Gdybym miał krótko scharakteryzować „Kodeks 632”, to napisałbym, że to portugalska, inteligentniejsza odpowiedź na Dana Browna. Ze wszech miar godna polecenia, ale nie pozbawiona również kilku słabości. Jednak nie rzucają się one negatywnie na odbiór całej powieści.

Punkt wyjścia jest prosty. Nieco biedujący profesor portugalskiego uniwersytetu otrzymuje zaskakującą, nieoczekiwaną propozycję od mało znanej amerykańskiej fundacji. Okazało się, że jego poprzednik w misji zmarł i ukrył wyniki swoich prac związanych z odkryciem Brazylii. Nie dość, że je ukrył: jeszcze zaszyfrował wskazówkę, która może prowadzić do schowka. A główny bohater boryka się z problemami rodzinnymi. Ma chorą córkę, której leczenie pochłania jego finanse, co naturalnie jest powodem frustracji. Na dodatek przymila się do niego przepiękna studentka ze Szwecji, która przyjechała na wymianę w ramach programu Erasmus. Znęcony zatem dosyć wysokim wynagrodzeniem w dolarach, zgadza się podążyć tropem tajemnic, które odkrył jego zmarły poprzednik. Szybko okazuje się, że badania te wcale nie były związane z odkryciem Brazylii, ale z czymś całkiem innym… tożsamością Krzysztofa Kolumba. Zaszyfrowana wskazówka wiedzie do kolejnej zaszyfrowanej wskazówki, która do odkrycia prawdziwej treści wymaga zdobycia dodatkowej wiedzy historycznej, politycznej, a nawet lingwistycznej.

Autorowi udała się w tej powieści jedna zasadnicza rzecz. Wciąga bowiem umiejętnie czytelnika w rozwikłanie tej zagadki. Podążając wraz z bohaterem powieści przez różne meandry szyfrów i historii, jej zafałszowań, przekłamań, interpretacji, byłem autentycznie zainteresowany tym, jaki będzie efekt końcowy tej układanki. Autor, jak utrzymuje, dużo nie pozmyślał, podał nawet zainteresowanym odpowiednią bibliografię jako dowód, że oparł się na prawdziwych pracach historycznych stawiając swoje tezy. Muszę używać słowa „utrzymuje”, ponieważ nie jestem historykiem i nie mam kompetencji, aby zweryfikować te twierdzenia. Jednak w samej konstrukcji fabuły jest wiele tropów pozwalających na przyjęcie, iż autor rzeczywiście nie zmyśla. Przede wszystkim trzyma się on faktów, nie dokonując karkołomnych interpretacji, jak to czyni Dan Brown rzucając w swoich powieściach aksjomatami, które czytelnik musi po prostu przyjąć na wiarę. Jose Rodrigues Dos Santos nie idzie tą drogą. Teza wynika z pracy historycznej (istniejącej – dla zabawy trochę „pogooglałem”), a ta jest oparta o konkretne źródła itd. Wysnuwane wnioski nie są żadną ucieczką w mistykę, ani dekonstrukcją mitu. Stanowią one raczej dekonstrukcję faktu historycznego i jego ponowną rekonstrukcję. Pod tym względem budowa fabuły sprawia, że autorowi jest bliżej do Matthew Pearla, niż Dana Browna. Uważam, że miłośnicy sympatycznych głupstw, które wypisuje twórca „Kodu Leonarda da Vinci”, mogą poczuć się zawiedzeni po lekturze tej powieści. To, że porównuję autora do Dana Browna do wynika z faktu, że rzucił on czytelnikowi kilka rozpalających wyobraźnię tropów. Pojawiają się zatem i templariusze i poszukiwanie świętego Graala i tajemnicza fundacja z ukrytymi motywami. Wszystko jednak trzyma się ziemi, będąc zakorzenione w historii, a nie wymysłach. I nie traci przy tym atrakcyjności czytelniczej, bo pobudza wyobraźnię. Lecz to tylko chwytliwa przynęta. Nic więcej.

