Pierwszy tom nowej trylogii Petera F. Hamiltona zabiera nas ponownie do wszechświata, który poznaliśmy w dylogii „Gwiazda Pandory” i „Judasz wyzwolony”. Tym razem akcja osadzona jest ponad tysiąc trzysta lat później. Mimo to powróci część bohaterów znanych z poprzednich powieści. Było to dla mnie zaskoczeniem, choć – patrząc trzeźwo – należało się tego spodziewać. W poprzednich powieściach była przecież mowa o rejuwenacji, która pozwalała bohaterom żyć niemal wiecznie dzięki okresowej wymianie ciał. Dlatego też nie może dziwić, że część z nich powróciła na kartach tej powieści. Jeśli o mnie chodzi: bomba. Wiele z tych postaci było bowiem świetnie skonstruowanych, z ciekawą przeszłością i doskonałym wątkiem fabularnym. Niemniej jednak, czytelnik, który pierwszy raz sięgnie po twórczość Hamiltona bez znajomości dwóch poprzednich powieści, z pewnością straci smakowity kontekst wynikający z upływu setek lat i nawiązań do tego, co wydarzyło się w „Gwieździe Pandory” i „Judaszu wyzwolonym”. Warto czytać tę trylogię po lekturze wcześniejszych powieści, gdyż Hamilton świetnie pokazał postęp w rozwoju ludzkości, zmiany, jakie zaszły we Wspólnocie i w samych ludziach przez ponad tysiąc lat. Choć wszystko zostanie wyjaśnione i podane w sposób, który pozwala czytać nową trylogię bez znajomości poprzedniej dylogii, będzie to jednak doświadczenie znacznie uboższe. Nawet uwzględniając fakt, że fabuła trylogii jest tylko luźno (ale jednak) powiązana z historią opisaną w tamtych powieściach.

Nie ma sensu oceniać po lekturze pierwszego tomu, czy cała trylogia będzie lepsza od poprzednich dokonań Hamiltona. Dopóki fabuła nie zostanie doprowadzona do finału, wszystko może się wydarzyć, co Hamilton już wcześniej udowodnił w monumentalnej trylogii „Świt Nocy” ku uciesze, bądź zgrzytaniu zębów, czytelników. Na szczęście dylogia „Gwiazda Pandory” i „Judasz wyzwolony” była lepsza od „Świtu Nocy”, rozgrywała się w całkiem nowym wszechświecie i stanowiła zwartą, doskonale skonstruowaną fabułę, która u takiego marudnego czytelnika jak ja, bez problemu wywoływała uśmiech radości na twarzy. „Pustka: Sny” bez wątpienia wprowadza czytelnika w radosne, podekscytowane oczekiwanie na ciąg dalszy. Jeśli Hamilton utrzyma podobny poziom aż do finału, jestem pewien, że trylogia ta będzie mogła być uznana za najlepsze jego osiągnięcie.

W powieści w dalszym ciągu mamy do czynienia z układanką, którą Hamilton uczynił swoim znakiem rozpoznawczym. Zatem występuje kilkoro równorzędnych bohaterów, których losy będą nierozerwalnie związane z istotą fabuły, tj. tym, czym jest Pustka, którą od tysiącleci (milionów?) obserwują i badają Raielowie. Każda z tych postaci będzie intrygująco zarysowana, z własną historią i tajemnicami, które będą rozpalać wyobraźnię czytelnika. A ciekawość będzie potęgowana co jakiś czas rzucanymi aluzjami, szczegółami rozsianymi także w wątkach innych, nie związanych ze sobą postaci. Przykładem jest Aaron – człowiek bez tożsamości, który stopniowo odkrywa swoją rolę i „zaprogramowaną” (?) misję. Próbę odpowiedzi na pytanie o jego tożsamość czytelnik uzyska w wątku innej postaci, nie związanej z Aaronem a nawet nieświadomej jego istnienia. I tak dalej.

Kolejnym elementem przykuwającym czytelnika do lektury, będzie tło powieści. Ludzkość podzielona na odłamy mające sprzeczne interesy, wyewoluowała na wyższy poziom rozwoju, na którym nadal istnieją jednak frakcje i walki o władzę oraz wpływy na niespotykaną dotąd skalę, która może popchnąć ludzkość na powrót na ścieżkę zagłady. Tym razem może to być zagłada ostateczna, co wynika z istoty samej Pustki oraz tego, że ludzie nie są jedynym żywym i rozumnym gatunkiem we wszechświecie. A pozostałe „obce” rasy wcale nie mają ochoty popierać dążeń niektórych odłamów ludzkości. Mamy zatem pikantny, smakowity kociołek, w którym wrze, i w którym bohaterowie będą realizować swoje cele. Wreszcie, mamy także opis życia „we wnętrzu” Pustki, na jednej (jedynej?) jej planecie. Co bardziej intrygujące, żyją tam ludzie (nie jest to spoiler), zatem zagadką jest, jak się tam znaleźli, dlaczego są tacy a nie inni i co łączy ich ze wszechświatem Wspólnoty oraz jaki jest wpływ snów i jakie skutki będzie miało potęgujące się wzajemne wpływanie na siebie dwóch wszechświatów (?). Dodajmy do tego ponowne połączenie elementów space opery, kryminału i thrillera, nasycone polityką i wybuchowa mieszanka jest gotowa.

Czytałem tę powieść z rosnącą radością, a kończyłem ukontentowany ponad wszelką miarę. Jedyną łyżką dziegciu jest to, że czytelnik na zakończenie historii musi poczekać. Jednak, jeśli Hamilton utrzyma poziom zaprezentowany w tym tomie, jestem pewien, że warto czekać, bo satysfakcja jest niemal gwarantowana. Peter F. Hamilton to już sprawdzona marka na polu rozrywki inteligentnej, oferującej godziny wspaniałej lektury, bogatej i złożonej fabularnie. Takiej, do której wraca się z radością i przyjemnością. Dzięki której chce się krzyknąć: chcę więcej!

Autor: Roman Ochocki

Wydawnictwo: Mag
Tytuł oryginału: The Dreaming Void
Tłumaczenie: Piotr Staniewski i Grażyna Grygiel
Data wydania: 27 lipca 2010
ISBN: 978-83-7480-174-4
Oprawa: miękka
Format: 135 x 202
Rok wydania oryginału: 2007
Liczba stron: 547
Tom cyklu: 1

This entry was posted on czwartek, Wrzesień 23rd, 2010 and is filed under Recenzje. You can follow any responses to this entry through the RSS 2.0 feed. Both comments and pings are currently closed.

One Response to “„Pustka: Sny” Peter F. Hamilton”

  1. Doszły mnie słuchy, że brakuje rozdziału w książce, tutaj dyskusja -> http://f451.pl/forum/viewtopic.php?p=116833#116833 . Serio ktoś zgubił cały rozdział?