Gdybym miał krótko scharakteryzować „Kodeks 632”, to napisałbym, że to portugalska, inteligentniejsza odpowiedź na Dana Browna. Ze wszech miar godna polecenia, ale nie pozbawiona również kilku słabości. Jednak nie rzucają się one negatywnie na odbiór całej powieści.

Punkt wyjścia jest prosty. Nieco biedujący profesor portugalskiego uniwersytetu otrzymuje zaskakującą, nieoczekiwaną propozycję od mało znanej amerykańskiej fundacji. Okazało się, że jego poprzednik w misji zmarł i ukrył wyniki swoich prac związanych z odkryciem Brazylii. Nie dość, że je ukrył: jeszcze zaszyfrował wskazówkę, która może prowadzić do schowka. A główny bohater boryka się z problemami rodzinnymi. Ma chorą córkę, której leczenie pochłania jego finanse, co naturalnie jest powodem frustracji. Na dodatek przymila się do niego przepiękna studentka ze Szwecji, która przyjechała na wymianę w ramach programu Erasmus. Znęcony zatem dosyć wysokim wynagrodzeniem w dolarach, zgadza się podążyć tropem tajemnic, które odkrył jego zmarły poprzednik. Szybko okazuje się, że badania te wcale nie były związane z odkryciem Brazylii, ale z czymś całkiem innym… tożsamością Krzysztofa Kolumba. Zaszyfrowana wskazówka wiedzie do kolejnej zaszyfrowanej wskazówki, która do odkrycia prawdziwej treści wymaga zdobycia dodatkowej wiedzy historycznej, politycznej, a nawet lingwistycznej.

Read the rest of this entry »

Mimo oczywistych literackich preferencji, których na tym blogu nie ukrywam, do każdej powieści, którą chwytam w swoje łapska, staram się podchodzić z maksymalną otwartością. Bo nigdy nie wiadomo, czy tym razem powieść, którą zdefiniowaliśmy wcześniej na podstawie blurba, tytułu i okładki, nie stanie się miłym zaskoczeniem. To oczywiste, jasne jak słońce. Niestety, rzadko mi się zdarza spotkać taki przypadek. Także w tej powieści, „Ostatniej awatarze” Olgierda Dudka, mamy do czynienia z fantastyką słabą, w najlepszym razie przeciętną.

Read the rest of this entry »

Kolejny tydzień za nami. Nie obfitował on w elektryzujące wiadomości, chociaż jak wiele razy przedtem wśród tych, które się pojawiły można wyłapać kilka godnych uwagi. Wydaje się, że w oczekiwaniu na miesiące październik i listopad, które pod względem czytelniczym zapowiadają się bardzo interesująco, wszystko odrobinę zwolniło.

Read the rest of this entry »

Pierwszy tom nowej trylogii Petera F. Hamiltona zabiera nas ponownie do wszechświata, który poznaliśmy w dylogii „Gwiazda Pandory” i „Judasz wyzwolony”. Tym razem akcja osadzona jest ponad tysiąc trzysta lat później. Mimo to powróci część bohaterów znanych z poprzednich powieści. Było to dla mnie zaskoczeniem, choć – patrząc trzeźwo – należało się tego spodziewać. W poprzednich powieściach była przecież mowa o rejuwenacji, która pozwalała bohaterom żyć niemal wiecznie dzięki okresowej wymianie ciał. Dlatego też nie może dziwić, że część z nich powróciła na kartach tej powieści. Jeśli o mnie chodzi: bomba. Wiele z tych postaci było bowiem świetnie skonstruowanych, z ciekawą przeszłością i doskonałym wątkiem fabularnym. Niemniej jednak, czytelnik, który pierwszy raz sięgnie po twórczość Hamiltona bez znajomości dwóch poprzednich powieści, z pewnością straci smakowity kontekst wynikający z upływu setek lat i nawiązań do tego, co wydarzyło się w „Gwieździe Pandory” i „Judaszu wyzwolonym”. Warto czytać tę trylogię po lekturze wcześniejszych powieści, gdyż Hamilton świetnie pokazał postęp w rozwoju ludzkości, zmiany, jakie zaszły we Wspólnocie i w samych ludziach przez ponad tysiąc lat. Choć wszystko zostanie wyjaśnione i podane w sposób, który pozwala czytać nową trylogię bez znajomości poprzedniej dylogii, będzie to jednak doświadczenie znacznie uboższe. Nawet uwzględniając fakt, że fabuła trylogii jest tylko luźno (ale jednak) powiązana z historią opisaną w tamtych powieściach.

Read the rest of this entry »

O Strugackich napisano dużo, a z ich licznego dorobku wiele książek weszło na stałe do kanonu literatury fantastycznej – to powszechnie znane fakty. Jest również faktem, że obok żelaznych klasyków napisali sporo książek, o których z przyczyn różnych mówi się mniej albo wcale i „Hotel Pod poległym alpinistą” (znany też jako „Sprawa zabójstwa”) do nich właśnie należy. To powieść, o której sam również, nie ukrywam, nie słyszałem, dopóki niedawno nie wpadłem na nią w bibliotece. Gwoli ścisłości: miałem ochotę przeczytać coś Strugackich, tak po prostu, zwłaszcza, że moja znajomość z rosyjską spółką pisarską jest póki co średnia (ale nadrabiam zaległości). Niestety, biblioteka nie posiadała nic z interesujących mnie tytułów – oczywiście za wyjątkiem omawianej tu powieści. Wyznając zasadę, że na bezrybiu i rak ryba, zabrałem ze sobą tę cienką książeczkę z niebieską okładką i popędziłem do domu rozpocząć lekturę.

