Przyjemność z czytania Alastaira Reynoldsa można porównać do przyjemności picia dobrego wina. Jeśli jesteś w stanie rozpoznać smaki i aromaty, ocenić je (docenić) i opisać, to ogarnia cię snobistyczna satysfakcja, że miałeś do czynienia z czymś wyjątkowym i dostępnym tylko niewielu. Zważywszy na fakt, iż bardzo dobre wina można kupić za stosunkowo niewielką cenę – łatwo poczuć się jego koneserem. Lekturę powieści Alastaira Reynoldsa porównałbym zatem do kosztowania Brunello di Montalcino.

„Otchłań Rozgrzeszenia” to kontynuacja dwóch wcześniejszych powieści tego pisarza: „Przestrzeni Objawienia” i „Arki Odkupienia”. Tytuły tych książek mogą wprowadzać mylące wrażenie, że mamy do czynienia z fantastyką zahaczającą o motywy religijne. Nic bardziej mylnego. Science fiction oferowana przez Reynoldsa jest pozbawiona mistyki i łatwych ucieczek w te rejony. Chyba że za takie uznamy wprowadzenie do wykreowanego wszechświata obcych cywilizacji i potężnych technologii (głównie militarnych), które nadają ich użytkownikom status niemal boski. Do tego bowiem doszło w tej powieści. Wskutek poczynionych wcześniej eksperymentów z nowo odkrytymi technologiami i przy czynnym współudziale urządzenia w Hadesie, bohaterowie zyskali nowe możliwości do walki z Inhibitorami. W „Otchłani rozgrzeszenia” powrócą niemal wszystkie postacie znane z przywołanych wcześniej powieści Reynoldsa. Ci, którzy przeżyli, jak i ci, o których czytelnik myślał, że nie przetrwali. Pojawi się także kilka nowych oraz nieoczekiwany zwrot akcji pod koniec powieści, który jednak nie będzie sprawiał wrażenia wyciągniętego z kapelusza królika. W zasadzie tylko wydarzenia opisywane na planecie z wędrującymi katedrami mają, na pierwszy rzut oka, religijne tło. Jednak do czasu, bo u Reynoldsa wszystko ma racjonalne wytłumaczenie.

Celowo staram się nie streszczać fabuły, bo jest to pozbawione sensu. Przecież można o niej przeczytać w blurbie. Nie zgodzę się jednak do końca z tym, co w nim napisał wydawca. Tylko na pierwszy rzut oka można tę powieść czytać w oderwaniu od poprzednich. Reynolds bardzo dobrze skonstruował każdą część jako pozornie zamkniętą całość i w kolejnej można dostać ogląd tego, co działo się wcześniej. Jednak czytelnik, który pójdzie tą drogą, zamiast zaczynać od „Przestrzeni Objawienia” (z „bocznym przystankiem” w postaci „Migotliwej Wstęgi”), straci dużo zabawy, powolnego odkrywania wszechświata i jego tajemnic. A Alastair Reynolds począwszy od pierwszej powieści misternie konstruuje nastrój całego cyklu: ludzkości podzielonej na coraz bardziej stechnicyzowane, sprzężone z maszynami odłamy; mrocznego i pustego kosmosu, w którym czai się Coś; samotności i ciszy międzygwiezdnych podróży. Bez żadnych łatwizn i skakania od świata do świata za pomocą super napędów. Technologie są rozwinięte, owszem, ale nie do tego stopnia, żeby podróże między gwiazdami nie trwały dziesięciolecia. W związku z tym akcja jest dostosowana do tego efektu i stanowi jej dodatkowy atut. Widać to już od pierwszego tomu i niebagatelne znaczenie będzie odgrywać w tomie trzecim, kiedy zdarzenia kilku nie powiązanych ze sobą (na pozór) wątków dzieją się na przestrzeni kilkudziesięciu lat, by zbiec się w zaskakującym finale. Jednakże w odróżnieniu od poprzednich powieści, w „Otchłani” większość akcji dzieje się na planetach a nie w przestrzeni kosmicznej. Dlatego, jeśli ktoś nie czytał jeszcze Reynoldsa, lepiej, aby zaczął od Przestrzeni Objawienia. Frajda będzie przeogromna, kiedy dotrze do finału tego trzyczęściowego cyklu (Migotliwa wstęga to przystanek, jak już pisałem, między pierwszą a drugą częścią).

Powieści Alastaira Reynoldsa, które dotychczas ukazały się w Polsce, nie są lekką, łatwą i przyjemną pulpą pogardliwie nazywaną space operą. Nie są także zaliczane do problemowej science fiction. Zarówno „Otchłań Rozgrzeszenia”, jak i poprzednie książki to powieści wybitne w swoim gatunku. Przede wszystkim dlatego, że sprawiają, iż termin „space opera” nie brzmi pogardliwie. Nie ma tu tandety. Postacie są wiarygodne, każda ma swoją historię, która fascynuje czytelnika. Zarówno za sprawą tego, czego się o niej dowiemy od autora, jak i tego, co on przemilczy. Zatem rzucają za sobą interesujący cień tajemnicy (kapitan Brannigan, Khouri, Scorpio, Clavain czy wcześniej – w „Migotliwej Wstędze” – Tanner Mirabel), rozpalający wyobraźnię. Także wykreowany wszechświat pełen jest zagadek, a przeciwnik, z którym bohaterowie toczą walkę, nie jest przecież jednoznacznie zły, godny potępienia. Zarówno ze względu na swój charakter (nie kieruje się przecież uczuciami), jak i motywację, która nim powoduje. Nawet egzotyczne technologie czy bronie pojawiające się w powieści nie wywołują irytacji swoją doskonałością, czy wysokim, nie do ogarnięcia poziomem zaawansowania. Zresztą Reynolds, sam będąc astrofizykiem, stara się trzymać z daleka od kiczowatości w kreowaniu tych technologicznych „nowinek” i – mam wrażenie – tam, gdzie to możliwe mocno opiera się na swojej własnej, zawodowej wiedzy. Trzymając się w ryzach, aby nie popaść w sztampę, jednocześnie stara się stworzyć świetny klimat nie przesadzonej i nie epatowanej grozy, co jakiś czas zaskakując czytelnika zwrotem akcji. A i zdarza się autorowi świetnie łączyć ze sobą kilka gatunków, jak np. elementy typowe dla space opery i czarnego kryminału. Choć to ma miejsce akurat głównie w „Migotliwej Wstędze”, a nie w „Otchłani Rozgrzeszenia”.

