Czerwiec 27, 2010
No comment
Przyjemność z czytania Alastaira Reynoldsa można porównać do przyjemności picia dobrego wina. Jeśli jesteś w stanie rozpoznać smaki i aromaty, ocenić je (docenić) i opisać, to ogarnia cię snobistyczna satysfakcja, że miałeś do czynienia z czymś wyjątkowym i dostępnym tylko niewielu. Zważywszy na fakt, iż bardzo dobre wina można kupić za stosunkowo niewielką cenę – łatwo poczuć się jego koneserem. Lekturę powieści Alastaira Reynoldsa porównałbym zatem do kosztowania Brunello di Montalcino.
„Otchłań Rozgrzeszenia” to kontynuacja dwóch wcześniejszych powieści tego pisarza: „Przestrzeni Objawienia” i „Arki Odkupienia”. Tytuły tych książek mogą wprowadzać mylące wrażenie, że mamy do czynienia z fantastyką zahaczającą o motywy religijne. Nic bardziej mylnego. Science fiction oferowana przez Reynoldsa jest pozbawiona mistyki i łatwych ucieczek w te rejony. Chyba że za takie uznamy wprowadzenie do wykreowanego wszechświata obcych cywilizacji i potężnych technologii (głównie militarnych), które nadają ich użytkownikom status niemal boski. Do tego bowiem doszło w tej powieści. Wskutek poczynionych wcześniej eksperymentów z nowo odkrytymi technologiami i przy czynnym współudziale urządzenia w Hadesie, bohaterowie zyskali nowe możliwości do walki z Inhibitorami. W „Otchłani rozgrzeszenia” powrócą niemal wszystkie postacie znane z przywołanych wcześniej powieści Reynoldsa. Ci, którzy przeżyli, jak i ci, o których czytelnik myślał, że nie przetrwali. Pojawi się także kilka nowych oraz nieoczekiwany zwrot akcji pod koniec powieści, który jednak nie będzie sprawiał wrażenia wyciągniętego z kapelusza królika. W zasadzie tylko wydarzenia opisywane na planecie z wędrującymi katedrami mają, na pierwszy rzut oka, religijne tło. Jednak do czasu, bo u Reynoldsa wszystko ma racjonalne wytłumaczenie.
Read the rest of this entry »
Czerwiec 20, 2010
No comment
Można powiedzieć, że debiutancka powieść Joanny Skalskiej była jedną z oczekiwanych przeze mnie książek, które miały się ukazać w tym roku. Sięgając po nią, w pamięci miałam dobre wrażenie z lektury „Wyspy”, opowiadania, które znalazło się w antologii „Nowe idzie”, nie do końca wiedziałam jednak, czego powinnam spodziewać się teraz. Czegoś podobnego do tego krótkiego tekstu, czy też odwrotnie, zupełnie odmiennego? Adnotacja z tylnej okładki niekoniecznie wiele wyjaśniała, jak również niespecjalnie zachęcała. Tuż przed lekturą pojawiła się nawet mała obawa przed rozczarowaniem. Jak się okazało, zupełnie niepotrzebnie „Eremanta” okazała się pozycją jak najbardziej godną uwagi.
Read the rest of this entry »
Czerwiec 16, 2010
No comment
Kim jest Christopher Moore, nie muszę pisać. Jak pada to nazwisko, od razu czytelnicy odpowiadają, że to ten gość od „Najgłupszego anioła”. Autor zabawnych książek, przesadza w nich gdzie się da, bywa wulgarny i niesmaczny, obrzydliwy i złowieszczy, a nawet zdarza mu się być uroczym – to tak w przerwach między obrzezaniem rzymskiego posągu, a gwałtem na bardzo, ale to bardzo chętnej kucharce. Jak wielu czytelników wie, Moore tworzy także romanse, troszkę specyficzne. Cała historia zaczęła się w 1995 roku, kiedy to zostali wydani „Krwiopijcy”. Powieść o wampirach zamieszkujących San Francisco tak przypadła do gustu fanom, że po latach nalegań i listów z pogróżkami autor napisał jej kontynuację. „Ssij, mała, ssij” ukazała się 12 lat po pierwszej części, jak się dzisiaj okazuje, mini cyklu. Nie dorównała poprzedniczce, ale utrzymała poziom – mówienie o poziomie przy uwłaczających ludzkiej estetyce, etyce i obyczajowości treściach wpędza mnie w konsternację… Reasumując, Moore dopisał kontynuację kontynuacji i wyszło z tego… aj, szkoda gadać.
