Mija niemal rok od wydania pierwszego tomu opowiadań Roberta M. Wegnera i szczęśliwie doczekaliśmy się właśnie tomu drugiego. Nie ukrywam, że po bardzo pozytywnym przyjęciu ostatnich tekstów niecierpliwie czekałem na następne. Miałem jednak pewne obawy, co jakiś czas zadawałem sobie pewne pytania natury pesymistycznej: Może Wschód i Zachód przypadkiem mnie zawiodą, nie spełnią moich oczekiwań? Może pisarz straci wenę i opuści się na jakości? Może literackiego ognia miało wystarczyć tylko na tom pierwszy? Czekałem niecierpliwie. Oczekiwania miałem spore i wierzyłem. Wierzyłem, że jednak będzie dobrze, a owe pytania to takie trochę bezpodstawne. Już teraz po skończonej lekturze wiem, że właściwie pokładałem swoją wiarę. Bo drugi tom jest nawet lepszy od pierwszego, ale po kolei…

Kompozycja jest analogiczna jak w pierwszym tomie. Czyli Wschód i Zachód podzielone są po cztery korelujące ze sobą opowiadania. Różnica polega na tym, że stopień owej korelacji jest jednak bardziej ścisły, spójny. Rzekłbym wręcz, że mamy do czynienia nie ze zbiorem opowiadań, lecz raczej z dwiema mini powieściami. Zupełnie nie wiem na ile ten efekt był zamierzony, ale to rozwiązanie jakoś bardziej mi się podoba. Jeżeli zaś chodzi o świat przedstawiony, to znowu autor opisuje nam dwie kolejne części świata, które mocno się różnią klimatem i rodzajem rozwiązywania wątków fabularnych. Tym razem te różnice nie są aż tak widoczne jak w poprzednim tomie, oczywiście chodzi mi o różnice dotyczące prowadzenia akcji. Bo wizualnie są to dwa zupełnie różne klimaty. Co najciekawsze, nie jestem w stanie tak do końca stwierdzić, który z nich jest lepszy. Zwłaszcza, że wszystkie opowiadania są bardzo równe jakościowo. Cieszy mnie bardzo, że nie ma batalistycznych dłużyzn, takich jak w wypadku opowiadania „Wszyscy jesteśmy meekheńczykami”, które nota bene otrzymało w tym roku nagrodę im. J. Zajdla (nic tylko pogratulować autorowi). Chociaż to może ja mam taki jakiś odosobniony gust? Mój bardzo dobry przyjaciel, którego zaraziłem prozą Wegnera twierdzi, że to było jedno z jego ulubionych opowiadań. Zdecydowanie bardziej wolałem „Szkarłat na płaszczu”, który do tej pory czasem sobie czytam z przyjemnością do poduszki. Jak w recenzji poprzedniego tomu pisałem, że południe trzyma jednakowy, bardzo dobry poziom – od początku, do samego końca, tak teraz w zgodzie z moim sumieniem mogę napisać, że cały tom trzyma gardę i się nie daje. Kawał solidnego rzemiosła.

Wschód to przede wszystkim kawaleryjskie stepy. Pisane trochę w stylu Północy, jeżeli punktem odniesienia przy porównaniu będzie fakt, że znowu mamy do czynienia z oddziałem wojskowym, lecz tym razem kawaleryjskim i takim trochę quasi-kozackim. Dzielni wojacy, prowadzeni przez żywą legendę Imperium, Genno Laskolnyka, pilnują wschodniej granicy przed znanymi z pierwszego tomu adwersarzami, czyli Se-kohlandczykami mając za sojuszników zasymilowany lud Woźniców o dosyć ciekawej kulturze. Niestety otarłbym się o zdradzanie dość istotnych informacji dotyczących fabuły, gdybym napisał co nieco o specyfice oddziału, specjalnych zdolnościach poszczególnych kawalerzystów i przeszłości ich dowódcy. Napiszę tylko, że sam motyw jest bardzo fajny i liczę na ciekawe rozwinięcie.

