„Sklepik z marzeniami” Stephena Kinga na pierwszy rzut oka może odpychać. Przez dłuższy czas nie chciałem mieć z nim nic wspólnego, omijałem szerokim łukiem, a wszystko za sprawą uprzedzeń. Choć głoszę wszem i wobec, że nie należy oceniać książki po okładce, to tym razem sam złamałem tę zasadę. Odstawiłem powieść na dalszy tor tylko dlatego, że przypominała kioskowe wydania romansów, a wydawca zachęcał do spotkania z demonem nawiedzającym przeciętne miasteczko z jeszcze bardziej przeciętnymi Amerykanami. Koniec końców przeczytałem wspomnianą powieść i muszę powiedzieć, że zostałem przyjemnie zaskoczony.

„Sklepik z marzeniami” to książka z jasnym i powszechnie znanym morałem: nic nie ma za darmo. Z kolei Castle Rock to typowe amerykańskie miasteczko, gdzie rządzi klasa średnia, a największym zmartwieniem polityków są sprzeczki z lokalnym szeryfem i jego zastępcami. Każdy zna każdego, wie do jakiego uczęszcza kościoła i co robił w miniony piątek. Krótko mówiąc, Castle Rock to inaczej spokój i porządek. Jeżeli ktoś ma komuś coś za złe, to mówi mu to prosto w twarz, od czasu do czasu macha pięścią przed oczyma, ewentualnie popycha na stolik, rozlewając kilka kufli z życiodajnym płynem. Ta sielanka zostaje jednak brutalnie przerwana wraz z przybyciem do miasteczka pana Lelanda Gaunta. Sympatycznego staruszka, któremu przyświeca tylko jeden cel: uszczęśliwiać innych. Kogo konkretnie? Odwołując się do słów Krzysztofa Sokołowskiego, w tak „banalnym miasteczku” nie może zabraknąć równie banalnych bohaterów. Na dobrą sprawę można powiedzieć, że Stephen King nikogo w tym aspekcie nie zaskoczył i podejrzewam, że w przyszłości będzie podobnie. Po raz kolejny mamy do czynienia z wieloma postaciami. Każda z nich jest należycie scharakteryzowana, momentami nudna, czasami śmieszna, a niekiedy po prostu banalna. Oczywiście żadna nie zasługuje na miano postaci pierwszoplanowej. Od czasu do czasu autor wywyższa szeryfa Alana Pangborna, ale patrząc na powieść jako na całość, także i on nie posiada cech głównego bohatera.

Swego czasu miałem przyjemność czytać „Miasteczko Salem”. Wiem, że pewnym osobom owa książka może „nie leżeć”, niemniej u mnie wywołała gęsią skórkę. Było w niej wszystko, począwszy od odpowiedniego klimatu, poprzez prawdziwego wampira, a skończywszy na dobrze skrojonych postaciach. Dając szansę Sklepikowi z marzeniami wychodziłem z prostego założenia: skoro nawet najbanalniejszy motyw w rękach Stephena Kinga może zamienić się w złoto, to dlaczego mam nie zaryzykować? Wiedziałem, że historia demona nawiedzającego senne amerykańskie miasteczko może, ale nie musi, powtórzyć sukces opowieści o dzieciach nocy. Wystarczyło kilka nocy, aby się przekonać. Tak jak wspomniałem na początku, wynik był zadowalający.

Krzysztof Sokołowski w felietonie „Kto tu jest potworem, a kto doktorem?” Czyli: 1/3 Kinga zastanawia się nad skutecznością straszenia takimi banałami jak demon sprzedający marzenia. Czy w dzisiejszym świecie pił i pociągów pełnych mięsa zlęknie się ktoś staruszka czyhającego niczym Faust na dusze naiwnych? Pytanie to wymaga jak najbardziej indywidualnego podejścia do omawianej książki. Innymi słowy, trzeba zastanowić się, czego po niej oczekujemy. Załóżmy, że „Sklepik z marzeniami” trafia do maniaka horrorów, ale równocześnie osoby nie znającej prozy Stephena Kinga. Jakie może odnieść wrażenie po przebrnięciu przez początkowe rozdziały? „Przepraszam, ale to nie jest powieść grozy”. I taki odbiorca będzie miał pełną słuszność. Na palcach jednej ręki mógłbym policzyć książki pisarza z Maine, przy lekturze których czułem autentyczny strach. Sięgając po Sklepik z marzeniami musimy mieć świadomość, że oto bierzemy do ręki powieść obyczajową z elementami horroru, nic ponadto. Jak bardzo ważne jest właściwe podejście do książki, nikomu chyba nie muszę tłumaczyć. Dzięki niemu czytelnik ma szansę uniknąć niepotrzebnego rozczarowania.

