Książki takie jak opisywana w tej notce, nie wymagają zbytniego wysiłku przy czytaniu. Niemniej jednak miło jest, kiedy ich lektura jest w stanie zaskoczyć. Na przykład: interesującymi rozwiązaniami fabularnymi (z tym jest najciężej, bo mamy wysyp powieści opierających się na efektownych, finałowych twistach, które – siłą rzeczy – po lekturze kolejnej powieści przestają już zaskakiwać). Dobrym sposobem jest także gra konwencją, świadomość jej ram, ograniczeń i próba ich rozciągnięcia lub przetworzenia. Ten „chwyt” przeznaczony jest już dla czytelnika bardziej oczytanego i świadomego gatunku, w jakim napisano daną powieść. Jest wielu pisarzy obecnych na polskim rynku, którzy takie rzeczy potrafią: Dennis Lehane, James Ellroy, Thomas Harris a nawet Harlan Coben w niektórych swoich powieściach.

Tymczasem Tess Gerritsen zdecydowanie stawia na zaskakiwanie czytelnika fabułą. Niestety, nie jest to szczególnie błyskotliwe, twórcze czy inteligentne. Czytałem Mumię z rosnącą świadomością, iż mam do czynienia z w miarę solidną, rzemieślniczą, ale jednak i hurtowo produkowaną rozrywką. Czytelnik, który nastawi się na kolejny „masowy” produkcyjniak – nie będzie zawiedziony. W moim przypadku, przygotowanie fabuły złożonej z samych klisz wykorzystywanych wcześniej przez innych, nie podobało się i nużyło. Ileż można czytać o dzielnych policjantach rozwiązujących zagadki kryminalne? Pewnie niektórzy mogą w nieskończoność. Ale, niestety, w „Mumii” łatwo wpada czytelnik w schemat, który powoduje, że kolejne strony można przerzucać mechanicznie i szybko zapomina się, co czytamy. Dzielna pani detektyw z policji. Jej partner – mężczyzna. Trudna zagadka kryminalna, na pierwszy rzut oka związana z tajemniczą mumią odnalezioną w muzeum. Jak się okazuje – wszystko ma swoje drugie dno, a nawet trzecie i czwarte. Brzmi atrakcyjnie, ale jest to przewidywalne. Istotnym novum tej powieści jest to, iż główna bohaterka tak naprawdę często pozostaje na drugim planie. Może to wybić z rytmu rutynowej lektury, ale wcale nie pozostaje zaletą. Trudno bowiem przejąć się jej losami, jak i samym rozwiązywaniem intrygi. Tu zresztą w pewnym momencie następuje istotne przyspieszenie, nie wynikające nawet z genialności dzielnej policjantki. Szybko okazuje się, że jeden trop prowadzi do drugiego, ten do kolejnego i tak dalej. Aż do finału. I kiedy wiemy już prawie wszystko – następuje właśnie długo spodziewany zwrot akcji. Jednak w samym rozwiązaniu brak jest logiki i motywy matki podejmującej pewną decyzję, która zaważy na losach jej i jej córki, są bardzo wydumane i niezrozumiałe. Przyjmując nadto, że bohaterki cechuje wysoki poziom inteligencji, łatwo wpaść jednak w pułapkę. Bo skoro tenże poziom miałby być taki wysoki, to dlaczego popełniły tak oczywiste błędy w rozumowaniu? Takie nielogiczności? Oczywiście, wiemy, że błąd popełniła autorka powieści, opierając ją na tak kruchym założeniu, które razi naiwnością (podobnie, jak niektóre zachowania dzielnej policjantki). Muszę pisać tak oględnie, ponieważ – jak wspomniałem wcześniej – powieść ta oparta jest tylko i wyłącznie na fabule nastawionej na zaskoczenie czytelnika. Rzucenie zbyt wielu wskazówek mogłoby zniszczyć jedyny powód, dla którego można tę powieść czytać.

Thomas Harris dał światu Hannibala Lectera i Clarice Sterling. Dennis Lehane lubi bardzo efektownie psychologizować i stawiać swoich bohaterów wobec dylematów, które są niełatwe i pozbawione banalnego wyboru między Dobrem i Złem. James Ellroy spycha swoje postacie w szaleństwo lub upodlenie, w którym jedyna szansa na odkupienie win w obojętnym na to świecie jest zazwyczaj daremna. W końcu Harlan Coben potrafi umiejętnie zaskoczyć czytelnika zwrotem akcji przez całą fabułę, jednocześnie zwodząc go, że finał będzie taki, a nie inny. Tess Gerritsen napisała swoją powieść, jakby chciała podać własne danie przyrządzone według przepisów innych. Można wręcz odnieść wrażenie, że gdzieś tam, na jakichś warsztatach literackich dla amatorów jest książka ze schematami, według których buduje się akcję. Coś jak książka kucharska. Tess Gerritsen zatem wzięła trochę przepisów licząc, że ich wymieszanie przyniesie nową, smaczną jakość. A wyszedł z tego tylko schabowy. Też smacznie, ale kiedy masz nadzieję na coś więcej – może być to rozczarowaniem.

Autor: Roman Ochocki

Wydawnictwo: Albatros – Andrzej Kuryłowicz
Tytuł oryginału: The Keepsake
Tłumaczenie: Zbigniew Kościuk
Data wydania: 7 sierpnia 2010
ISBN: 978-83-7659-208-4
Oprawa: miękka
Format: 130 x 200
Liczba stron: 400

This entry was posted on środa, Październik 6th, 2010 and is filed under Recenzje. You can follow any responses to this entry through the RSS 2.0 feed. Both comments and pings are currently closed.

Comments are closed.