Po „Uciekiniera” sięgnąłem z jednego powodu. Kilka lat temu oglądałem film „Żywy cel”. Opowiadał o grupce najemników, którzy w celach treningowych porywali obywateli Stanów Zjednoczonych i polowali na nich. Pewnego dnia spotkali godnego siebie przeciwnika. Scenariusz przypadł mi do gustu i to nie tylko dlatego, że już wtedy szalałem na punkcie Rambo. Motyw samotnego rycerza wymierzającego sprawiedliwość zawsze mnie fascynował. Właśnie dlatego nie mogłem przejść obojętnie obok historii Richarda Stuarta.

„Uciekinier” to kolejne spotkanie z twórczością Stephena Kinga. Tym razem autor zabiera czytelnika w podróż do przyszłości, do Stanów Zjednoczonych funkcjonujących pod wodzą potężnej Korporacji Gier. Choć na pierwszy rzut oka świat zaprezentowany w powieści może uchodzić za odmienny od naszego, jest to odczucie mylące. Pewne cechy charakterystyczne dla XX wieku są w nim nadal aktualne. Kapitalizm, slumsy, pogarszająca się kondycja środowiska naturalnego, wyzysk niższych warstw społecznych. Novum przyszłości polega natomiast na całkowitym podporządkowaniu życia gospodarczego i politycznego kraju chciwej korporacji. Z góry jednak zaznaczam, że Stephen King skupia się tylko i wyłącznie na przedstawieniu swojej ojczyzny. To co znajduje się poza nią owiane jest tajemnicą i tylko między wersami można przeczytać, że Francja nadal istnieje. Czy także jest ogarnięta szałem na punkcie teleturniejów? Trudno powiedzieć. Książka jednak nie traci przez to na atrakcyjności. Wręcz przeciwnie. Czytelnik całą uwagę poświęca alegorycznej wizji Stanów Zjednoczonych.

Głównym bohaterem powieści jest Richard Stuart. Trzydziestokilkuletni ojciec rodziny, który chcąc uratować bliskich od powolnej, bolesnej śmierci godzi się wziąć udział w programie telewizyjnym „Uciekinier”. Zasady owego show są proste: przez 30 dni jesteś obiektem polowania. Jeżeli przeżyjesz, zgarniasz górę pieniędzy, jeżeli nie, pakują cię do czarnego worka. Emocje zapewnione.

Stephen King w powieści „Uciekinier” maluje świat całkowicie wyzbyty z zasad moralnych. Panującą w nim atmosferę można opisać jednym zdaniem: człowiek człowiekowi wilkiem. A wszystko przez potężną Korporację Gier, która nie poprzestaje na zdobyciu pełnej władzy polityczno-gospodarczej ale pragnie przejąć kontrolę nad wszystkimi sferami społeczeństwa. Mieć realny wpływ nie tylko na tak banalne sprawy jak awanse, ale także decydować o życiu osobistym obywateli. Dosłownie: uzależnić społeczeństwo od siebie w stopniu maksymalnym. W jaki sposób? Kierując uwagę społeczeństwa na tematy drugorzędne poprzez organizowanie brutalnych widowisk. W tym właśnie celu Stephen King rozdmuchuje do monstrualnych rozmiarów zafascynowanie Amerykanów wszelkiego rodzaju teleturniejami, grami, można by jeszcze długo wymieniać. Daje jasno do zrozumienia, że świat z Uciekiniera nie jest w gruncie rzeczy tak bardzo oddalony od znanej odbiorcy rzeczywistości. Już dziś można oglądać programy, których bohaterowie dla sławy i pieniędzy są w stanie poświęcić stosunki z rodziną, zerwać przyjaźnie, czy nawet prowokować do zamieszek. Czyż walka na ekranie, publiczne obrzucanie błotem nie sprawia, że przed telewizorem zasiadają tłumy widzów? A gdy jeszcze poleje się krew? Idealna zabawa. Kilkadziesiąt lat i będziemy świadkami powrotu do walk gladiatorów. Oczywiście będą one rozgrywane w nowych realiach. Miecze to przeżytek, w ruch pójdą prawdziwe zabawki. Jakie? O tym można się przekonać czytając „Uciekiniera”.

Muszę jednak uprzedzić, że historia Richarda Stuarta nie jest najbardziej wciągającą powieścią pod słońcem. Powiedziałbym, że pod tym względem brakuje dla niej miejsca nawet w drugiej lidze. Choć w gruncie rzeczy fabuła „Uciekiniera” opiera się na motywie pościgu, to nie ma on wydźwięku sensacyjnego. Stephen King dużo miejsca poświęca rozważaniom na temat samej natury teleturniejów i ich wpływu na społeczeństwo. Dlatego, jeżeli ktoś oczekiwał powieści sensacyjnej, może się rozczarować.

Czytelnik sięgając po „Uciekiniera” powinien przede wszystkim być przygotowanym na powieść o społeczeństwie zniewolonym, agresywnym, odreagowującym podczas oglądania brutalnych widowisk. Na powieść o zwierzynie, która okazuje się sprytniejsza od myśliwego. Opowieść o świecie, w którym aby przetrwać, nie wystarczy jedynie nie wychylać się, trzeba także aktywnie uczestniczyć w grze.

Autor: Sylwester „Sharin” Kozdroj

Wydawnictwo: Albatros
Tytuł oryginału: Running Man
Tłumaczenie: Robert Lipski
Data wydania: 2 kwietnia 2010
ISBN: 978-83-7359-822-5
Oprawa: miękka
Format: 122 x 195
Rok wydania oryginału: 1982
Liczba stron: 336

This entry was posted on wtorek, Czerwiec 1st, 2010 and is filed under Recenzje. You can follow any responses to this entry through the RSS 2.0 feed. Both comments and pings are currently closed.

Comments are closed.