Celem autora było chyba sprezentowanie czytelnikowi historycznej szarady, która wciągnie go w poszukiwanie odpowiedzi, dostarczając przy tym nienachalnie, ale w dużej ilości podanej wiedzy historycznej. Dowodem na to jest również finał powieści. U Browna jest to oczywiście odpowiednio „wstrząsająco” wielkie, ale ostatecznie – banalne. Bo nic tak nie zabija Wielkiej Tajemnicy, jak odkrycie jej istoty. Jose Rodrigues Dos Santos zdawał sobie z tego sprawę i nawet nie próbował zmierzyć się z tym wyzwaniem. Tu czytelnik tej recenzji może się zatrzymać i nie czytać dalej. Wprawdzie spoilerów nie będzie, ale trochę ugaszę ewentualny entuzjazm. Odpowiedź na „zadaną” przez autora zagadkę, kim tak naprawdę był (lub mógł być) Krzysztof Kolumb nie rzuci bowiem czytelnika na kolana. Nie będzie miała żadnego bezpośredniego przełożenia na rzeczywistość powieści (no, prawie). Po prostu autor przedstawia swoją własną, fabularyzowaną odpowiedź na autentyczną historyczną zagadkę. Ładnie ją opakował w fabułę i podał czytającemu. Mnie bardzo ujęło to, że autor nie poszedł drogą tworzenia za wszelką cenę „wstrząsającego” rozwiązania tajemnicy. Dzięki temu czytelnik otrzyma inteligentną wycieczkę po historii Hiszpanii i Portugalii, z mnóstwem odniesień kulturowych i literackich (np. rozwiązaniem jednej ze wskazówek jest fragment „Wahadła Foucaulta” Umberto Eco). Ale i to nie wymaga żadnej specjalnej wiedzy od czytelnika – nie zagubi się on w tych odniesieniach, wszystko mu zostanie wytłumaczone, bez urągania logice i inteligencji.

Dwa elementy tej powieści mógłbym określić jako słabe. Pierwszy to wątek, nazwijmy to, obyczajowy, związany z życiem uczuciowym i rodzinnym profesora. Jest to trochę schematyczne i mało ciekawie (może wręcz: nieporadnie) napisane. Drugą słabością jest wyjaśnienie motywu działania fundacji, która profesora wynajmuje. Nie bardzo wiadomo, dlaczego akurat nasz bohater nadawał się do tego przedsięwzięcia. Nie wyróżniał się ani wiedzą, ani dorobkiem. Choć akurat to, jak potraktowane zostaną jego odkrycia wydaje mi się bardzo realistyczne i przekonujące – mocno trzymające się ziemi, mimo wszystko.

„Kodeks 632” gwarantuje godziny ciekawej rozrywki historycznej. Pomijając słabości wspomniane wcześniej, czytałem go z dużą przyjemnością. A skończyłem pozytywnie zaskoczony inteligencją autora, który darował sobie ograne chwyty z Wielkimi Tajemnicami i towarzyszącym im anturażem (spiski, tajne organizacje itp.) na rzecz realizmu i próby „kupienia” czytelnika przede wszystkim ciekawą historyczną zagadką przy użyciu niewielu chwytów rodem z Dana Browna. Nie wiem, jak będzie z pozostałymi czytelnikami, ale do mnie to trafiło. Chętnie przeczytałbym inne powieści tego autora.

Autor: Roman Ochocki

Wydawnictwo: Albatros – Andrzej Kuryłowicz
Tytuł oryginału: O Codex 632
Tłumaczenie: Agnieszka Soboń
Data wydania: 20 sierpnia 2010
ISBN: 978-83-7359-926-0
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Format: 142 x 203
Rok wydania oryginału:
Liczba stron: 512

This entry was posted on czwartek, Wrzesień 30th, 2010 and is filed under Recenzje. You can follow any responses to this entry through the RSS 2.0 feed. Both comments and pings are currently closed.

Comments are closed.