Można wytknąć „Otchłani” pewnie niedociągnięcia, które jednak nie szkodzą całości, ale bez wątpienia mają wpływ na odbiór powieści. Przede wszystkim autor starał się chyba na siłę upchnąć do tej powieści jak najwięcej wątków, które sporo obiecują czytelnikowi. Przykładem może być powrót – za sprawą Scorpia – do Yellowstone, tylko po to, aby obserwować koniec ludzkości na tej planecie w sposób nie do końca satysfakcjonujący czytelnika w stosunku do zapowiedzi. Ale być może się czepiam. Skonfundował mnie także trochę finał. Wszystko w nim rozegrało się trochę poza czytelnikiem. Przeskok czasowy, którego Reynolds dokonał w epilogu mógł wynikać z zamysłu autora, ale może i z tego, iż powieść jest bardzo obszerna i takie jej niby-urwanie mogło być efektem jej skrócenia, a zakończenie pełni tu rolę takiego niejednoznacznego dopowiedzenia „co było dalej”. Znowu: być może się czepiam. Bo przecież w finale czytelnik wie, do czego to wszystko zmierza i pozostaje tylko odpowiedź na pytanie: „uda się im, czy nie?” Odpowiedzią na nie jest epilog i nie trudno się domyślić, kto jest jego bohaterem oraz jak się wszystko skończyło, choć autor wprost i wyczerpująco nie udziela wyjaśnień. A do tego podrzuca jeszcze jedną zagadkę, która stawia w innym świetle pewne kluczowe dla całości elementy fabuły. W ostateczności miałem wrażenie, że ludzkość rzeczywiście jest tylko chwastem, który należy wypielić, aby na jego miejscu rozkwitło inne, nowe, lepsze życie, za kilka milionów lat. Czy uczynią to Inhibitorzy, czy inna inteligencja zaprojektowana przez nieznanego „ogrodnika”, przestało mieć znaczenie.

Mimo to, w finale starałem się nie stawiać sobie zbyt wielu pytań i nie szukałem zbyt wielu odpowiedzi. Powieść tego nie wymaga i pozostawia to w domenie tylko najbardziej zatwardziałych i zwariowanych entuzjastów. Szkoda jednak, że Alastair Reynolds jest pisarzem w Polsce dotkliwie nie docenianym. Nie potrafię odnaleźć odpowiedzi na pytanie, dlaczego tak się dzieje. Bo nie jest to przecież szczególnie wymagająca literatura, która sama spycha się (swoim naukowym zaawansowaniem) na margines zainteresowania szerokiego kręgu odbiorców fantastyki. Nie jest to jednak również pulpa, lekka i podlegająca szybkiemu czytelniczemu „trawieniu” i zapominana jeszcze szybciej. Może zatem dlatego? Tak czy siak, szacunek i uznanie musi budzić rozmach oraz skrupulatność autora, a także wyobraźnia, która nie grzęźnie w koleinach i kliszach. Dzięki temu fabuła tej powieści, jak i poprzednich gwarantuje wiele wspaniałych godzin lektury.

Porównanie Reynoldsa do Brunello di Montalcino nie jest zatem tylko zamierzonym pokazem snobizmu piszącego te słowa. To wino bowiem ma do siebie, iż z wiekiem osiąga piękny bukiet, bardziej aksamitny smak, robi się coraz bardziej harmonijne, a zapach staje się delikatniejszy i jednocześnie intensywniejszy. Innymi słowy jest jednym z nielicznych przykładów na trafność stwierdzenia, że z wiekiem wino staje się lepsze (podobno do dziś zachowało się pięć butelek Brunello di Montalcino z 1888 r. i ponoć niczego ze swej wyjątkowości nie utraciło od tego czasu). A nie można tego napisać o każdym winie. Tak samo jest z Reynoldsem. Te fabuły nie zestarzeją się w degradujący je sposób, nie będą trącić „oldskulem” za kilka, czy kilkanaście lat wzbudzając uśmiech. Jednak, aby to docenić, tak samo jak przy dobrym winie – trzeba być chyba koneserem. Z definicji niemal wynika, że słowem tym nie można określić każdego – czy jest to miłośnik wina, czy fantastyki. Niestety.

Autor: Roman Ochocki

Wydawnictwo: Mag
Tytuł oryginału: Absolution Gap
Tłumaczenie: Grażyna Grygiel i Piotr Staniewski
Data wydania: 30 maja 2010
ISBN: 978-83-7480-164-5
Oprawa: miękka
Format: 115 x 185
Rok wydania oryginału: 2003
Liczba stron: 784
Tom cyklu: 4

This entry was posted on niedziela, Czerwiec 27th, 2010 and is filed under Recenzje. You can follow any responses to this entry through the RSS 2.0 feed. Both comments and pings are currently closed.

Comments are closed.