Alastaira Reynoldsa często wymienia się jako jednego z czołowych współczesnych przedstawicieli space opery, razem z innym Anglikiem, Peterem Hamiltonem. Nie da się ukryć, że space opera jest materiałem wyjściowym dla powieści Reynoldsa, ale została potraktowana w sposób mocno „naukowy”. Podróże kosmiczne nie mogą odbywać się z prędkością większą od prędkości światła, obce cywilizacje, jeśli w ogóle się pojawiają, są rzeczywiście obce, galaktyczne imperia z uwagi na ograniczenia fizyczne nie mają w zasadzie prawa bytu. Rezultatem jest kosmos zamieszkany wprawdzie przez ludzi, ale zimny, nieprzyjazny, mroczny, z planetami będącymi jak izolowane wyspy, między którymi kursują handlarze, wędrujący nie tylko przez przestrzeń, ale również poprzez czas, gdyż pokonanie dystansu między jednym systemem słonecznym a drugim zajmuje dziesiątki lat.

Taka „anty-spaceopera” funkcjonowała w cyklu „Przestrzeni Objawienia” i taką również spotkamy w „House of Suns”. Z tym, że w „Domu Słońc” wszystko jest „bardziej”. Wizja przyszłości jest posunięta do ekstremum na tyle, na ile pozwalają prawa fizyki i logika. Efekt poraża, podobnych rozmiarów scenografia nie zdarza się często, nawet w fantastyce, gdzie wizję świata ogranicza teoretycznie tylko wyobraźnia autora. Sfery Dysona, swobodne wykorzystywanie energii gwiazd, sztuczne inteligencje, inżynieria genetyczna, postludzkie cywilizacje, wirtualna rzeczywistość, nanotechnologia… wszystko, co można spotkać w najdzikszych snach futurologów. Do tego dochodzą olbrzymie przedziały czasu – akcja toczy się w przyszłości odległej o, w przybliżeniu, sześć milionów lat, a jedna z podróży, jaką odbywają bohaterowie, trwa, bagatela, sześćdziesiąt tysięcy lat. Oto jest, proszę państwa, prawdziwie wielki rozmach. Najlepsze jest to, że Reynolds stara się trzymać prawdopodobieństwa, tego jak faktycznie mógłby wyglądać rozwój technologii oraz ludzkiej cywilizacji, a także kolonizacja Galaktyki, opierając się mocno na aktualnym stanie nauki i przewidywaniach dotyczących kierunku, w jakim ona zmierza. Nie spotkamy tu naiwnych obrazków rodem z „Gwiezdnych Wojen”, dostajemy w zamian coś znacznie bardziej dziwnego i niesamowitego – bo bardziej prawdopodobnego. Jakkolwiek groteskowo mogłoby to brzmieć. Swoją wizję spece opery doprowadził Reynolds w „House of Suns” do granic możliwości i nic więcej w tym temacie powiedzieć się już chyba nie da bez popadania w tanie efekciarstwo, trzeba szukać innych dróg.

Na takim to ekstremalnym (bardzo pasujące słowo) tle toczy się właściwa fabuła powieści, o której na razie jeszcze nie wspominałem. Reynolds wie, jak rozkładać akcenty – wizja świata, choć dopracowana i porażająca swym ogromem, nie przesłania samej historii. Jak więc prezentuje się Opowieść? Chyba typowo dla tego pisarza – nie odbiega wiele od tego, co można spotkać w jego powieściach wydanych w Polsce, najbliżej będzie chyba do „Migotliwej Wstęgi”, chociaż to dosyć luźne skojarzenie. Nie lubię zdradzać wiele z fabuły, ograniczę się więc do stwierdzenia, że jest ona sensacyjno-kryminalna, jak to u Reynoldsa bywa. Pełna zagadek, stopniowego odkrywania prawdy czytelnikowi, zwrotów akcji itp. Konstrukcja jest precyzyjna i przemyślana, wszystko tkwi mocno na swoim miejscu, chociaż w trakcie lektury może się wydawać, że jest inaczej – i o to chodzi. Co najważniejsze, treść wciąga i w pewnym momencie ciężko już się oderwać od lektury. Chociaż po angielsku nie czytam zbyt szybko, drugą połowę przeczytałem w jeden dzień, a powieść jest dosyć długa. Cieszy fakt, iż Reynolds jest minimalistą – nie umieszcza więcej wątków niż to konieczne, liczba bohaterów jest ograniczona do minimum, nie spotkamy się też w zasadzie z nachalnym efekciarskim epatowaniem elementami świata przedstawionego na zasadzie „patrzcie jaki fajny futurystyczny gadżet wymyśliłem!”. Uzyskujemy przejrzystość i klarowność kosztem epickości, mnie to jednak nie przeszkadza. Lubię prostotę. Fanatycy rozbuchanych wielotomowych sag, gdzie wątków jest więcej niż włosów na głowach wszystkich bohaterów razem wziętych, raczej nie znajdą tu niczego dla siebie. Znajdą za to porządną kryminalną zagadkę i pełną niedopowiedzeń, chłodną, ponurą atmosferę nieznanego, kojarzącą się z filmami z serii „Alien” – chociaż nie jest ona aż tak przytłaczająca jak na przykład w „Przestrzeni Objawienia”. Można to traktować jako plus, albo jako minus, według uznania. Na uwagę zasługuje także zakończenie, newralgiczny element każdej powieści i nie tylko. Reynolds zdecydowanie ma do zakończeń rękę – w „House of Suns” mamy zakończenie przewrotne, otwarte, które zarazem nie jest, a przynajmniej nie powinno być, furtką do kontynuacji. Robi wrażenie – i działa na wyobraźnię. Kolejny plus dla autora.