Read the rest of this entry »

Odkąd zaczęliśmy publikować kolejne cotygodniowe podsumowania, czas zaczął (przynajmniej dla mnie) płynąć jeszcze szybciej niż dotychczas. Szczególnie przyśpiesza, gdy wypada moja kolej na przygotowanie zestawienia najciekawszych wieści ze świata fantastyki. Jeszcze chwilę temu zaczął się poniedziałek, a ja już muszę usiąść do pisania, bo za kilka godzin skończy się niedziela. A jest o czym pisać. Tym razem będzie trochę o Dukaju, Gemmellu, coś o kotach i kolejna porcja nowych okładek.

Read the rest of this entry »

Autor ten nie jest znany polskim miłośnikom powieści sensacyjnej. Jednak jego debiut na polskim rynku z pewnością nie rozczaruje fanów tego gatunku. Choć nie jest spektakularny ani specjalnie oryginalny, to jednak z nawiązką spełni oczekiwania, jakie można wiązać z letnią, bądź – po prostu – niezobowiązującą rozrywką.

Kilka lat temu wydawnictwo Albatros „przyniosło” polskim czytelnikom prawdziwą światową gwiazdę literatury sensacyjnej, mianowicie Harlana Cobena. Wszystko to za sprawą jednej z jego powieści i to wcale nie debiutanckiej. „Nie mów nikomu”, bo o niej mowa, w oczach polskiego czytelnika może zostać niemal szablonem powieści skazanej na sukces. Błyskotliwa intryga połączona ze sprawnym stylem pisarza i z wyczuciem zarówno konwencji, jak i umiejętnością zaskoczenia czytelnika niemal w ostatnim zdaniu (jak w „Bez pożegnania”) spotkały się z zasłużonym uznaniem w oczach czytelników. W Polsce i na świecie. Nic zatem dziwnego, że Harlan Coben znalazł wielu naśladowców. Tak jak Tolkien, J.K. Rowling, czy S. Meyer. Było to nieuniknione.

Read the rest of this entry »

Twórczość Roberta Silverberga cenię od dawna. Nie tylko z uwagi na oryginalne pomysły, ale również za ogromny wkład w rozwój literatury współczesnej. Za wiedzę odnośnie rynku fantastycznego i nieustanne podejmowanie nowych wyzwań. Do jego największych zalet zaliczyłbym jednak łatwość podejmowania tematów trudnych.

Pracę nad „Kronikami Majipooru” Robert Silverberg rozpoczął na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. W 1980 roku ukazała się powieść „Lord Valentine’s Castle”. Od tamtego czasu wspomniany cykl rozrósł się do dwóch trylogii i kilku opowiadań oraz zapewnił amerykańskiemu pisarzowi stałe miejsce wśród wielkich twórców literatury fantastycznej. Wznowienie na polskim rynku „Kronik Majipooru” przez Solaris uważam za jedną z ważniejszych inicjatyw tego wydawnictwa.

Read the rest of this entry »

W tym tygodniu pojawiło się parę zapowiedzi, na które warto zwrócić uwagę, choć niektóre z nich takie jak „Windup Girl/Pump Six” trudno nazwać zupełnie nowymi – w tym wypadku co najwyżej poznaliśmy dokładniejszy termin wydania. Doczekaliśmy się wreszcie informacji o letnim numerze Fantasy & Science Fiction, jak również miało miejsce parę interesujących premier.

Read the rest of this entry »

Na naszym książkowym blogu przypadła mi (w sposób nieplanowany) czasami wdzięczna, czasami niewdzięczna rola, polegająca na zajmowaniu się powieściami zaliczanymi do szeroko rozumianego (czasami zbyt szeroko) nurtu paranormal romance. Niektóre z tych książek (jak powieści Kim Harrison) należą do tego „kierunku” umownie, inne pełną gębą (jak przeczytana przeze mnie pierwsza część cyklu pani Meyer i męczone od czasu do czasu kolejne tomy tych nastoletnich romansideł, które jestem w stanie czytać w tempie 100 stron na miesiąc). Charlaine Harris wystartowała ze swoim cyklem (który rośnie i rośnie), jak mi się wydawało, dosyć oryginalnie. Bohaterką uczyniła dziewczynę z prowincji, dosyć prostą, rezolutną, acz nieokrzesaną i z płytkim spojrzeniem na siebie i rzeczywistość ją otaczającą. To wydało mi się dosyć przyjemną odmianą od tych wszystkich laleczek – nastoletnich księżniczek przed pierwszą inicjacją, z nastoletnimi, infantylnymi pretensjami do świata i również egzaltowanymi marzeniami o księciu. Takim zbuntowanym, niepokornym, który te dziewczątka, także buntownicze i waleczne wojowniczki ochroni (tak!) przed światem. Przy okazji wprowadzi je w jakiś obłędny, romantyczny, wyjątkowy i niepowtarzalny świat, w którym słowa „miłość”, „na zawsze” przyjemnie i nęcąco łączą się ze słowami „śmierć”, „grób”, „nieśmiertelność”. Bohaterka cyklu Harris, Sookie Stackhouse była swego rodzaju duchową siostrą tych młodych niewiast, ale pozbawioną irytującej pozy kobiety zamkniętej w ciele nastoletniej smarkuli. Jej w żaden sposób nieukrywana prostota charakterologiczna, dziarskość i nienachalny urok osobisty połączony z pewnym wyobcowaniem wynikającym z daru-przekleństwa telepatii początkowo maskowały, bądź spychały na dalszy plan oczywiste wady tego cyklu.

Read the rest of this entry »