To była chyba jedna z najbardziej oczekiwanych przeze mnie premier fantastycznych w tym roku. Lektura „Bohaterowie umierają” oraz „Ostrza Tyshalle’a” pozostawiła mnie bowiem z wrażeniem, że miałem do czynienia z zamkniętą fabułą, zwieńczoną gwałtownym i krwawym finałem. Po takich przygodach bohaterowie zazwyczaj przechodzą do fazy „i żyli długo i szczęśliwie”, bo trudno – na pierwszy rzut oka – wyobrazić sobie udany restart z nowymi przygodami. Dlatego wieść, że Stover nadal pisze o przygodach swego bohatera, wykreowanego w poprzednich częściach, była elektryzująca. Przyznam jednak, że obawy związane z oczekiwaniem premiery tej powieści były u mnie nikłe. Matthew Stover kupił mnie całkowicie poprzednimi książkami z tego cyklu i ufałem, że powrót będzie w doskonałym stylu. Ciekawość dotyczyła tylko i wyłącznie tego, czego dotyczyć będzie fabuła.

Caine zatem powrócił. Powtórzmy: Caine, nie Harri Michaelson, Caine. Przez niemal całą powieść obcujemy z tą postacią, co jest zrozumiałe, jeśli pamiętamy, jaki był finał „Ostra Tyshalle’a”, kiedy doszło do „starcia” Ziemi i Nadświata. Wracamy zatem do Nadświata, już odciętego od Ziemi i samodzielnego. Caine pojawia się w tej powieści incognito, aby nie przyciągać zbytniej uwagi z racji tego, kim stał się obecnie. Jego żywy mit w Nadświecie funkcjonuje nieźle, co nie przysparza mu raczej radości. Zwłaszcza że jego „brat”, Orbek, który adoptował Caine’a do Czarnych Noży w poprzedniej części, popadł w solidne tarapaty. Dyskrecja jest zatem wskazana. Jednak natura głownego bohatera jest silniejsza. Już na „dzień dobry” po przybyciu do pewnego miasta ładuje się w kłopoty i diabli biorą incognito. Jego natura jest po prostu silniejsza.

Sama powieść rozgrywa się na dwóch planach. Pierwszy to własnie ta misja ratunkowa. Drugi to przeszłość: czas, kiedy Harri Michaelson był jeszcze nieznanym Aktorem, ale moment narodzin jego sławy zbliżał się nieuchronnie (lecz nieoczekiwanie) i czytelnik będzie miał szansę razem z nim przekroczyć próg tej sławy podczas okrutnej, krwawej rzeźni, jaką Caine sprezentować miał Czarnym Nożom, okrutnemu plemieniu ogrillów, które stanęło mu na drodze.

Przyznać trzeba Stoverowi jedno: nie pisze on powieści dla wrażliwych dziatek. Jego język jest ostry, brutalny, pełen wulgaryzmów i pozbawiony subtelności. To oczywiście nie przypadek. Bohaterowie Stovera to nie muskający kwiatki noskami rycerze. Orbek to przecież ogrillo, ale nie on jest tu najważniejszy. Caine bowiem to wytresowany zabójca, kierujący się instynktami, jak zwierzę. Nie ma co udawać, że jest subtelnym intelektualistą mordującym od niechcenia i z wyrzutami sumienia. To maszyna do zabijania. Myśli i działa jak taka maszyna: prosto (acz, nie prostacko). Teksty „motywujące”, którymi rzuca Caine mogłyby posłużyć jako doskonałe „mięcho” scenariuszowe w niejednym filmie, gdzie trzeba zmotywować bohaterów do rzezi, po której może nastąpić tylko śmierć. I jednocześnie dialogi, które on wygłasza nie są pozbawione dystansu. Caine jest poza tym pozbawiony fałszywych skrupułów. I za to go lubię, bo jest niezakłamanym głównym bohaterem. Przestaje być płaską postacią z książek, którą łatwo podziwiać, ale od której szlachetności zęby bolą. A zabijanie to nie łatwizna, szczególnie, kiedy towarzyszy mu smród z powodu puszczających zwieraczy; kiedy trzeba brudzić się krwią i wnętrznościami; kiedy nóż trafia w kość a nie w tkankę – i tak dalej, nie mniej malowniczo.

W najnowszej powieści Matthew W. Stover nie próbuje (na razie) przeskakiwać samego siebie poprzez tworzenie fabuły, która skalą przyćmi to, co zaprezentował dotychczas. „Caine Czarny Nóż” przypomina raczej pierwszą część, czyli „Bohaterowie umierają”, kiedy Harri Michaelson musiał wrócić do Nadświata po swoją żonę. Tu jedzie ratować przybranego brata. Tam wszystko na początku zapowiadało się „tylko” na zwykłą misję ratunkową. Tu także. Ale zarówno wtedy, jak i teraz, szybko okazuje się, że gra toczy się o coś całkiem innego, niż można było się spodziewać na początku. A nawet okazuje się, że przeszłość nie jest tak do końca zamkniętą kartą historii. I może to, co stało się lata temu pod Boedecken wcale nie było przypadkiem, pod żadnym względem. Takich elementów wspólnych między tymi powieściami można jeszcze wygrzebać więcej, ale najważniejsze, że nie jest to schemat nużący i przewidywalny swoją powtarzalnością.

Książkę czyta się, jak zwykle, doskonale. Na początku starałem się ją sobie dawkować. Trwało to krótko – do czasu, kiedy uświadomiłem sobie, że drugiej części tej powieści Stover chyba jeszcze nie skończył. Wtedy puściły wszystkie hamulce i połknąłem ją w trzy wieczory. Było warto, nawet wobec faktu, że na ciąg dalszy trzeba będzie trochę dłużej poczekać. Świetne dialogi (wymiany zdań między Cainem a adwersarzami), spora dawka humoru, brutalny realizm, żywa akcja i sama fabuła, która płynnie rozwija się przed czytelnikiem – to wszystko gwarantuje dotychczasowym fanom Stovera spełnienie marzeń. Bo powieści tej nie można zarzucić z pewnością, że będąc kontynuacją, jakoś znacząco obniża loty. Może to za sprawą świeżych wrażeń po lekturze, ale zaryzykuję stwierdzenie, że jest nawet lepiej pod każdym względem, niż w poprzednich tomach. I wbiję małą szpilę na koniec: większość herosów fantasy u Caine’a mogłaby zajmować się noszeniem za nim walizek i czyszczeniem mu butów.

Autor: Roman Ochocki

Wydawnictwo: Mag
Tytuł oryginału: Caine Black Knife
Tłumaczenie: Wojciech Szypuła
Data wydania: 16 kwietnia 2010
ISBN: 978-83-7480-167-6
Oprawa: miękka
Format: 135 x 202
Rok wydania oryginału: 2008
Liczba stron: 480
Tom cyklu: 3

This entry was posted on niedziela, Maj 16th, 2010 and is filed under Recenzje. You can follow any responses to this entry through the RSS 2.0 feed. Both comments and pings are currently closed.

2 komentarze to “„Caine Czarny Nóż” – Matthew Woodring Stover”

  1. Dbrze nam się czyta 🙂 blog dodany do ulubionych 🙂

  2. Właśnie skończyłem czytać. Bardzo dobra książka.