Zdajmy sobie wreszcie sprawę z tego, że nasz świat wcale nie jest realny, że wszystko, co nas otacza, rzeczy martwe i żywe, to jedynie cienie. Cienie prawdziwego świata, którym jest Amber. Tę prawdę Roger Zelazny odkrył przed nami już cztery dekady temu, a my dalej tkwimy w błędnym przeświadczeniu, że cokolwiek znaczymy, i jeszcze chełpimy się mianem realistów. „Kroniki Amberu” dobitnie ukazują nasze miejsce we wszechświecie. Jacy jesteśmy malutcy przy rozgrywkach między książętami tegoż królestwa, decydującymi o losach całego multiversum. Autor przedstawia nam to w formie opowieści jednego z szlachetnie urodzonych pretendentów do tronu, Corwina, syna Oberona, którego poznajemy w najmniej oczekiwanym miejscu.

Otóż Corwin pewnego dnia budzi się w szpitalnym łóżku. Jest oszołomiony środkami odurzającymi i nie pamięta zupełnie nic. Instynkt i wrodzona zaradność pozwalają mu wydostać się z kliniki i dowiedzieć tego i owego o sobie samym, jednak amnezja jeszcze przez dłuższy czas będzie dlań stanowić nie lada ciężar. Dzięki skojarzeniu kilku faktów i niedomówień Corwin odnajduje swoją siostrę – jak się później okazuje, jedną z wielu – od czego zaczyna się potok wspomnień i podróż, dzięki której nasz bohater ma nadzieję odzyskać pamięć i tożsamość. Szaleństwo, jakim wydają się sprawy poruszane przez napotkanych krewniaków, wprawiają w osłupienie i częściej dezorientują niż wskazują właściwy kurs, jednak obrana ścieżka w finale zaprowadzi bohatera do Amberu i jego tronu.

Późniejszym motywem cyklu staje się konflikt między dwiema frakcjami walczącymi o władzę, następnie zaś bój o przetrwanie całego królestwa, i, co za tym idzie, świata. Przemiana Corwina z pragnącego tronu księcia w rycerza przestrzegającego kodeksu i poczuwającego się do odpowiedzialności za swój lud będzie okupiona olbrzymim cierpieniem, co uwiarygodni taką metamorfozę. Przygoda i humor, prawdziwe emocje i akcja bez zbędnych zapychaczy tekstu sprawiają, że czytelnik powinien pochłaniać książki Zelaznego z wypiekami na twarzy, a na pewno tak je czytano w latach 70tych, kiedy się ukazywały i były czymś świeżym i innowacyjnym. Intryga zawiązana na początku pierwszego tomu znajdzie swój finał dopiero pod koniec „Kronik Corwina” i będzie trzymała w napięciu do ostatnich stron.

Na uwagę zasługują również wykreowane przez autora postacie, przede wszystkim ród książąt. Każdy z rodzeństwa posiada indywidualne cechy charakteru i głębię, ale także rysy, które sprawiają, że czytelnik dostrzega podobieństwa między nimi i sam kojarzy ich jako rodzinę. Obok świetnej palety bohaterów mamy o wiele gorsze sceny batalistyczne, rozwlekłe, mało dynamiczne i nużące. Teraz już wiem, czemu tyle osób zaniechało lektury tych książek, natknąwszy się na opis pewnego szturmu.

„Kroniki Amberu” to klasyka, to kanon i jedno z przełomowych dla fantastyki dzieł. Łamiące zasady, naginające manierę pisania, można by nawet rzec – profanujące legendy i mit arturiański. Tak właśnie postąpił Zelazny i dzięki temu stał się nieśmiertelny, jednak klasyka ma to do siebie, że się dezaktualizuje i starzeje. Wypada z obiegu. W wypadku Amberu problem nie leży w samych utworach, a w autorach, którzy przyszli później i wykorzystywali dorobek amerykańskiego pisarza, aż wszystko stało się oklepane i ogólnie znane. Śmiem twierdzić, że mało oczytana osoba od cyklu się po prostu „odbije”, uznając go za sztampowy i wtórny. Zelazny zyskuje z czasem, kiedy ma się już przeczytanych co najmniej kilkadziesiąt pozycji z gatunku. Wtedy analizując pierwsze kroniki, człowiek zaczyna je doceniać, a autora podziwiać za wizję, której nie bał się przedstawić nam na kartach swoich powieści.

Nie tak dawne wznowienie serii w naszym kraju daje możliwość zapoznania się z twórczością Rogera Zelaznego, ale jak napisałem wcześniej, chociaż jest to kawał bardzo dobrej literatury fantastycznej, polecenie jej wszystkim mogłoby zrazić niejedną osobę – w szczególności najmniej dojrzałych czytelników. Zrazić ich do klasyki, którą warto znać nie ze względu na samo umieszczenie jej w kanonie, ale przez piękno, jakie płynie z tych książek.

Autor: Piotr Młynek

Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Tytuł oryginału: Nine Princes in Amber, The Guns of Avalon, The Sign of the Unicorn, The Hand of Oberon, The Courts of Chaos
Tłumaczenie: Piotr W. Cholewa, Blanka Kluczborska
Data wydania: 16 lutego 2010
ISBN: 978-83-7506-250-2
Oprawa: miękka
Format: 155 x 235
Liczba stron: 636
Tom cyklu: 1

This entry was posted on poniedziałek, Październik 4th, 2010 and is filed under Recenzje. You can follow any responses to this entry through the RSS 2.0 feed. Both comments and pings are currently closed.

Comments are closed.