki kalendarz muzułmański nie dobił do 1380 lat.

Ze względu na mało fantastyczny charakter powieść Joyce’a może być polecana raczej jako, „przystawka” (krótka odskocznia od klasycznych utworów fantasy czy SF) niż „danie główne”. „Requiem” wędruje na półkę i myślę, że długo po nią nie sięgnę ponownie, choć na pewno nie będę stronił od prozy Joyce’a, bo ciekawie odmalowuje on problemy tak psychiczne jak i emocjonalne. Poza tym mające się w Polsce ukazać „Facts of life” uważane są za jego najlepszą powieść.

Autor: Michał „Mag_Droon” Łon

Wydawnictwo: Solaris
Tytuł oryginału: Requiem
Tłumaczenie: Martyna Plisenko
Data wydania: 7 kwietnia 2010
ISBN: 978-83-7590-034-7
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Format: 124 x 195
Rok wydania oryginału: 1995
Liczba stron: 288
Seria: Rubieże

This entry was posted on środa, Maj 12th, 2010 and is filed under Recenzje. You can follow any responses to this entry through the RSS 2.0 feed. Both comments and pings are currently closed.

Comments are closed.