Niestety, ”House of Suns” cierpi na pewną wadę, o której teraz napiszę. Reynolds, jak już zauważyłem przy poprzednich jego książkach, ma talent nie tylko do zakończeń, ale też do portretów psychologicznych. Wie, jak stworzyć osoby z krwi i kości, a nie tylko kukiełki wypowiadające puste kwestie. Niestety w „Domu Słońc” za bardzo tego nie widać, a szkoda, gdyż zastosowanie potrójnej narracji pierwszoosobowej (prawda, że to dziwnie brzmi?) daje ogromne pole do popisu w tej dziedzinie. Dwójka głównych narratorów (kobieta i mężczyzna) zmienia się co rozdział, a na początku każdej z ośmiu części, na które jest dodatkowo podzielona powieść, mamy jeszcze trzeciego narratora. Niestety, nie widać, że mamy do czynienia z różnymi postaciami. O fakcie, iż opowiadający się zmieniają, zorientowałem się dopiero po kilku rozdziałach – w języku angielskim nie da się stwierdzić od razu jakiej płci jest mówiący. Dałoby się to łatwiej zauważyć, gdyby istniały wyraźne różnice w stylu mówienia, czy sposobie myślenia. Niestety nie ma takowych. Oboje myślą tak samo, są w zasadzie jednowymiarowi. Można by bronić Reynoldsa twierdzeniem, że główni bohaterowie są klonami swojego pierwowzoru (który/która jest wspomnianym trzecim narratorem), ale przez sześć milionów lat jakieś zmiany w psychice i sposobie mówienia powinny się chyba jednak pojawić. A tu klops, nie pojawiły się i, mówiąc szczerze, nie rozumiem, jaki jest w takim razie cel owego narracyjnego zabiegu, jak by nie patrzeć – dosyć interesującego. Tu autor zawiódł, a szkoda, bo wiem, że stać go na znacznie więcej. Na szczęście pozostali bohaterowie wypadają nieco lepiej, chociaż tak wyrazistych postaci jak na przykład Clavain, Falka czy Scorpio z cyklu ”Przestrzeni Objawienia” tu nie uświadczymy.

Warto zwrócić uwagę na fakt, że „House of Suns” jest powieścią w gruncie rzeczy mocno nawiązującą fabularnie do klasyków sf, takich jak chociażby Isaac Asimov (z Reynoldsem łączą go między innymi silne ciągoty do kryminału i sensacji). To science fiction w starym stylu, ale w nowoczesnej formie, uwzględniające współczesne przewidywania dotyczące przyszłości – przez co myślę, że ma szanse spodobać się zarówno fanom staroci, jak i bardziej współczesnych rzeczy.

Nie jest „House of Suns” powieścią bez wad. Nie jest to wymagające filozoficzne sf. Po prostu porządna rozrywkowa literatura na wysokim poziomie, nieźle napisana, z wciągającą fabułą i nie popadającą w zbyt wielki banał historią miłosną (a jakże), pobudzająca mocno wyobraźnię i pozwalająca spędzić przyjemnie kilka wieczorów. I w tej kategorii sprawdza się świetnie, pomimo paru defektów. Zdecydowanie polecam. Na zachętę mogę na sam koniec jeszcze dodać, że chociaż powieść jest dostępna jedynie w języku angielskim, to Reynolds pisze dosyć prosto i przystępnie, przez co nie trzeba się go bać, o ile się jako tako angielski rozumie.

Autor: Eryk „Kennedy” Maciejowski

Wydawnictwo: Gollancz
Data wydania oryginału: 17 kwietnia 2008
ISBN: 0-575-07717-4
Oprawa: hardback
Liczba stron: 512

This entry was posted on środa, Październik 13th, 2010 and is filed under Recenzje. You can follow any responses to this entry through the RSS 2.0 feed. Both comments and pings are currently closed.

Comments are closed.