Mimo oczywistych literackich preferencji, których na tym blogu nie ukrywam, do każdej powieści, którą chwytam w swoje łapska, staram się podchodzić z maksymalną otwartością. Bo nigdy nie wiadomo, czy tym razem powieść, którą zdefiniowaliśmy wcześniej na podstawie blurba, tytułu i okładki, nie stanie się miłym zaskoczeniem. To oczywiste, jasne jak słońce. Niestety, rzadko mi się zdarza spotkać taki przypadek. Także w tej powieści, „Ostatniej awatarze” Olgierda Dudka, mamy do czynienia z fantastyką słabą, w najlepszym razie przeciętną.

Początkowo wszystko zdaje się zwiastować niezłą lekturę. Akcja osadzona w historycznych realiach (jako takich), bohaterem – templariusz, po latach opowiadający historię swojego życia, obfitującego w bardzo fantastyczne i tajemnicze wydarzenia z udziałem potężnych sił światła i ciemności. Niestety, od razu zniechęca czytelnika sposób narracji. Mamy bowiem do czynienia z męczącym streszczeniem życia głównego bohatera u progu zetknięcia się z niewytłumaczalnymi zdarzeniami. Poznajemy go jako trzeciego syna księcia Akwitanii i wiele rzeczy od razu musimy przyjąć na wiarę, a w dalszym ciągu powieści wiara ta szybko zostanie obrócona w niwecz. Co kilka stron bowiem bohater „awansuje”, jak w kolejnym poziomie gry. Na początku jest trzecim synem księcia, którego po śmierci ojca prześladuje starszy brat, zazdrosny o schedę po rodzicielu. Zazdrość ta jest nieuzasadniona, ponieważ bohater nie ma żadnych podstaw do snucia pretensji o rodzinną spuściznę (jest przecież trzecim synem), dodatkowo także – poza rzekomą inteligencją – jest pozbawionym jakiegokolwiek znaczenia maminsynkiem. Mimo tego brat chce go zabić. Zatem matka „załatwia” mu „angaż” do zakonu templariuszy. W zakonie bohater szybko awansuje, spotyka swojego najlepszego przyjaciela, dostaje własną twierdzę, a potem ochrania pielgrzymów, opiekuje się „swoim” ludem i walczy z niewiernymi, zasługując sobie na ich szacunek (skąd my to znamy?). Wszystko to rozgrywa się na kilku, kilkunastu stronach, kiedy autor streszcza całą historię a czytelnik musi mu uwierzyć na słowo, ponieważ żaden czyn Tomasza z Akwitanii nie uzasadnia słuszności przyznania mu wszystkich możliwych walorów archetypicznego rycerza. Kiedy streszczenie dobiegło końca, prawie żałowałem, że autor nie skupił się na tym okresie życia bohatera, na opisaniu tych wszystkich dworskich intryg, wzlotów i upadków w drodze na szczyt Mężności, Szlachetności i Honorowości.

Po pobieżnym streszczeniu otrzymujemy Ideał Szlachetności i dalszy opis jego losów rozwieje nadzieje wszystkich, którzy liczyli, że jednak trochę nasz bohater się ubrudzi. Niestety, do końca będzie taki sam, jak w momencie kiedy poznaliśmy go: szczeniak przyobleczony w niezasłużoną (w oczach czytelnika) chwałę i przymioty. Dalej także nie jest lepiej, jeśli chodzi o akcję. Jest ona liniowa, prowadzi od zdarzenia do zdarzenia, podczas których bohater staje się coraz potężniejszy, ale nijak nie staje się mądrzejszy ani ciekawszy. U boku ma dwoje przyjaciół. Z Piotrem poznał się jeszcze za nowicjatu: „i zaprzyjaźniliśmy (się) w sposób, w jaki mogą zaprzyjaźnić się dwaj mężczyźni”. Ten zwrot to tylko niezręczność autora, oni wcale nie są homoseksualistami, co byłoby, swoją drogą, ciekawym urozmaiceniem, choć nie zbytnim novum. Ich przyjaźń wzięła się także z tego, że w walce wspólnie stawiali „na szalę losu własne życie”. W związku z tym „ufałem mu całkowicie a on ufał mnie”. I to wszystko co na temat związku tych dwóch mężczyzn przeczytamy w książce. Do finału będą sobie całkowicie ufać i wspomagać się nawzajem. Pojawi się także nieciekawa postać kobieca, zakochana w naszym Głównym Świętoszku, Prawym i Honorowym, ale on – ślepy, bądź głupi – w swej prawości i wierności zasadom nie będzie tego dostrzegał przez ponad trzy czwarte powieści. Utwór zaludnia także kilka innych postaci, potężnych, złych, dobrych, z którymi splotą się ścieżki głównego bohatera. Do szczęśliwego finału.

Jeśli czytelnik dotrze do końca powieści, ogarnie go bez wątpienia poczucie straconego czasu. Choć bardziej prawdopodobne jest, że książka zostanie odłożona nieprzeczytana w całości. Gdyby nie recenzencka uczciwość, nakazująca jednak doczytać do ostatniego zdania, rzuciłbym ją w kąt pewnie już po przeczytaniu około pięćdziesięciu stron.

Aby nie znęcać się tylko dodam, że zaletą książki jest niezły, choć nieoryginalny pomysł i przygotowanie autora, jeśli chodzi o przedstawienie fantastycznego tła, używanie sporej ilości trudnych słów i Naprawdę Wielkie Tajemnice, które zgłębić przyjdzie czytelnikowi wraz z bohaterami. Niestety, wszystko zabija licealny styl, sprawiający, że całą opowieść czyta się jak rozdęte opowiadanie nastolatka, który naczytał się sporo fantasy i postanowił sam zostać pisarzem. Co może dziwić, bo jeśli wierzyć Wikipedii, autor nie jest debiutantem. Ale, tym bardziej, długa jeszcze przed nim droga. Powieść zaczyna się jak kronika życia głównego bohatera, opowiadanego z perspektywy późnej starości. Można zakładać, że autor być może pociągnie opowieść w dalszych książkach. Cóż, życzę mu, mimo wszystko, powodzenia.

Autor: Roman Ochocki

Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Data wydania: 14 września 2010
ISBN: 978-83-7506-282-3
Oprawa: miękka
Format: 135 x 205
Liczba stron: 216

This entry was posted on wtorek, Wrzesień 28th, 2010 and is filed under Recenzje. You can follow any responses to this entry through the RSS 2.0 feed. Both comments and pings are currently closed.

Comments are closed.