Zatem, czy warto poświęcić czas historii mieszkańców Castle Rock? Z pewnością tak. Choć pobieżna ocena powieści może nie być przychylna, to jednak zapewniam wszystkich, że warto. Kilka dni temu Roman Ochocki napisał, że na dobrą książkę składa się między innymi bogate tło świata wykreowanego przez pisarza. W Sklepiku z marzeniami tła na pewno nie brakuje. Stephen King w charakterystycznym dla siebie stylu rozbudowuje rzeczywistość literacką do monstrualnych rozmiarów. Szczegółowo zaprezentowane postacie, drobiazgowe ukazanie relacji panujących pomiędzy nimi, czy malowniczo ukazany klimat miasteczka Castle Rock, to czynniki sprawiające, że od książki ciężko się oderwać. A jeżeli ktoś miałby ochotę na odrobinę strachu, to polecam dokładne przejrzenie się bohaterom historii. Banalni może i są, ale obsesje towarzyszące im w życiu już na takie nie wyglądają. Mało jest ludzi, którzy dla kilku złotych potrafią skatować staruszkę, albo dla zabawy powybijać szyby na przystankach autobusowych? Nie. Jest ich bardzo dużo. Żyją w banalnym Wrocławiu, banalnie spędzając czas. Swój sukces Stephen King nie zawdzięcza opowieściom o potworach wyskakujących z szafy, ale tekstom o nas samych. Krzysztof Sokołowski napisał: „Hulający po zamkniętym na cztery spusty wysokogórskim hotelu upiór nie jest straszny, straszne jest to, że jest w Jacku coś, co domaga się uwolnienia. Telekineza Carrie, pirokineza Charlie, groza wszelkich kolejnych wcieleń Randala Flagga nie straszą, naprawdę zaczynamy się bać tego, co nam odsłaniają w nas samych. Im bardziej jesteśmy banalni, tym większa jest prawdziwa groza tego, na co nas stać”*.

Nazwałbym „Sklepik z marzeniami” powieścią idealną, gdyby nie pewna prawidłowość. Stephen King ma skłonność do rozwlekania fabuł. Choć nadmiernie rozbudowane rzeczywistości mogą pociągać, weźmy chociażby prozę Tolkiena, o tyle prezentowanie ich w sposób usypiający może przysporzyć nawet świetnemu tekstowi tylko kłopotów. Wszystkim czytelnikom sięgającym po „Sklepik z marzeniami” przypominam: drzewo cierpliwości jest cierpkie, lecz owoce jego to miód i cukier.

Podsumowując, miasteczko Castle Rock w moim prywatnym rankingu ma spore szanse pobić wampirze Salem. Książka omijana szerokim łukiem, powieść z banalnym motywem, okazała się strzałem w dziesiątkę. Stephen King po raz kolejny udowodnił, że jest jednym z największych współczesnych pisarzy. Spełnienie wyobrażeń o dobrej książce? Może. Wiem jednak jedno: ceną za zrealizowane marzenia jest zaprzedanie duszy diabłu i tego się trzymajmy.


*K. Sokołowski Kto tu jest potworem, a kto doktorem? Czyli 1/3 Kinga; w: Czas Fantastyki, Nr 1 (22) 2010; s.13.

Autor: Sylwester „Sharin” Kozdroj

Wydawnictwo: Albatros
Tytuł oryginału: Needful Things
Tłumaczenie: Krzysztof Sokołowski
Data wydania: 2009
ISBN: 978-83-7359-822-5
Oprawa: miękka
Format: 110 x 175
Rok wydania oryginału: 1991
Liczba stron: 672

This entry was posted on wtorek, Lipiec 6th, 2010 and is filed under Recenzje. You can follow any responses to this entry through the RSS 2.0 feed. Both comments and pings are currently closed.

Comments are closed.