Read the rest of this entry »
Czerwiec 13, 2010
No comment
Miałem problem z „Fioletem”. Wynikał on z tego, że powieść ta jest całkowicie nie z mojej bajki. Brakuje jej rozmachu, epiki, bogatego tła, czyli wszystkiego, co składa się – na ogół, dla mnie – na co najmniej dobrą książkę, wartą polecenia. Ale postanowiłem jej nie skreślać tylko dlatego, że nie jest pisana z myślą o mnie.
Przy czytaniu „Fioletu” widać gołym okiem, że autorka znalazła sobie niszę, którą stara się wypełnić i zawłaszczyć dla siebie. Czytelnikom jej poprzednich książek nie trzeba chyba tego tłumaczyć, ale dla mnie był to pierwszy kontakt z twórczością Magdaleny Kozak i bardzo wyraźnie rzuciło mi się to w oczy. Generalnie rzecz ujmując, mógłbym sprowadzić wszystko do stwierdzenia, że pisarka jest polską wersją light Toma Clancy’ego (i to z tego schyłkowego okresu jego twórczości, poza cyklem o Ryanie) w „dekoracjach” fantastycznych. I po lekturze „Fioletu” właśnie takie przekonanie rzuciło mi się na mózg i będzie decydować o odbiorze kolejnych jej powieści, jeśli wpadną mi w ręce. Jednak to połączenie nie jest do końca, moim zdaniem, udane.
Read the rest of this entry »
Czerwiec 1, 2010
No comment
Po „Uciekiniera” sięgnąłem z jednego powodu. Kilka lat temu oglądałem film „Żywy cel”. Opowiadał o grupce najemników, którzy w celach treningowych porywali obywateli Stanów Zjednoczonych i polowali na nich. Pewnego dnia spotkali godnego siebie przeciwnika. Scenariusz przypadł mi do gustu i to nie tylko dlatego, że już wtedy szalałem na punkcie Rambo. Motyw samotnego rycerza wymierzającego sprawiedliwość zawsze mnie fascynował. Właśnie dlatego nie mogłem przejść obojętnie obok historii Richarda Stuarta.
„Uciekinier” to kolejne spotkanie z twórczością Stephena Kinga. Tym razem autor zabiera czytelnika w podróż do przyszłości, do Stanów Zjednoczonych funkcjonujących pod wodzą potężnej Korporacji Gier. Choć na pierwszy rzut oka świat zaprezentowany w powieści może uchodzić za odmienny od naszego, jest to odczucie mylące. Pewne cechy charakterystyczne dla XX wieku są w nim nadal aktualne. Kapitalizm, slumsy, pogarszająca się kondycja środowiska naturalnego, wyzysk niższych warstw społecznych. Novum przyszłości polega natomiast na całkowitym podporządkowaniu życia gospodarczego i politycznego kraju chciwej korporacji. Z góry jednak zaznaczam, że Stephen King skupia się tylko i wyłącznie na przedstawieniu swojej ojczyzny. To co znajduje się poza nią owiane jest tajemnicą i tylko między wersami można przeczytać, że Francja nadal istnieje. Czy także jest ogarnięta szałem na punkcie teleturniejów? Trudno powiedzieć. Książka jednak nie traci przez to na atrakcyjności. Wręcz przeciwnie. Czytelnik całą uwagę poświęca alegorycznej wizji Stanów Zjednoczonych.
Read the rest of this entry »