Zachód dla mnie osobiście jest ciekawszy. Rzecz bowiem się dzieje w odseparowanym od Imperium portowym mieście, które odrobinę mi przypomina warhammerowski Marienburg. Skojarzenie jak najbardziej pozytywne, zwłaszcza, że główny bohater Zachodu, Altsin, jest członkiem jednej ze złodziejskich gildii. Czyli wreszcie coś dla miłośników cichociemnych klimatów. I znowu nie mogę zbyt wiele napisać o Altsinie i o tym co mu się przytrafia i przede wszystkim, kim się staje. Nie mogę, bo popsułbym czytelnikom zabawę. I też motyw jak najbardziej jest ciekawy, tutaj jednak zapala mi się pewna ostrzegawcza lampka. Ponieważ wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że cała historia zmierza bardziej w epicką stronę, gdzie stronami konfliktu będą także Bogowie. To już było w zasadzie wiadome w pierwszym tomie, tu jednak chyba jest to bardziej akcentowane. Czemu lampka ostrzegawcza? Ponieważ uważam, że w tego typu opowieściach bardzo łatwo jest przedobrzyć. Pozostaje mi tylko w tym względzie obdarzyć autora zaufaniem.

Pisałem już, że największym atutem autora „Opowieści z meekhańskiego pogranicza” jest świat przedstawiony, który jest bogaty, zróżnicowany oraz przede wszystkim spójny. Tak jest i tym razem. Wegner jak zwykle jest mistrzem sugestywnego opisu. Zarówno w wypadku Wschodu jak i Zachodu, dosłownie widać oczyma wyobraźni kreowane przez autora krajobrazy. Łatwo też się wczuć w historię świata pisaną z kronikarskim pietyzmem. Niestety też kosztem opisu postaci, które i tym razem są jakby ledwo naszkicowane, choć w sumie i to wystarcza, by wcielić się w ich skórę. Czyli ciągle jest to swego rodzaju atut, który zezwala na dowolniejszą interpretację postaci. Brakuje mi tu jednak ciekawych postaci pobocznych, czy raczej szkiców postaci pokroju szamana Boreheda, czy księżnej Isawy. Jak w pierwszym tomie niesamowity potencjał miała postać siostry Yatecha, który mam nadzieje kiedyś zostanie odpowiednio wykorzystany, tak teraz zaintrygowała mnie postać Grubego, szefa gildii złodziei, kogoś w rodzaju zwierzchnika Altsina. Cóż, w przyszłości liczę na te postacie. Z innych ciekawostek zdradzę tylko, że w dość przemyślany sposób wprowadzono bohaterów z pierwszego tomu. Można by powiedzieć, że we właściwym miejscu i o właściwym czasie, w dobrze dobranej dawce. Mowa oczywiście o Górskiej Straży z Północy i Yatechu z Południa.

Podsumowując, po długim namyśle dochodzę do wniosku, że nie mam do czego się przyczepić. Tom jest napisany solidnie i owa wspomniana spójność, ciągłość poziomu jakości oraz co najważniejsze, umiejętność ponownego zafascynowania, utrzymania tej literackiej świeżości w fantastycznym smrodku, decydują o tym, że ten tom uważam za lepszy od pierwszego. Jak najbardziej jestem ciekaw kontynuacji. Pisałem, że Robert M. Wegner zdecydowanie zasługuje na miejsce w czołówce polskich pisarzy fantasy. Zdania nie zmieniłem. Polecam.

Autor: Paweł Świątek

Wydawnictwo: Powergraph
Data wydania: 8 września 2010
ISBN: 978-83-61187-16-5
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Format: 125 x 195
Liczba stron: 688
Seria: Fantastyka z plusem
Tom cyklu: 2

This entry was posted on wtorek, Wrzesień 7th, 2010 and is filed under Recenzje. You can follow any responses to this entry through the RSS 2.0 feed. Both comments and pings are currently closed.

2 komentarze to “„Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód – Zachód” – Robert M. Wegner”

  1. […] Recenzje na: Polterze Katedrze Zaginionej Bibliotece […]

  2. […] „Mija niemal rok od wydania pierwszego tomu opowiadań Roberta M. Wegnera  i szczęśliwie doczekaliśmy się właśnie tomu drugiego. Nie ukrywam, że po bardzo pozytywnym przyjęciu ostatnich tekstów niecierpliwie czekałem na następne” – pisze Paweł Świątek w recenzji na Zaginionej Bibliotece. Zapraszamy do zapoznania się z całością. […]