Do sięgnięcia po „Psalmodię” skłoniła mnie informacja, że autor jest mediewistą, a rzecz się dzieje podczas rozbicia dzielnicowego (mojego ulubionego fragmentu dziejów Polski przed wrześniem 1939 roku), na pograniczu ziem Prusów i księstwa Gdańskiego. Taka kombinacja wydawała mi się idealna – historyk nie pozwoli sobie na nadmierne przeinaczanie faktów (chyba, że chce opisać wydarzenia alternatywne), raczej zrobi z nich mocny fundament dla swojej opowieści.

Jak się spodziewałem tak i było. Historia zajmuje w „Psalmodii” rolę służebną, ale w moim mniemaniu takie miało być jej miejsce. Na pierwszy plan wysuwają się dwa wątki fantastyczne. Pierwszy dotyczy hiszpańskiego rycerza Terencjusza z Vivaro, spadkobiercy przeklętego rodu kastylijskiego, niegdyś możnego pana pogranicza Rekonkwisty, a następnie zakonnika z Calatrava (i jego osobistego diabła stróża). Drugi opisuje życie Dorge’a – Prusa, niby-chrześcijanina, ale raczej kapłana „starej wiary”. Obaj bohaterowie nakreśleni są dosyć ciekawie – to postacie ze swojej epoki wraz z całym jej bagażem. Z naszego punktu widzenia mogą wydawać się dość naiwni, ale to raczej signum temporis niż zarzut. Zarzutem może być dziura w dziejach Terencjusza: raz jest władcą Miasta Tysiąca Bram, a zaraz potem staje się jednym z jego mieszkańców, wiernym poddanym władcy Kastylii.

Książka zawiera wiele ciekawych pomysłów, owych haków, na których zawieszamy niewiarę. Świetny jest taniec Krzyżaków, wrażenie robią kondycja Boga i Szatana, choć na tym tle dziwnie wygląda moc pruskich demonów (władza Boga Wszechmogącego okazuje się załamywać na skraju cywilizacji europejskiej – czy to na półwyspie Iberyjskim czy to w delcie Wisły). Także koncept „pęknięcia nieba” wydawał się być obiecującym. Niestety kilka dobrych pomysłów nie wystarczyło, żeby stworzyć dobrą książkę. Dwa opowiadania przecinające się pod koniec nie czynią z niej powieści. Wątki poświęcone postaciom wiodą całkowicie niezależne życie i trudno połapać się w wewnętrznej chronologii utworu.

Niezbyt przekonywująco wypada też wątek „końca świata w Prusach”. Samo podążanie Terencjusza do mitycznego jeziora Łez spierając się z Diabłem (a może diabełkiem?), czy Dorge’a za duchowym spadkiem po przodkach, wydaje się być tworzonym jak jednowątkowy scenariusz RPG – od zdarzenia do zdarzenia, bez alternatywy. Zakończenie, mimo że daje odrobinę emocji, nie jest też elementem ratującym lub spajającym „Psalmodię”. Jedyne co oddane jest w książce w miarę wyraźnie to atmosfera schyłku. Koniec Rekonkwisty, koniec pogańskich Prus, wytarcie białych plam z mapy chrześcijańskiej Europy.

Nie nastawiałem się na powieść wybitną, ale i tak po przeczytaniu jestem trochę rozczarowany, bo utwór okazał się być dwoma opowiadaniami, które mimo że okraszone ciekawymi rozwiązaniami wydają się być połączone nieco na siłę. Świadomy jestem, że każdy może jednak znaleźć w „Psalmodii” coś co spowoduje, że ocena będzie różna od mojej. Nic w tym dziwnego. Ja przeczytałem ją tuż po lekturze „Welinu”, „Limes Inferior” i „Terroru”, co uczyniło mnie surowym w ocenie odbiorcą.

Ale tak już jest, jesteśmy subiektywni.

Autor: Michał „Mag_Droon” Łon

Wydawnictwo: Runa
Data wydania: 13 kwietnia 2010
ISBN: 978-83-89595-61-4
Oprawa: miękka
Format: 125 x 195
Liczba stron: 432

This entry was posted on wtorek, Sierpień 24th, 2010 and is filed under Recenzje. You can follow any responses to this entry through the RSS 2.0 feed. Both comments and pings are currently closed.

Comments are closed.